Janusz Panasewicz – Siedzą we mnie tęsknoty

Janusz Panasewicz - Siedzą we mnie tęsknoty
fot. materiały promocyjne

„Ja się tej kuchni życia już nasmakowałem! Teraz wystarczy mi
od czasu do czasu jakaś degustacja” – mówi Janusz Panasewicz, lider zespołu „Lady Pank”

– Jak smakuje panu rockowe życie, które trwa już od 30 lat?

– Różnie. Było wiele sytuacji, gdy wszystkiego miałem dość, ale więcej takich, które podniecały i wciągały.

– Co tak wciągało?

– Czas, w którym się tworzy, ten moment oczekiwania, jak zabrzmi piosenka. Najpierw dostaję tzw. rybę, czyli kompozycję, i powoli układają się do niej słowa. Z reguły już po kilku godzinach wiem, co chcę napisać. To najprzyjemniejsza chwila. Potem idę z tym do studia i z ciekawością wyczekuję, jak efekt mojej i kompozytora pracy ocenią koledzy. Kiedyś zastanawiałem się jeszcze nad tym, czy będą chcieli to grać w radiu i czy spodoba się słuchaczom. Teraz wiem, że zupełnie nie da się tego przewidzieć, więc już o tym nie myślę. Mój gust przestał być miernikiem. Więcej, często to, co mi się nie podoba, zachwyca radiowców. I to też jest podniecające, bo nie ma gotowego przepisu…

– Piosenka zaczyna żyć własny życiem…

– Tak, nigdy nie wiadomo, jakie będą jej dalsze losy – czy szybko przeminie, czy będzie słuchana przez kolejne pokolenie. Mamy zwartą grupę fanów, która nas słucha i pozostaje nam wierna od lat. Wiem, że oni czekają na nowe piosenki. To inspiruje i ma ogromny wpływ na to, jakie będą kolejne.

– Także koncert musi mieć siłę…

– Szacuję, że w swoim życiu wychodziłem na scenę już jakieś dziesięć tysięcy razy, a mimo to za każdym razem uczucie było niesamowite. Do tej pory bywam czasami przestraszony albo schowany, ale nie z powodu publiczności, tylko tego, że wychodzę z moją opowieścią i nie wiem, jak zostanie przyjęta. Widzę kilka rzędów oczu i czekam, jak ci ludzie zareagują, czy w ogóle zareagują. Czasami zaśpiewam dwa lub trzy utwory, zanim się dowiem, czy trafiłem w oczekiwania fanów.

– To wymaga odwagi?

– Ogromnej. Wychodzisz i nie wiesz, co się stanie. Mamy piosenki, które zna już drugie czy trzecie pokolenie i te nie giną. Ale jak wychodzę z czymś nowym, zawsze serce mocno mi bije. I chociaż robimy to przede wszystkim dla siebie, to zawsze przeżywamy ten moment konfrontacji z publicznością.

– Rozumiem, że to czas między pewnością a niepewnością…

– Właśnie. Ostatnio ktoś mnie zapytał, czy w zalewie programów typu „X factor” jeszcze chce nam się nagrywać. Tym bardziej nam się chce! Może dlatego, że ja nie postrzegam tego jako „robienia” muzyki, bo ona rodzi się we mnie naturalnie. Tak zostałem ukształtowany. „Oddział Zamknięty” i „Lady Pank” powstały w wyniku selekcji, obok budynku domu kultury i podczas koncertów pod sklepem. To się działo poza telewizją. Talenty objawiały się w zwykłych spotkaniach z kolegami. Nikt nie myślał wtedy, czy będą z tego pieniądze i nagrody, a tworzyły się piosenki, które żyją do dziś. Bo muzyka sama się broni.

– Jaka jest różnica między „Lady Pank” dawnym i obecnym?

– Ostatnio zrobiliśmy eksperyment i nagraliśmy płytę na żywo, bez jednej wspólnej próby. Borysewicz coś zagrał, Paczkowski złożył te nagrania w całość i każdemu z muzyków wręczył demo tuż przed Bożym Narodzeniem. Podczas świąt każdy miał posłuchać i się przygotować. Wyszła bardzo świeża płyta. Wcześniej było podobnie – spotykaliśmy się i po prostu graliśmy. Teraz ludzie startują w castingach, mają straszne parcie na sukces. Kiedy my zaczynaliśmy, traktowaliśmy to jak przygodę, robiliśmy to z czystej artystycznej potrzeby. Dzisiejsze podejście młodych ludzi wydaje mi się konsumpcyjne i… mało subtelne. A subtelność w sztuce jest bardzo ważna, podobnie jak wrażliwość i to, czy masz coś do przekazania. Musisz wiedzieć, po co jesteś na scenie. Czasami zwykły ochrypły głos więcej opowiada niż cudownie wyciągnięte trzy oktawy. Pojawia się jakaś prawda.

– Co się składa na pana teksty?

– Wszystko. Każdy przeżyty dzień, każde doświadczenie – dobre i niedobre. Inspiracją jest zły dzień i dobry film, i zasłyszane na ulicy dwa słowa… Ja jestem sentymentalny, więc często powracają również moje Mazury, ich zapach i dźwięk. Dom, rodzice, szkoła, podwórko i sto metrów do jeziora, przyjaźnie, zabawy, tajemne ścieżki, z których większość zniknęła…

W tak ciepły jak dziś wieczór szedłbym zapewne do domu przez szuwary i słuchał rozmów ptactwa – kaczek, perkozów… Pamiętam też zatoczki i ich zapach o trzeciej nad ranem, kiedy wyprawiałem się na węgorze. I tawernę, do której nie wolno mi było chodzić, więc płynących z niej dźwięków słuchałem, siedząc na brzegu jeziora. Co to była za muzyka! Jazz i blues! Moje pierwsze doznania muzyczne. Wtedy odkryłem Rolling Stonesów i teksty Wojciecha Młynarskiego. Założyłem swój pierwszy zespół – grałem na gitarze hipisiarską muzykę, śpiewałem teksty Gałczyńskiego i fragmenty kroniki olsztyńskiej…

– Czy miłość do Mazur sprawiła, że zaangażował się pan w akcję „Cudne Mazury”?

– Chciałbym, żeby Mazury miały własny hymn i teledysk. Nagrywa go wspólnie kilkadziesiąt osób, wszyscy to muzycy pochodzący z Warmii i Mazur, m.in. Rysiek Rynkowski, Krzysztof Daukszewicz, Wojciech Łozowski, Vader i lokalne chóry. Gramy w różnych klimatach, ale tworzymy jedną piosenkę, która ma zachęcić do głosowania na Mazury w światowym konkursie na „7 Nowych Cudów Natury”. Na pomysł wpadł autor piosenki Krzysztof Jaworski z Harlemu i to on zebrał nas i przekonał do tego przedsięwzięcia. Finał konkursu jest 11 listopada i mam nadzieję, że Mazury wygrają.

– Trudno było opuścić świat swego dzieciństwa?

– To działo się bardzo stopniowo. Kiedy zacząłem grać, nadal mieszkałem na Mazurach, potem tam już tylko bywałem – najczęściej po to, żeby pobyć trochę ze swoim dzieckiem albo wyprać ciuchy. Graliśmy wtedy 300 koncertów rocznie i większość czasu spędzałem z zespołem. Do stolicy przeniosłem się na stałe dopiero po kilku latach, w 1986 roku, i zamieszkałem przy Nowym Świecie.

– Lubi pan Warszawę?

– Uwielbiam, zawsze uwielbiałem. Jak chodziłem do liceum w Białymstoku, przyjeżdżałem tu na wagary po marynarki – dwie godziny w pociągu, pięć w Warszawie, powrót, no i… było po lekcjach. Warszawa od razu była moja. Na początku dzięki granym koncertom, potem – warszawiakom, którzy byli mi bliscy. Powoli wsiąkałem w to miasto. Długo myślałem, że Olecko i Mazury będą dla mnie najważniejsze, ale po kilku latach, gdy wracając o brzasku z koncertu, otworzyłem oczy w samochodzie i zobaczyłem Pałac Kultury, pomyślałem: „jak cudownie, już w domu”.

Teraz mieszkam w okolicach Warszawy, w Starej Miłosnej, gdzie mam dom z ogródkiem. Mój kolega, basista, który mieszka niedaleko, codziennie jeździ do Warszawy, by wypić kawę na Mokotowskiej. Ja już nie mam takiej potrzeby. Coraz rzadziej jeżdżę do stolicy, a najrzadziej wieczorami. Mam małe dzieci i dużo roboty w domu, zresztą ja się tej kuchni życia przez lata nasmakowałem! Teraz wystarczy mi już od czasu do czasu jakaś fajna degustacja.

– A co pana jeszcze kręci, oprócz grania muzyki?

– Różne rzeczy. Prowadziłem kiedyś nocną audycję „Hyde park”, podczas której rozmawiałam z ludźmi o polskiej piłce nożnej. Pisałem felietony. Miałem też epizod filmowy – w filmie „Nic” Doroty Kędzierzawskiej. Bałem się tej roli jak diabli, tyle poważnych aktorów… Ale Dorota zobaczyła mnie i powiedziała: „to on”. Fantastyczne wyzwanie! W dzieciństwie chciałem być wszystkim – muzykiem, sportowcem, aktorem… Te tęsknoty nadal we mnie siedzą i żadnej nie uważam za gorszą czy lepszą. Zresztą, gusta i potrzeby cały czas się zmieniają. Żeby wiedzieć, co ci smakuje, trzeba chcieć tego życia próbować.