Edyta Bartosiewicz – Idąc za swoim głosem

Archiwum Zwierciadło

Prawie dekada milczenia. Żadnych płyt, wywiadów, wyjaśnień. Dziewięć lat troski fanów, spekulacji mediów. I nagle zaproszenie do bardzo osobistej rozmowy, o której sama Edyta Bartosiewicz powiedziała: „ten wywiad stanowi wyłom w moich zwyczajach”
– Skąd potrzeba odezwania się właśnie teraz?

– Po pierwsze, dojrzałam już do podzielenia się z ludźmi tym, co przeżyłam. Taką spowiedź obiecałam podczas wywiadu z Piotrkiem Metzem przed Orange Warsaw Festival. Nie ukrywam, że planowałam wtedy wydać płytę jesienią po Orange. Ten pierwszy po latach własny koncert miał zapowiadać mój powrót. Był bardzo ważny i potrzebny – wyjście na scenę, energia od ludzi, uczucie, że wciąż jest miejsce dla mnie w ich sercach – wszystko to miało niesamowity wymiar. Misterium. To, że się tam nie wyrąbałam na gitarze, której całe lata nie brałam
do ręki, że nie pomyliłam się w jakiś spektakularny sposób – to cud. W każdym razie tak, jak odrzucałam z reguły propozycje, które płynęły do mnie przez te lata, tak w przypadku Orange przeczuwałam, że to dobra decyzja. Bardzo chciałam wydać płytę w 2010 roku, myślałam, że jedno z drugim świetnie się sklei.

– Ale się nie skleiło. Płyty wciąż nie ma.

– Nie skleiło się z powodu mojej niemocy, o której zaraz opowiem, a która nie ma związku z tym, co o mnie przez ten czas pisano…

– Że narkotyki, alkohol…?

– Albo depresja. Rozmawiamy dziś, bo mam taką potrzebę bez względu na to, czy płyta wyjdzie za miesiąc, czy za pół roku. Do tej pory warunkowałam wywiady ukazaniem się kolejnego albumu, kierowałam się artystyczną potrzebą.

– Płyta była jak alibi, jak parawan?

– Tak, chowałam się za teksty piosenek, bo wstydziłam się mówić o swoich uczuciach wprost. Wstydziłam się, bałam, nie chciałam. Moje prywatne życie było, jest i będzie strzeżone. Do dzisiejszej naszej rozmowy przyczynił się projekt, który nie ma związku z płytą, a za moment zaistnieje. Dostałam propozycję napisania piosenki do disnejowskiego „Kubusia Puchatka”. I zrobiłam to. Bo mam sentyment do Kubusia jeszcze z dzieciństwa, po drugie – bo to tak, jakby mi ktoś zaproponował napisanie muzyki do „Jamesa Bonda”, takich propozycji się nie odrzuca. Po trzecie – praca nad „Puchatkiem” okazała się podmuchem świeżości po latach międlenia materiału na płytę. To zadanie ogromnie mnie zmobilizowało i oderwało na chwilę od pracy nad albumem, a jednocześnie stworzyłam coś istotnego. Wkrótce więc ludzie usłyszą w radiu piosenkę do „Puchatka” pod tytułem „Witaj w moim świecie”. A gdzie jest płyta? – zapytają – a co się działo przez dziesięć lat? Stąd jesteś u mnie, żebym mogła wyjaśnić, dlaczego tak się to wszystko ułożyło.

– Dlaczego tak się ułożyło?

– Dlatego, że… straciłam głos.

– Tak z dnia na dzień?

– Nie, to się działo stopniowo. Działo się podstępnie, tak jakby cichy wróg systematycznie rozprawiał się z tobą od środka. A ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jesteś atakowana, nie słuchasz przekazywanych od własnego ciała sygnałów, nie masz ze sobą kontaktu. Zawsze byłam suchym liściem na wietrze, jak gnana wiatrem torebka w scenie z „American Beauty”. Bezwolna, nieukorzeniona, oderwana, mająca problemy z tożsamością. Nie wiem, jak nagrałam tych kilka płyt w latach 90. To był dar z nieba. Gdybym nie mogła swoich emocji rozładowywać w sporcie, a przez drugie pół życia w muzyce, o wiele wcześniej zaczęłyby się dziać ze mną złe rzeczy.

– A kiedy zaczęły się dziać?

– W 2002 roku nagrywałam materiał na płytę. I pięknie nam się nagrały podkłady, wszystkie instrumenty, aż przyszło do wokali. Kiedy nagrywaliśmy singiel „Niewinność”, poczułam, że nie mogę śpiewać. Ale nie to, że nie mogłam się wzbić na nie wiadomo jaki poziom, bo sobie ubzdurałam, że będę brzmieć jak Maria Callas. Walczyłam zaledwie o swój dawny, satysfakcjonujący pułap możliwości. Tymczasem brzmiałam coraz gorzej. Nie było dawnej ekspresji, dawnej Edyty, dawnej przyjemności ze śpiewania.