fbpx

Mentalnie bywam szczeniak

Mentalnie bywam szczeniak
Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Pisano, że jest polskim Chaplinem i Fernandelem. Jan Kobuszewski nigdy nikogo nie naśladował, jest wzorcem z Sèvres komedii i kabaretu. I chociaż mówi, że sztuka istnieje tylko wtedy, kiedy aktor stoi na scenie, zarejestrowane role i kabaretowe skecze wciąż są dla wielu niedoścignionym wzorem i bawią kolejne pokolenia, wystarczy powiedzieć jedno zdanie: „wężykiem, Jasiu, wężykiem”!
Nie chciał pan się zgodzić na rozmowę…

Tak, ale pan był wyjątkowo…

Uparty?

No, nie chciałem tego powiedzieć. I raczej nic mądrego panu nie powiem. Człowiek na starość tak mądrzeje, że nie powinien się w ogóle wypowiadać. No ale skoro muszę, to będę starał się przynajmniej nie skompromitować.

„Póki żyjemy, to gramy” – powiedział pan o aktorach. A czy nie jest też odwrotnie?

Ponieważ jestem uczciwy, to powiem, że aktorstwo traktuję jako zawód, który kocham, bez którego nie wyobrażam sobie życia, jednak na pierwszym miejscu zawsze była i jest rodzina.

Zdarzało się panu obserwować kolegów, którzy wygasali, nie grając?

Stykałem się raczej z aktorami, którzy byli potrzebni do końca. Może tak bywa z kolegami, którym praca w teatrze się nie udała. Chociaż w teatrze potrzebni są nie tylko ci do wielkich ról, również ci, którzy grają role mniejsze, może czasem bardziej nawet zakochani w teatrze. Pamiętam jednak, że Tadzio Fijewski, wielki aktor, wciąż mógł grać, a powiedział: „już dziękuję”. Dzisiaj, mając swoje lata, nie dziwię się jego decyzji. Chcę i gram jeszcze w teatrze, ale nie tyle co wcześniej, za czasów sprawności fizycznej. Dzisiaj mnie już trochę męczy, może nie samo granie, ale dojazd, obowiązek bycia w teatrze. Zmęczenie mija z chwilą, kiedy stawiam nogę na scenie, odczuwam wtedy tę samą przyjemność co przed laty. Jako młody człowiek brałem udział w meczu piłkarskim aktorzy kontra stara kadra zawodowa na Stadionie Dziesięciolecia. Szedł za mną jeden ze świetnych piłkarzy. Mówił do kolegi: „Słyszysz, jaka atmosfera, jak publiczność nas wita, jaka to jest wielka frajda”. Zrozumiałem, że zetknięcie z publicznością to największa nagroda dla każdego występującego publicznie. Jesteśmy chorzy, mamy katar, gorączkę, ale przychodzimy do teatru, żeby nie zawieść publiczności. Kiedy się wchodzi na scenę, katar mija, nos jest suchusieńki, na gorączkę się nie zwraca uwagi i właściwie przez te dwie godziny człowiek jest zdrowy w obcowaniu z tym wielkim egzaminatorem – publicznością. Schodzimy ze sceny, choroba wraca. Podobnie jak z tremą. Człowiek się trzęsie ze strachu, co mija z chwilą postawienia nogi na deskach scenicznych.

Jakie uczucia towarzyszą aktorowi przed wejściem na scenę?

Nawet kiedy mam wejście w połowie pierwszego aktu, to na dziesięć minut przed swoim wejściem już jestem na scenie, czekam w kulisie. Wyjątkowe są wypadki, kiedy w garderobie toczy się jakaś bardzo ciekawa dyskusja, i wtedy inspicjent woła przez głośniki: „Janku, chodź na scenę”. Stoję w kulisie, słucham tego, co mówią koledzy, a to bardzo pomaga wejść.

Stoi pan jako postać czy jeszcze prywatnie?

Mając na sobie kostium, przygotowaną rolę, właściwie jestem już półprywatnie – trochę jako Janek, a trochę jako postać.

Powiedział pan kiedyś: „Aktor to nie skrzypce, które im starsze, piękniejsze dźwięki wydają”. Ma pan teraz problem ze swoim aktorstwem?

To nie o to chodzi. Aktor przez lata zdobywa doświadczenie i mógłby grać dużo lepiej, ale ciało odmawia posłuszeństwa. Oddech nie ten, sprawność nie ta. Kiedyś marzyłem, żeby zagrać Cyrana de Bergeraca, postać dla mnie wymarzoną, bo tak jak on mam romantyczną duszę, a ciało „śmiszne”. Byłem bardzo sprawny fizycznie – w szkole teatralnej mieliśmy codziennie albo dwie godziny tańca, albo gimnastyki, albo szermierki. Ja, Zbyszek Zapasiewicz, Andrzej Tomecki robiliśmy pełne salto w przód i pełne salto w tył. Sprawność umysłowa aktora idzie do przodu, ale ciało nie. Mam 77 lat i umysł szczeniaka. Ten umysł chciałby dokonać pewnych karkołomnych zadań, ale ciało nie pozwala. To nie stradivarius.

Przeżył pan śmierć Zbigniewa Zapasiewicza, z którym zdawał pan do szkoły?

Bardzo. Pomyślałem: „Chłopaki, pan Bóg już bierze z naszej półki”. Z mojego roku wielu kolegów gra już na tamtej scenie. Pamiętam, że jako studenci statystowaliśmy w „Horsztyńskim” w Teatrze Polskim. Byłem zdumiony, że wszyscy mówią sobie po imieniu. Nagle słyszę, jak brygadzista sceny zwraca się do wielkiego aktora Mariana Wyrzykowskiego: „Maniek, ale ty musisz tę scenę trochę inaczej zagrać”. Teatr to nie tylko aktorzy, to obsługa sceny, rekwizytor, elektryk. Fachowcy, proszę pana. Oglądają spektakl, biorą udział w próbach, potrafią powiedzieć, co jest nie tak.

A co to znaczy, że nie ma pan sukcesów zawodowych?

Nasza sztuka jest tylko wtedy, kiedy jesteśmy na scenie, wobec publiczności. Wielcy mówili, że teatr to nie stu aktorów, to stu aktorów i co najmniej jeden widz, który to ocenia. Jesteśmy dla niego. I tylko z nim nasza sztuka istnieje. Innego sukcesu w teatrze nie ma.

Pana żona też jest aktorką. Jak udało się państwu razem przetrwać tyle lat?

Zawsze, przedstawiając Hanię, mówię: „Moja pierwsza żona, i ostatnia!”. Zelwerowicz twierdził, że kobieta aktorka i mężczyzna aktor nie powinni mieć rodziny. Nie zgadzam się. Dla kogoś przecież żyjemy.

Miał pan poczucie, że żona w jakimś stopniu poświęciła dla pana swój zawód?

Nie, żona też dużo grała, miała lata wielkich sukcesów, dobrych ról. W domu nigdy nie rozmawialiśmy o teatrze, może jedynie przed premierą. Dom był domem, a teatr teatrem. Może tylko córka przez nas cierpiała, bo była mała, a my wychodziliśmy o godzinie dziewiątej rano, wracaliśmy bardzo późno. Miała opiekę, bo była moja mama, były ciotki, które się nią zajmowały. Dzisiaj mówi, że nie pamięta krzywdy. Starałem się spędzać z Marynką każdą wolną chwilę.

Pamięta pan, jak musiał córce przekazać wiadomość o swojej poważnej chorobie?

Doskonale wiedziała, co się ze mną dzieje, bardzo to przeżywała. Ale ten wielki reżyser Pan Bóg czuwał. Minęło 27 lat, żyję i pracuję. Wie pan, nogi się uginają, kiedy lekarz mówi: „Kochany, operacja jest natychmiastowo konieczna”. A miałem kilka takich chwil w życiu. Wiedziałem, że znajduję się pod dobrą opieką przyjaciół lekarzy. Jestem człowiekiem wierzącym, nie spierałem się z Bogiem. Mówiłem: „nie moja wola, ale Twoja”. Miałem przeczucie, że jeszcze jakiś czas będę na tym świecie. Bardzo w to wierzyłem.

Zwątpienie nie przyszło?

Przed samą operacją, ale to normalne, bo strach jest wpisany i w chorobę, i w naturę człowieka. Ale jak tylko się wybudziłem, po jednej i drugiej operacji, to już wiedziałem, że trzeba do przodu.

Czy doświadczenia wojenne miały wpływ na pana stosunek do choroby?

Nie, chyba nie. Czym innym jest być dorosłym chorym i oddawać się pod opiekę lekarzy, a czym innym być dzieckiem zaplątanym w okupację, w powstanie warszawskie. Mając 11 lat, byłem takim małym starym człowiekiem. Po powstaniu warszawskim wracałem do dzieciństwa przez co najmniej dwa lata. Zawdzięczam to kolegom z Saskiej Kępy, którzy mnie z tej traumy leczyli. Starałem się być dzieckiem, ale to mi nie bardzo wychodziło. Za dużo tragedii widziałem. Pamiętam różne obrazy z okupowanej Warszawy – pamiętam, jak zrywają chodniki – nie żeby posadzić kartofle, tylko pochować zmarłych. Warszawa była jednym wielkim cmentarzem.

Co to znaczy, że pan się starał być dzieckiem?

Byłem dzieckiem, patrzyłem na zabawy kolegów, ale nie umiałem być tak beztroski jak oni. Nie przeżyli powstania, nie widzieli tego wszystkiego. Ale potem mnie wciągnęli w swój świat – w siatkówkę, w jakieś gry. Bardzo mi pomogła YMCA (Stowarzyszenie Młodych Chrześcijan), do której chodziliśmy z kolegami na Wał Miedzeszyński. Ale te doświadczenia nie wyparowały.

Wracały do pana?

Do tej pory śnią mi się koszmary z czasów wojny. Do początku 1941 mieszkaliśmy na Śliskiej, potem nas wysiedlono, bo na naszym starym domu powstał mur getta. Całą okupację byliśmy w Śródmieściu, na ulicy księdza Skorupki. Naloty, a szczególnie powstanie, robiły ogromne wrażenie. Na początku była radość z wybuchu powstania, że biało-czerwona i tak dalej, że walka trwa, myśleliśmy, że powstanie potrwa parę dni. A potem już… Nie chcę do tych spraw wracać, przeszło, minęło. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie.

Miał pan świadomość, czym jest getto?

Oczywiście. Urodziłem się 19 kwietnia i 19 kwietnia 1943 wybuchło powstanie w getcie. Miałem dziewięć lat. Widziałem dymy, słyszałem huki i strzały w getcie. Rozumiałem tragedię, która się tam działa. A po wojnie, kiedy Warszawa była zburzona, getto było dosłownie zrównane z ziemią.

Z tego nie można się wyleczyć?

Nie. Za dużo cierpienia. Wyszliśmy z Warszawy 12 października 1944 r., po ponad 60 dniach powstania, właściwie głodówki. Nie było wody, to co tu mówić o jedzeniu – mieliśmy skromne zapasy: trochę cukru i kaszy. Ojciec przyniósł jęczmień, mieliło się go w młynku do kawy. Był też mały zapas oleju. Muszę powiedzieć, że wspólnota piwniczna pomagała sobie jak mogła, chociaż nikt nic nie miał. No i pamiętam jak dziś – szliśmy Marszałkowską do ulicy Śniadeckich, potem obok Politechniki do dworca Warszawa Zachodnia. Wagony bydlęce zabrały nas do Pruszkowa. W Pruszkowie w wielkim kotle gotowano dla dzieci zupę jarzynową, którą przywiozła kuchnia Rady Głównej Opiekuńczej. Ta zupa to była woda, parę kartofli, liście kapusty. Dla mnie to była najsmaczniejsza zupa na świecie. Wie pan, czym była dla mnie? Mój nieżyjący, kochany brat cioteczny Staś Kowalski przyniósł mi kiedyś dwa pomidory. Nigdy tego nie zapomnę. To była uczta. Zginął w powstaniu, mając 16 lat, był żołnierzem AK. Podobno był ranny na Solcu, w domu, do którego na parter i na pierwsze piętro już weszli Niemcy. Był na drugim piętrze, na klatce schodowej, i kiedy Niemcy podeszli do niego, rozerwał się granatem, zginął razem z nimi. Tak mówili ludzie, którzy się z nim zetknęli. Po wojnie próbowaliśmy jakoś wracać do normalności.

Jaki był pana dom?

Pełen kobiet, bo jedynym mężczyzną w domu, poza mną, był mój ojciec. Była mama, dwie moje siostry, przeważnie gosposia, ciocia Janeczka Kowalska, która cały czas z nami mieszkała, więc teoretycznie babiniec, ale wspaniałe to były kobiety.

Rządziły mężczyznami?

Mój tata zawsze udawał, że jest podporządkowany.

Jest pan podobny do ojca?

Ojciec był przystojnym człowiekiem. A ja nie bardzo.

A z duszy?

Tak, wewnętrznie tak. Ojcu zawdzięczam wiele. Przed wojną i w czasie okupacji był urzędnikiem
Pocztowej Kasy Oszczędności. Wracał o trzeciej do domu, jedliśmy obiad, a po nim chodziliśmy na spacery. Pamiętam sprzed wojny tę cudowną, niezniszczoną Warszawę, która mi się śni do bólu, ulice, których już nie ma. A ponieważ ojciec urodził się i wychował w Warszawie, a do tego był varsavianistą, dużo mi opowiadał. Chodziliśmy na Stare i Nowe Miasto, na Powiśle, Solec, Czerniaków. Jeździliśmy do Wilanowa. Do dzisiaj znam historię Warszawy z opowiadań ojca. Zawsze się chwalę, że najstarsi warszawiacy nie znają pochodzenia nazw ulic, a ja znam. Bagatela, bo za czasów księcia Józefa Poniatowskiego Włoch założył tam kawiarenkę Bagatelę. Ulica Freta, bo freta civitas to „nieużytki miejskie”. Mówiło się: „idź, wyrzuć śmieci na tę fretę”. Aleja Szucha? Szuch był ogrodnikiem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zakładał i porządkował Łazienki.

Agrykola? Karol Ludwik Agricola, wojskowy inżynier, wykopał Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu zjazd do Łazienek. Wielkie przedsięwzięcie inżynieryjne, żeby powozy mogły tam wjeżdżać. W szkole dramatycznej teatru lalek, żeby się jakoś utrzymać, skończyłem kurs przewodników po Warszawie, potem oprowadzałem wycieczki.

W rozmowie z Beatą Kęczkowską powiedział pan, że starość jest smutna, tylko czasami zdarzają się błyski. Czym są?

To codzienność – spotkanie z córką, wizyta wnuków, premiera przyjaciół w teatrze, słońce, wyjazd na Mazury. Pierwszy raz byłem na Mazurach w 1946 roku z wycieczką szkolną w Ostródzie, a od 1957 roku jeżdżę tam stale. Najpierw na „rybaczówkę”, potem kupiliśmy kawałeczek gruntu i postawiliśmy drewnianą chałupkę, właściwie fiński domek. Tam się wychowała moja córka i tam się wychowują moje wnuki. Znam mieszkańców z okolicy. To są ludzie prości, ale nie prostacy. Wielu już odeszło, a kilku z nich było mędrcami, od których wiele się nauczyłem.

Co pan widzi z okna na Mazurach?

Z jednej strony, jezioro, a z drugiej – lekko pofalowane piękne pola. Po prawej las, ale do lasu mam daleko, cały kilometr. Do jeziora… około czterdziestu metrów. Jestem mieszczuchem z dziada pradziada, ale uważam, że z miasta trzeba uciekać, żeby mieć poczucie harmonii. Przed wojną mieliśmy maleńki mająteczek w Strudze pod Warszawą, spędzałem tam wakacje od maja nawet do połowy września.

Co ostatnio sprawiło panu najwięcej radości?

Codziennie cieszę się, kiedy się budzę i przechodzę do rzeczywistości. A to wybudzanie trwa. Muszę dojść do siebie, bo sny po tylu narkozach, które miałem, są koszmarne, chociaż lekarze mówią, że to nie ma wpływu. Przejście do rzeczywistości trwa co najmniej godzinę. A potem, jak mówił sławny reżyser filmowy Antoni Bohdziewicz, „człowiek odczuwa bydlęcą rozkosz istnienia”.

Jaki jest Jan Kobuszewski, którego widzi pan w telewizji?

Zupełnie inny. To facet z telewizji. A Janek prywatny? To, co dobrego udało mi się zrobić w życiu, zawdzięczam mojej rodzinie. A to, co złego, zawdzięczam wyłącznie sobie. Starałem się uczciwie przejść przez życie, nie wszystko się udało, ale naprawdę się starałem. Ojciec mówił: „Janek, najgorsza prawda jest dużo lepsza niż najlepsze kłamstwo”.

Często pan pęka ze śmiechu?

Lubię się śmiać. Z tym, że śmieję się po cichutku. Kiedy oglądam komedię, to uśmiecham się od ucha do ucha. To wewnętrzna radość, bez ostentacji. Na scenie mogę wyprawiać najidiotyczniejsze rzeczy, ale mam zmartwienia, choroby swoje i bliskich, kłopoty finansowe. Aktor to normalnie żyjący, biedny, szary człowiek, który widzom wydaje się na scenie kimś innym. Beztroska w życiu jest mi obca. Pytał pan o kobiety w moim domu. Po śmierci ojca moja mama, żebym mógł studiować, poszła do pracy jako korektorka techniczna w Państwowych Zakładach Wydawnictw Lekarskich. Długo żyła, zmarła w 1976 roku, kiedy byłem już aktorem, który coś tam zrobił. Do końca mówiła: „Dbaj o siebie, dlaczego tak mało jesz, chudy jesteś!” [śmieje się]. Ja już nie przytyję, proszę pana. Już nie dam rady.

Jan Kobuszewski legendarny aktor teatralny, filmowy, kabaretowy. Występował w teatrach: Młodej Warszawy, Narodowym, Polskim w Warszawie i Nowym w Łodzi. Od 1976 roku wierny warszawskiemu teatrowi Kwadrat (od 23 marca będzie można go tam oglądać w spektaklu „Dusza Kobusza”). Znany również z występów telewizyjnych i estradowych – był związany z Kabaretem Starszych Panów, Dudek oraz ZAKR-em. Zajmuje się także reżyserią. Laureat Superwiktora. Bohater książki o. Roberta Mirosława Łukaszuka „Jan Kobuszewski. Patrzę w przyszłość (i przeszłość) z uśmiechem i radością” (2008).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>