fbpx

Magdalena Walach – Bardzo spokojna, z nadruchliwością

Magdalena Walach - Bardzo spokojna, z nadruchliwością
fot. Aneta Kowalczyk

Wielokrotnie zdarzało jej się rozpłakać przy kolegach podczas pracy nad rolą. Głównie w teatrze. – To normalne. Pracujemy na emocjach i trudno je na pstryk wyłączyć. Buzują i potrzebują ujścia. Czasem kończy się to wybuchem ekstatycznej radości, czasem rozpaczy – mówi Magdalena Walach. Opowiada też o swoich zwątpieniach i granicach psychicznego ryzyka.

– Ma pani opinię oazy spokoju.

– Naprawdę? A ja zwykle słyszę, że chyba cierpię na ADHD, bo mam nadruchliwość. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu. Ale psychicznie rzeczywiście jestem wyważona. Mam w tym względzie stabilne podstawy z dzieciństwa, spokój nadal dominuje w moim życiu osobistym.

– Istnieje teoria, według której im bardziej powikłane życie wewnętrzne artysty, tym ciekawszy potem efekt. Czy dobry aktor powinien mieć pobrudzony życiorys?

– W przypadku mojej osoby ta teoria się nie sprawdza. Poczucie stabilizacji daje mi podstawy do odbicia się w rolach. Łatwiej mi się otworzyć, gdy spotykam się z akceptacją. Zresztą nawet jeśli chcielibyśmy nieprawdopodobnie pogmatwać sobie życie, to nie jesteśmy w stanie wszystkiego dotknąć.

– Aktorka bez ekscesów, żadnych awantur, kaprysów…

– (śmiech)

– Może jest pani zbyt grzeczna, żeby być aktorką?

– Nie przywiązuję wagi do takich opinii. Staram się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafię, a jaka jestem prywatnie, to może komuś odpowiadać albo nie.

– Jaka jest pani prywatnie? Odważna?

– W życiu osobistym jestem odważna, ale przede wszystkim rozsądna, bo zawsze myślę o rodzinie. Inna jest odwaga w ważnych sprawach życiowych, a inna przy skoku na bungee.

– Skoczyła pani na bungee?!

– Nie, ale zawsze chciałam. I odwagę na taki skok nawet w sobie znajduję.

– Była pani świadkiem poważnego wypadku na planie. Czy łatwo po takim doświadczeniu wrócić i grać podobnie ryzykowne sceny strzelaniny i pościgów?

– Takie obawy nachodzą zwłaszcza, od kiedy mam dziecko.

– A czy na planie oprócz strachu fizycznego odczuwa pani jakiś inny rodzaj lęku?

– Może nie jest to lęk, raczej wątpliwości albo zachwianie wiary w siebie. Odczuwam je bardzo często i nawet nie potrafiłabym powiedzieć, jak często.

– Przy każdej scenie?

– Aż tak na szczęście nie (śmiech), ale każda nowa produkcja jest wielką niewiadomą i dlatego zawsze pojawia się strach przed nieznanym. Na tyle odważna nie jestem, żeby rzucać się w nowe i czyhać na przygodę, która czai się za rogiem. Sytuacje zawodowe wiążą się dla mnie z ogromną tremą.

– Jak radzi sobie pani w chwilach zwątpień? Zamyka się pani sama w garderobie?

– (śmiech) Nie mam swojej garderoby, więc się w niej nie zamykam. A poważnie, dla mnie najważniejszą pomocą jest wsparcie bliskich.

– Zdarzyło się pani w chwili słabości lub niemocy rozpłakać na planie wśród ekipy?

– Oczywiście, ale raczej w teatrze. To normalne, bo pracujemy na emocjach i trudno je na pstryk wyłączyć lub odciąć jak dopływ prądu. Buzują i potrzebują ujścia. Czasem kończy się wybuchem ekstatycznej radości, czasem rozpaczy.

– A jak pani reaguje, gdy komuś innemu na próbie puszczą nerwy?

– Jesteśmy przyzwyczajeni. Nie sposób tego przewidzieć, ale wiemy, że takie rozładowanie kiedyś musi nastąpić, czasem w trakcie spektaklu na scenie albo później w kulisach.

– W zawodzie aktora trzeba mieć skórę słonia i wrażliwość motyla. Już na pierwszy rzut oka widać u pani wrażliwość, a co ze skórą słonia?

– Odziewam się w nią (śmiech). W miarę upływu czasu i nabywanych doświadczeń po prostu uczę się nowych sytuacji i sposobów, jak sobie z nimi radzić. Mam wrażenie, że naklejam sobie kolejne łuski.

– Czuje pani oddech konkurencji młodszych dziewczyn wdzierających się do zawodu?

– W aktorstwie zawsze była i będzie duża konkurencja. Wiem, że nie jestem jedyną aktorką, która mogłaby zagrać daną rolę. Dostać rolę to jednak kwestia szczęścia.

– Może czasem trzeba przejąć inicjatywę?

– Staram się wychodzić szczęściu naprzeciw, ale nie jestem osobą, która robiłaby coś za wszelką cenę.

– Zadzwoniłaby pani do reżysera z informacją, że nadawałaby się pani do filmu, który ten reżyser zamierza nakręcić?

– Trudne pytanie, bo nigdy nie miałam takiej sytuacji.

– A gdyby na przykład Polański szukał młodej aktorki?

– Cóż z tego, skoro nie wiem, czy w jego wyobrażeniu byłabym odpowiednią aktorką.

– Znalazłaby pani w sobie tyle determinacji, żeby zrobić śmiały krok i zadzwonić?

– Nie. Kocham swój zawód, ale na nim nie kończy się mój świat.

– Każdy aktor to taki trochę domorosły psycholog.

– Badanie w sobie różnych, często uśpionych rejonów jest dla mnie w aktorstwie najciekawsze.

– A nie bałaby się pani zajrzeć głębiej? Dać się ponieść w teatrze eksperymentalnym?

– Szukam prawdy mojej postaci, staram się, żeby bohaterka była wiarygodna, ale nie wiem, czy umiałabym się zatracić bez pamięci. Nie wiem, czy byłoby to dla mnie zdrowe.

– Raczej dla nikogo nie bywa to zdrowe. Ale są aktorzy, którzy chętnie ślizgają się po krawędzi.

– Ja zagłębiam się do momentu, kiedy mam poczucie, że nad tym panuję. Wchodzę w rolę na sto procent, ale zawsze wiem, kiedy jest koniec przedstawienia, próby albo ujęcia. Myślę o granej przeze mnie postaci, chodzę z tematem, to wszystko we mnie dojrzewa, śni się w nocy. Nie chciałabym jednak wpaść w jakiś dziwny stan emocjonalny, który uniemożliwiłby powrót do normalności albo burzył relacje rodzinne. Nie wiem, czy byłabym zdolna do aż takiego poświęcenia.

– A gdyby miała pani zagrać kloszarda, to zasnęłaby nocą na ulicy przykryta gazetami?

– To jest ciekawe doświadczenie, ale tylko jako kolejne doświadczenie.

– Niezbędne czy tylko przydatne?

– Nie grałam jeszcze roli, do której musiałabym wspomagać się tak ekstremalnymi działaniami. Choć ostatnia premiera „Tramwaju zwanego pożądaniem” i rola Blanche była dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nasze predyspozycje do każdej roli są inne, więc za każdym razem zastanawiamy się, co powinniśmy zrobić, żeby osiągnąć jak najlepszy efekt. O tym się nie przestaje myśleć. I nagle przy porannej kawie lub w drodze do sklepu przychodzi olśnienie i wiadomo, czego szukać. Rozmawiamy o rzeczach, które trudno złapać, ale na tym polega ten zawód. Nie wszystko jest namacalne i proste w nazwaniu.

– Jest pani przygotowana na krytykę?

– Krytyka potrafi być budująca.

– Ale w dzisiejszych czasach rzadko bywa. Raczej krytykuje się kształt nosa albo kostium.

– To prawda. Nosa nie zmienię i zresztą nie jestem w stanie zaspokoić wymagań całej rzeszy ludzi. Dla mnie ważna jest choćby bardzo wąska grupa widzów, do której trafiam. Warto grać nawet dla jednej osoby. Choć oczywiście nie zawsze to wychodzi.

– Skąd czerpie pani wiedzę, że nie wychodzi?

– Jeżeli cały świat krzyczy, że nie wyszło, to trudno spierać się, że jest inaczej. Choć czasami nasze poczucie klęski nie przekłada się na to, co przeżyli widzowie. Kiedyś zeszłam ze sceny z poczuciem totalnej porażki, a okazało się, że widzowie odebrali moją grę inaczej.

– Co musiałoby się zdarzyć, żeby puściły pani nerwy?

– Każdy człowiek ma kres swojego spokoju. Jeżeli wybucham, to wybucham. I w takich momentach niestety zapominam o dyplomacji.

– Dobrze się pani czuje w momencie wybuchu?

– Rzadko kto dobrze się w takim momencie czuje. Choć wybuch bywa oczyszczający, pozwala na wyrzucenie emocji zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Zdarzają się przecież równie często wybuchy energii radosnej. Każdy wybuch może być wspaniały, bo pomaga później w osiągnięciu równowagi.

– Tłumi pani w sobie skrajne emocje?

– Na tyle, na ile wytrzymuję, staram się powstrzymywać wszelkiego rodzaju entuzjastyczne wybuchy. Tłumione na dłuższą metę nie są zdrowe. Zresztą prędzej czy później kres następuje (śmiech).

– Co zalicza pani do swoich zawodowych sukcesów?

– Z każdego rocznika szkoły teatralnej zostaje w zawodzie tylko kilka osób. Sukcesem już jest to, że nie byłam zmuszona do zmiany zawodu i mogę spełniać się w tym, co kocham.

– Ale to bardzo niesprawiedliwy zawód, bo kariery wcale nie robią najzdolniejsi ani nagród nie otrzymują najbardziej utalentowani.

– Życie tego uczy. Nawet jeżeli byliśmy na to mało wrażliwi w szkole, po spotkaniu z rzeczywistością już to wiemy.

– W najnowszym filmie Feliksa Falka „Enen” miała pani okazję zagrać żonę mężczyzny ogarniętego pasją.

– Mężczyzna z pasją jest dla kobiety bardzo atrakcyjny, ale w tej historii nastąpiło przekroczenie ważnej granicy. Zatracenie się w zawodowej pasji spowodowało realne zagrożenie dla rodziny.

– Bo mąż psychiatra przyprowadza do domu dziwnego pacjenta. Jak zachowałaby się pani na jej miejscu?

– Podobnie jak bohaterka. Ona nie jest w stanie się pogodzić z tą dziwną sytuacją. Tym bardziej że również dzieli swój czas pomiędzy życie rodzinne i pasję. Muzyka i gra na altówce są tym, co kocha i pielęgnuje.

– Grała pani na altówce naprawdę?

– Uczyłam się.

– Ile taktów potrafi pani zagrać?

– Jeżeli mam być szczera, to pracowaliśmy na sekundy. Do jednego ujęcia na 35 sekund, do innego na 48. Wcześniej oprócz gitary nigdy nie miałam w ręku żadnego instrumentu. Nagle dostałam do ręki altówkę i musiałam na niej zagrać Bacha. Nie wiem, na ile profesjonalnie to wyglądało, ale nie chciałaby pani słyszeć, jak brzmiało. Jednak sceny muzyczne były niezbędne, żeby uwiarygodnić zawodową pasję bohaterki.

– Dlaczego zatem nie do końca akceptuje pasję męża?

– Bo są sprawy ważniejsze. Nie można rozwijać swojej pasji kosztem rodziny i dziecka. Moja bohaterka powiedziała stanowcze nie. Nie pozwala, by mąż tak głęboko zatracił się w swojej pracy.

– A czy pani mąż ma jakieś groźne pasje?

– Na szczęście nie.

– Mieszkacie w Krakowie, który słynie z bogatego życia towarzyskiego bohemy. Prowadzicie dom otwarty?

– Jeśli już jesteśmy w domu, chcemy ten czas spędzić rodzinnie. Być może jest za wcześnie na dom otwarty, bo mamy małe dziecko, które dopomina się naszej obecności i uwagi.

– Dziesięć lat temu skończyła pani krakowską szkołę teatralną. Czy pokusiłaby się pani o krótki poradnik dla debiutantów?

– Absolutnie nie! Nigdy w życiu nie ośmieliłabym się dawać rad innym, ponieważ sama przy każdej nowej roli czuję się jak osoba początkująca. Często wydaje mi się, że nic nie wiem i nic nie umiem. Owszem, minęło już trochę czasu od zakończenia szkoły, ale wciąż szukam i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie stwierdzić, że dwa plus dwa będzie równało się cztery.c