fbpx

Anna Maria Jopek – Od kiedy udało mi się wrzasnąć

Anna Maria Jopek wystąpiła w legendarnym Hollywood Bowl w Kalifornii, wydała koncertową płytę z gwiazdami world music i zaczęła nosić dekolty.

Opowiedz, jak to się stało, że zaśpiewałaś w słynnym amfiteatrze?

– Oscar Castro-Neves – bóg bossa novy – przyjechał do Polski na pierwszy BMW Jazz Club. Graliśmy tam razem, a potem wystąpił na mojej płycie. Od początku była to niezwykła więź. Pojawił się nieprzypadkowo, a stało się to w najczarniejszym momencie naszego życia rodzinnego. Marcin i ja straciliśmy w tym czasie ojców i potrzebowaliśmy mądrego przewodnika. Moja znajomość z Oscarem zaczęła się od tego, że podszedł i mnie przytulił. Zrobił to tak naturalnie, że miałam ochotę się rozpłakać. Oscar rozumiał, że jestem na granicy, i nie pozwolił mi zwątpić w muzykę, pokazywał, ile jest w niej siły.

I to on zaprosił cię na występ do Kalifornii?

– Kiedy organizował koncert „50 lat bossa novy” w Hollywood Bowl, zwrócił się do mnie. Nie mógł się nadziwić, że my tak tutaj piszemy te bossa novy. Niby jesteśmy z innego kręgu kulturowego, a jednak mamy w sobie podobną nostalgię. Mamy coś wspólnego w barwie języka, w skalach. I jeszcze jedno, rodzaj emocjonalnego dystansu. Opowiada się okrutne i smutne historie w sposób wyprany z emocji. Jakby się w człowieku wszystko wypaliło. Jakby opowiadał swoimi ustami nie swoją historię. Taki właśnie smutek działa na mnie najbardziej.

Co zaśpiewałaś i jak się czułaś w towarzystwie brazylijskich mistrzów?

– Niesamowite było doświadczenie ludzi i miejsca. Tam pojawił się mój panteon – między innymi Ivan Lins i Maria Rita, która jest córką Elis Reginy, wokalistki samego Jobima. Eliane Elias, diwa, ale też pianistka, dla której wszystko jest proste. Spoza tej brazylijskiej rodziny był jedynie Kenny Ranking, wybitny wokalista jazzowy. Tak więc pani śpiewająca po polsku była dość szalonym pomysłem. A przy tym wykonaliśmy z Oscarem duet w utworze Baden-Powella z polskim tekstem Jonasza Kofty „Samba przed rozstaniem”. Miałam na sobie sukienkę Gosi Baczyńskiej – długą, złotą, obłędną. Tylko w niej wyobrażałam sobie występ w Hollywood.

Weszłaś już na dobre w obieg world music. Czy możesz wnieść tam coś polskiego?
– Walczę. Staram się. Nie mamy w tym zakresie wielkiej tradycji. A szkoda! Oni nas w ogóle nie znają, nie wiedzą, że istniejemy. Moi agenci zagraniczni na początku suszyli mi głowę: „Jak to nie po angielsku! Po polsku? To gdzie ty z tym pojedziesz?!”. A ja muszę mieć w sobie prawdę, żeby nawiązać kontakt z ludźmi, którzy słuchają. Bo jest im zupełnie wszystko jedno, w jakim ja śpiewam języku. Śpiewa się im od lat po portugalsku, ci sami ludzie słuchają Cesarii Evory, oczywiście nie rozumiejąc ani słowa. Richard Bona śpiewa w duala…

Mimo to wydałaś płytę w języku angielskim.

– Międzynarodowy oddział mojej wytwórni wymógł na mnie płytę po angielsku, bo bez tego ani rusz. Nie zamierzali specjalnie we mnie inwestować, bo powiedziałam im, że nie mogę pracować tak, jakby oni sobie tego życzyli. A to dlatego, że mam dzieci i dom i to jest dla mnie najważniejsze w życiu. Ja mogę robić karierę, która jest tak zwanym efektem ubocznym innych moich działań. Dla nich jest to jednoznaczne ze stwierdzeniem, że nie jestem zainteresowana. Ale płytę nagrałam. Wiele się nauczyłam. Choćby tego, że absolutnie nie powinnam śpiewać po angielsku. Nawet jeśli muzyka jest wciąż moja.

I naprawdę nie żałujesz, że nie grasz więcej za granicą i nie jesteś bardziej znana?

– Wielkie kariery są dla tych, którzy nie tęsknią do domu. Połowę koncertów gram poza krajem. Wystarczy. Dane mi było ostatnio spotkać prawdziwe gwiazdy, takie, które robią prawdziwe kariery, i mnie to przeraziło. To jest nieludzkie, patrzy na ciebie szklane oko! Gdybym doszła do punktu, w którym nie mam już w sobie dziecka, gdy przestaje mi to dawać szczęście, to byłaby tragedia. Jestem rygorystyczna wobec siebie – mogę zagrać trzy noce z rzędu, ale nie cztery. A ludzie robią sobie straszne rzeczy, tracą kontakt z rzeczywistością.

A płyty marzeń? Zwierzysz mi się z płytowych fantazji?
– Mam dwie, a właściwie trzy płyty marzeń. Album na same wokale, ale wiem, że to bardzo trudna faktura i trochę sztuka dla sztuki. Marzy mi się też płyta z tematami stricte polskimi. Ale z tymi najukochańszymi, jak „O mój rozmarynie”, albo z tematami z Komedy. A moje trzecie marzenie to album z orkiestrą. Można by przy tej okazji poszukać starych, pięknych piosenek – ciągle jest ich tyle do odkrycia. Na wiele rzeczy mam apetyt. Ale i tak jestem szczęściarą. Spełniłam już wiele ze swoich marzeń.

Dlaczego twoje emploi zmieniło się tak radykalnie?

– Stało się to bardzo naturalnie. Po prostu któregoś dnia zaczęłam sobie kupować sukienki z szerszym dekoltem. I była to moja własna, czysto kobieca potrzeba. Powiem więcej: pakuję się teraz na tournée europejskie i oglądam swoje rzeczy – to jest kompletna rewolucja! Kiedyś takie kreacje bardzo by mnie peszyły i nie wyszłabym w nich na scenę za żadne skarby. Teraz jest wręcz przeciwnie. Lubię, gdy moja cielesność zespala się z tym, co w środku. To mi pomaga wygrać siebie do końca.

Zaczynałaś jako estradowe uosobienie skromności…

– Ja tak strasznie siebie nie lubiłam. Byłam taka bezradna. Najchętniej wychodziłabym na scenę w worku pokutnym i chowała się gdzieś w kącie. A skąd zmiana? Jestem szczęśliwa, że żyję. Lubię teraz nawet swoje zmarszczki. Powodem tej zmiany były na pewno narodziny dzieci. Gdy rodzą się dzieci, dowiadujemy się tak dużo o sobie. Ja na przykład – dopóki nie poszłam na salę porodową – nie wiedziałam, że mam taki głos. Dopiero jak zaczęłam się tam drzeć, pomyślałam: ależ to jest moc! A więc ja to mam, gdzie to się chowało? Dopiero wtedy odkryłam swój potencjał. Myślałam wcześniej, że jestem cichą, grzeczną dziewczynką. A tu nagle udało mi się wrzasnąć.

Dzieci cię otworzyły. A co cię wcześniej tak zamknęło?

– Szkoła mnie tak zamknęła, chęć bycia wzorową uczennicą. Może trzeba było rzucić szkoły i szukać na własną rękę? Ale taki typ jak ja bez dyplomu czuje się niewiele wart. Tymczasem nie ma idealnego systemu szkolnictwa artystycznego. Dla każdego indywidualisty to mimo wszystko trudna lekcja. Miałam epizod z uczelnią muzyczną w Nowym Jorku i nie mogłam uwierzyć – siedziałam znerwicowana przy fortepianie i panicznie się bałam, że zaraz profesor od improwizacji wywali mnie za drzwi. A on mówił do mnie: „Spokojnie, zaczekamy. To my jesteśmy tutaj dla ciebie, przeczytaj spokojnie nuty”. No i czytałam te nuty, jeszcze z drżącymi rękami i myślałam sobie, że w Polsce nie dałabym sobie prawa do błędu.

A jednak synowie chodzą już do szkoły muzycznej.

– Tak, bo wciąż uważam, że nauka muzyki to najlepsze, co się może człowiekowi przydarzyć. W muzyce jest miejsce na bycie sobą w stu procentach. Na cierpienie, radość, dorosłość i niedojrzałość. Mogę powiedzieć o sobie wszystko. Mogę nawet siebie wykrzyczeć. Muzyka jest terapią.
ANNA MARIA JOPEK, ur. w 1970 r. w Warszawie. Absolwentka warszawskiej Akademii Muzycznej, wokalistka. Jej debiutancki album „Ale jestem” ukazał się w 1997 r. W 2000 r. rozpoczęła międzynarodową karierę, wydając płytę „Barefoot”. Jej dyskografia liczy kilkanaście tytułów. Uhonorowano ją wieloma nagrodami, m.in. Wiktorem i Paszportem Polityki.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze