fbpx

Janusz Weiss: Ćwiczenie z wyobraźni

Janusz Weiss
Fot. Rafał Masłow

Kiedy przestał być dzieckiem? Kiedy po raz pierwszy pomyślał, że na coś jest już za duży, że czegoś już mu nie wypada? – tego Janusz Weiss nie pamięta. Za to koniec młodości i niewinności łączy z jednym bardzo konkretnym momentem w życiu.

Janusz Weiss
Fot. Rafał Masłow

Wydałem właśnie książkę ze wspomnieniami. Napisałem ją z kilku powodów. Mam bardzo małe dzieci (jedno ma niecałe trzy, drugie niecałe pięć lat) i nie wiem, czy zdążę im to wszystko opowiedzieć. Po pierwsze, piszę więc dla nich, po drugie, dlatego że mam bardzo dobrą pamięć przeszłości. Pamiętam drobiazgowo wiele zdarzeń, kolory, zapachy. Mam swoje wypróbowane opowiastki, którymi przez lata bawiłem przyjaciół, wystarczyło je tylko przelać na papier. Usiadłem i napisałem, błyskawicznie, w niecałe trzy tygodnie.

Ta książka powstała też dlatego, że u mnie w domu prawie wcale się nie wspominało. Z rodziny mojego ojca nikt, dosłownie nikt, nie przeżył wojny, wspominanie było pewnie dla niego traumą. On nie opowiadał, a my – ani ja, ani brat – nie pytaliśmy.

Nie byliśmy wyjątkowi. Nieraz rozmawiałem z ludźmi, którzy pochodzili z rodzin żydowskich, i wiem, że w takich rodzinach często nie mówiło się o przeszłości albo przedstawiało się nieprawdziwe jej wersje.

Kamienica

Na rogu Koszykowej i Niepodległości mieszkałem od urodzenia do roku 1974, czyli do mojego ślubu. Naszą kamienicę wybudował dla rodzin oficerskich warszawski architekt Romuald Gutt na początku lat 30. ubiegłego wieku.

Czy przez te wszystkie lata bardzo się zmieniła? Oj, bardzo, przede wszystkim bardzo zmalała, rzeczy oczyma dorosłego wydają się mniejsze, no i na podwórku nie ma już tych wspaniałych udogodnień, z których niektóre dotrwały jeszcze do początku lat 70. Były na przykład baseny kąpielowe, jeden głębszy dla dorosłych, drugi płytszy dla dzieci. Nie wiem, czy gdziekolwiek w Warszawie jest inne podwórze z basenami.

Na naszym podwórku obowiązywał przedwojenny jeszcze podział na tzw. pierwszy i drugi ogród. Przed wojną w części domu od strony Niepodległości mieszkali żołnierze wyżsi rangą, były większe mieszkania i to podwórze przylegające do domów przy Niepodległości to był właśnie pierwszy ogród. Czyli ten nasz.

Była między dzieciakami z dwóch ogrodów konkurencja, animozje, były jakieś zdrady, ale w sumie było też sporo przestrzeni, gdzie bawiliśmy się wszyscy razem.

Mój tata dosłużył się stopnia pułkownika, a nasze mieszkanie miało trzy pokoje. Nie od razu rodzice mieszkali we wszystkich trzech, przed moim urodzeniem zajmowali tylko jeden, potem dwa – zapamiętałem jeszcze naszych współlokatorów: dwóch oficerów, którzy cisnęli się razem w pokoju i z którymi dzieliliśmy kuchnię i łazienkę.

Choinka w Pałacu Młodzieży

Podwórko i kamienica były moim środowiskiem naturalnym. To, co na zewnątrz, niewiele mnie jako dziecko interesowało. Z zewnętrznego świata pamiętam głównie spacery z ojcem, śledziliśmy budowę Pałacu Kultury, zaglądałem przez szparę w parkanie, a pałac rósł na moich oczach. Miałem nawet kawałek pozłacanego szkiełka z iglicy. Iglicę okładano tymi pozłacanymi, grubymi na 5–6 milimetrów, szkiełkami, widocznie znalazłem jedno z nich na spacerze z tatą.

Z pałacem wiąże się też inne wspomnienie. Ludzie w moim wieku pewnie pamiętają choinki w Pałacu Młodzieży (który jest częścią Pałacu Kultury). Co roku bawiły się na nich setki dzieci. Każda szkoła w Warszawie dostawała jedno, dwa zaproszenia. O tych zabawach krążyły legendy. O gondolach pływających po basenie, o fantastycznych radzieckich filmach rysunkowych, które puszczano, o zjeżdżalni długiej na kilka pięter.

W naszej klasie zaproszenie dostał Piotrek G. Oficjalnie, przed całą klasą wręczyła mu je pani wychowawczyni. Ale, niestety, nie wiem, czy z wrażenia, czy coś paskudnego zjadł, w każdym razie biedak narobił w spodnie. Poleciał do łazienki, a pani zabrała mu ten bilet i dała go mnie. Pedagodzy!

Nie wiem, dlaczego akurat wypadło na mnie, może dlatego, że czytałem dzieciom książki na głos, kiedy nauczycielka miała jakieś sprawy do załatwienia i musiała na chwilę wyjść. Bo ja od początku szkoły biegle czytałem.

W dniu, w którym odbywała się choinka, po obiedzie, ojciec mnie odprowadził do pałacu i zostawił na miejscu. Pamiętam, że dostałem na wstępie za dużą czapkę górniczą, która mi spadała na oczy. Wkurzał mnie tłum dzieci biegających, drących się, spoconych. Do tego Dziadki Mrozy, Śnieżynki. Hurgot niesamowity.

Zabawa odbywała się na kilku piętrach. Nagle zobaczyłem jakieś drzwi, uchyliłem, wszedłem. W środku nikogo, tylko góra klocków. Cementowych, szarych: wypustki z jednej strony, z drugiej dziurki, zazębiające się, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Najbardziej przypominało to chyba dzisiejsze lego, tylko że każdy klocek był o wiele cięższy. Budulca było co niemiara, a ja sam jeden. I tak układałem, układałem, aż przyszedł Dziadek Mróz i mnie stamtąd wyrzucił. Zapytał, co ja tu robię, przecież zabawa się już skończyła, rodzice czekają.

Potem w szkole koledzy się mnie pytali, jak było, a ja zacząłem zmyślać, że zjeżdżalnia, że filmy. Ze szczegółami. To było moje pierwsze ćwiczenie z wyobraźni. O drugim jeszcze opowiem.

Większy, silniejszy

Mój brat urodził się, kiedy miałem cztery lata. Jego narodzin nie pamiętam, choć przez nie poszedłem na kilka miesięcy do przedszkola, które nam w pewnym momencie wybudowano w „drugim ogrodzie”. Pamiętam tylko, że już trochę później strasznie się Leszka wstydziłem przed kolegami. Uważałem, że obecność takiego smarkacza jest kompromitująca. Dręczyłem go na różne sposoby. Między łazienką a ubikacją było na przykład maleńkie okienko i kiedy on siedział na toalecie, rzucałem przez nie klockami.

W pewnym momencie, jeszcze w podstawówce, zorientowałem się, że brat jest ode mnie większy i silniejszy. I przestałem podskakiwać.

Szkoła

Nasza szkoła, czyli Czternastka. Przed wojną tak jak dziś imienia Stanisława Staszica, wtedy Klementa Gottwalda, pierwszego powojennego przywódcy Czechosłowacji.

Nikt nas specjalnie nie indoktrynował, mimo że towarzysze partyjni posyłali tam swoje dzieci. Było stamtąd blisko z alei Róż i z alei Przyjaciół, gdzie mieszkała komunistyczna wierchuszka, poza tym nasza szkoła była świecka, druga taka placówka w Warszawie, zaraz po żoliborskiej na Osiedlu Żeromskiego.

W mojej klasie była córka wicepremiera i dzieci dwóch ministrów. Czy zadzierali nosa? Był taki jeden chłopiec, którego kierowca dowoził pod szkołę i niósł mu teczkę aż do ławki. Patrzyliśmy zdumieni, jak przynosił dwie brzoskwinie i to zimą. Jedną dawał pani, drugą zjadał sam i pani zjadała tę brzoskwinię na naszych oczach. Była też Joasia, dzisiaj wybitny matematyk, u której na urodzinach w alei Róż po raz pierwszy jadłem kawior.

To były jakieś tam symbole bogactwa, ale tak naprawdę u nas w klasie liczyła się głowa. Szczególnie w cenie były przedmioty ścisłe, komu dobrze szło, ten miał wśród kolegów i koleżanek wysoką pozycję. Mnie szło dobrze.

Kto ma rację?

Kiedy robiło się ciepło, bardzo lubiłem jeździć na nieistniejący już basen Legii. Wsiadało się w trolejbus 52, wysiadało – na Łazienkowskiej. Miałem dziesięć lat, umiałem już pływać, więc rodzice pozwalali mi jeździć bez dorosłych, ze starszymi kolegami.

Na basenie Legii odbyłem drugie ćwiczenie z wyobraźni. Ćwiczenie dotyczyło kobiecej anatomii. Jak właściwie wygląda cipka. Używaliśmy wtedy, niestety, słowa na „p”, choć to bodaj najokropniejsze słowo w języku polskim, ale wtedy tak się właśnie między kolegami mówiło.

Spór dotyczył dwóch różnych wizji. Jedna grupa chłopaków namalowała klasycznie: kółko z kreską biegnącą przez środek. Z kolei na naszym rysunku było jeszcze jedno, dodatkowe kółeczko, tak sobie wymyśliliśmy i upieraliśmy się, że to na pewno tak wygląda.

Byłem z kolegów najdrobniejszy, wyglądałem na młodszego, więc mnie wysłali na przeszpiegi, żebym się naocznie przekonał, kto ma rację. Miałem wejść pod damskie prysznice, krzycząc rozpaczliwie: „Mama, mama”. I faktycznie wszedłem, jakieś panie się przejęły: „Chłopczyku, tu nie ma twojej mamy”. Ale akcja się nie do końca powiodła. Nic nie widziałem, bo byłem przejęty, poza tym wszędzie była para wodna. No ale jak wyszedłem, uruchomiłem wyobraźnię. Powiedziałem, że to my mamy rację, że trzeba rysować z tym dodatkowym kółkiem.

Młody chemik

W X i XI klasie bardzo interesowałem się chemią. W sumie to była bardziej zabawa, w naszym mieszkaniu była maleńka służbówka, urządziłem sobie w niej pracownię. Miałem palnik, jakieś odczynniki, próbówki, robiłem węża faraona, sztuczne złoto, aspirynę. Czytałem tygodnik „Horyzonty Techniki” w wersji dla dzieci i dla dorosłych. Wydawało mi się, że studia chemiczne to dobry pomysł, zdałem na politechnikę. Ale już po pierwszym semestrze, kiedy musiałem zdawać egzamin komisyjny, doszedłem do wniosku, że pomysł z chemią był jednak nie najlepszy.

Przebrany za dorosłego

Prowadziłem w tym czasie bujne życie towarzyskie. Od liceum chodziłem z Grażyną, dziewczyną z młodszej klasy, która straciła obydwoje rodziców w epidemii grypy na początku lat 60. Zostały dwie: ona i jej starsza siostra, wychowywała je trochę ciotka, ale mieszkały same. U nich w domu, na ulicy Słupeckiej na Ochocie, powstała komuna hipisowska, z której wywodzi się mnóstwo znakomitych psychoterapeutów i fantastycznych ludzi.

Z Grażyną i grupą innych znajomych spotykaliśmy się w Gongu. To była knajpa, gdzie chodzili koniarze, na miejscu gadali o wyścigach, obstawiali gonitwy. Znajdowała się w samym centrum, tuż koło Rotundy PKO, i była herbaciarnią, podawali tam fantastyczną ciemną angielską herbatę w czajniczku, czarną, z mlekiem. Były też świetne wuzetki. Jako tzw. Gong Grupa mieliśmy wiele rytuałów. Braliśmy na przykład tylko jedno ciastko i graliśmy w okrutnego marynarza. Wystawialiśmy palce, potem wyliczanka. W normalnym marynarzu osoba, na którą padło, musiałaby zjeść ciastko, a w okrutnym musiała wskazać, kto zje. Wuzetkę dzieliliśmy na pół albo na cztery i graliśmy najpierw o kawałki, potem o to, kto obliże widelec, a na koniec, kto obliże talerzyk. W dobrym tonie było zostawienie sporego kawałka ciastka na widelczyku i rozmazanie kremu po talerzu.

Do naszych rytuałów należało też wchodzenie do Gongu naraz, wszyscy razem zwartą kupą, i wpuszczanie w drzwiach dziewczyn za nami, nie przed nami. Spędzaliśmy tam całe dnie. Ja, 19-letni chłopak, paliłem fajkę i byłem przebrany za dorosłego. Kupiłem sobie czeskie skórzane buty z dziurkami, miałem wełniane spodnie, dwurzędową marynarkę z metalowymi guzikami, nosiłem krawat robiony na szydełku i jasny prochowiec. Do tego skórzana teczka i parasol. No i ta fajka.

Zgryz Micka Jaggera

Kiedy Stonesi mieli przyjechać do Warszawy, tata nie chciał dać mi pieniędzy na bilet. Przekonał go dopiero ojciec mojego kolegi Witka, który powiedział: „Nauka nauką, ale Stonesi mogą już nigdy więcej nie odwiedzić Polski, takiej okazji nie można przegapić”.

Na koncert w Kongresowej przyszedłem dwie godziny wcześniej, miałem najtańszą wejściówkę, na balkonie, wszędzie było jeszcze pusto, więc polazłem na parter, usiadłem w piątym rzędzie. Inni też tak robili, ale im bliżej do koncertu, tym więcej ludzi, którzy tak jak ja usiedli nie na swoim miejscu, było wypraszanych przez prawowitych posiadaczy najlepszych biletów. A ja zostałem, nikt mnie nie wygonił. Jak Jagger z resztą zespołu wszedł na scenę, widziałem i chłonąłem wszystko: kształt gitar, krój spodni. Aż nagle, w pewnym momencie jakaś dziewczyna podbiegła do sceny i podała Jaggerowi doniczkę z kwiatami, a on zerwał kwiaty, wgryzł się w nie i rzucił w publiczność. Zdołałem złapać jeden. Ten żonkil z obgryzionymi dwoma płatkami zasuszył się u mnie w pokoju, przez kilka lat pokazywałem go i wygłupiałem się, że ślady zębów nie wskazują na to, żeby Jagger miał zły zgryz.

Koniec młodości

Nie pamiętam momentu, w którym pomyślałem: „Nie jestem już dzieckiem”. Nie pamiętam końca dzieciństwa, ale młodości już tak. Takim końcem był dla mnie Marzec ’68. Dostałem pałą, moi przyjaciele zaczęli masowo wyjeżdżać, straszne było to całe odprowadzanie na dworzec, pożegnania. Nagle dotarło do mnie, że dorośli kłamią, że gazety kłamią.

Pierwszy taki mocny sygnał, że coś jest nie tak, dostałem już w 1967 roku, kiedy mój ojciec, jak wielu innych wojskowych pochodzenia żydowskiego, stracił pracę. Był w wieku przedemerytalnym, chciał pracować, ale nigdzie go nie chcieli, to było przykre, przykro mi było na to patrzeć.

Bardzo wiele moich przyjaciół i przyjaciółek było Żydami. Ja byłem „połówką”, rodzina mojej mamy jest ze Wschodu, ale były w domu jakieś rozmowy. Tata mówił mi: „Możesz jechać, jeśli chcesz”. Sam zdecydował, że on zostaje.

Na dobry początek

W roku 1968 wyleciałem z chemii, nie zdałem egzaminu. Miałem trochę perypetii, trafiłem po drodze na chwilę do Olsztyna, a potem do trzyletniej Szkoły Programowania Maszyn Matematycznych. W końcu, żeby dostać się na polonistykę w Warszawie bez egzaminu, musiałem odpracować gdzieś pół roku. Trafiłem do spółdzielni mody Modny Strój, gdzie jedną z modelek była żona Jonasza Kofty. Ja byłem referentem do spraw administracyjnych. Przeprowadziłem jedną deratyzację, miałem też zwyczaj schodzenia do piwnicy pod pretekstem remanentu. Zasypiałem tam, opierając głowę o zapasy kleju – gumy arabskiej – i te gumowe kapturki odciskały mi się na twarzy, chodziłem potem z takimi dziobami. Odpracowałem te pół roku, dostawałem 1100 złotych miesięcznie i mogłem sobie kupić na raty magnetofon Grundig, co uczyniłem. Modny Strój znajdował się przy studenckim klubie Medyk, idealnie, bo biegałem do Medyka na próby
z Jackiem Kleyffem i Romanem Walisiakiem, którego wkrótce zastąpił Michał Tarkowski. To były już początki naszego Salonu Niezależnych.

Janusz Weiss rocznik 1938. Współzałożyciel kultowego w latach 70. kabaretu Salon Niezależnych, długoletni gospodarz audycji „Dzwonię do pani, pana w bardzo nietypowej sprawie”, w roku 1990 z Andrzejem Woyciechowskim tworzył Radio Zet.