Anna Maria Jopek – Kiedy wariuję…

– Przerażająca ambicja. Twoje dzieci też tak mają?

– Jeszcze nie. Ale Marcin – mój mąż – jest tak samo ambitny. Boję się, że te geny odezwą się prędzej czy później i ujedzą moim dzieciom sporo radości życia. Często myślę o tym, jak dałam się zapędzić w kozi róg, nawet przy tak niepokornej naturze. Gdybym jej choć trochę słuchała, pewnie wcześniej odnalazłabym własne miejsce w muzyce. Może nawet nie studiowałabym fortepianu, kto wie?

– Co byś zyskała?

– Może wcześniej zaczęłabym pisać, aranżować? Może miałabym więcej odwagi? Gdy wchodziłam w „środowisko rozrywkowe”, nie byłam w stanie zrozumieć tej poetyki. Wyjęta z kanonów studiowania kontrapunktu w fugach Bacha wylądowałam na jednej z pierwszych gal Fryderyków. Zobaczyłam koleżanki, które kręciły biodrami i miały cekiny w pępku. Śpiewały, tańczyły i świat był ich. A ja myślałam: „Panie Boże, nigdy nie odnajdę się w tej scenerii! Jak ja wyjdę na scenę, skoro scena wymaga cekinów, a ja mam wyciągnięty sweter”. Ci ludzie mieli też o tyle łatwiej, że wcześniej znali swoją prawdę. A kiedy w muzyce znasz tylko swoją prawdę, to artykułujesz ją z takim przekonaniem, jakby była jedyną obowiązującą. Masz wielką siłę rażenia! Nie musisz pokonać tej mozolnej drogi, którą ja musiałam przejść, żeby zbadać, kim jestem, i ośmielić się zabrać głos. Choć prędko spieszę donieść, że ta prawda własna jest dobra tylko na starcie. Potem, jeśli nie uczysz się od lepszych i nie inspirują cię inni, cytujesz samego siebie. Stajesz w miejscu. Umierasz artystycznie. Wiedział o tym genialny Miles Davis, który co kilka lat całkowicie zmieniał swoje muzyczne otoczenie i jak nikt inny wypracował niepowtarzalny ton.

– A gdybyś miała teraz debiutować?

– Nie dałabym rady. Bo jakie są teraz możliwości startu? Tylko w programach telewizyjnych, do których bym się nie nadawała.

– Dzisiejsi jurorzy nie odkryliby w tobie talentu?

– Nie mam telewizyjnego tupetu, a jako debiutantka nie miałam też cekinów. Nikt by mnie nie dostrzegł…

– Ale wystąpiłaś na Eurowizji.

– No tak! Ale nie zgłosiłam się sama! Zrobiła to ówczesna szefowa nagrań w Polskim Radiu – Gina Komasa. To dla niej oryginalnie nagrałam „Ale jestem” i ona zaniosła tę piosenkę komisji Eurowizji. Wykonała tym samym nadzwyczajny skrót w mojej walce o zaistnienie. Choć nigdy nie widziałam się docelowo w muzyce popowej, której Eurowizja była kwintesencją.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »