fbpx

Kinga Preis – Opowieść o rozpuszczaniu lodu

Kinga Preis - Opowieść o rozpuszczaniu lodu
fot. Tatiana Jachyra/Forum

„Robię w emocjach” – mówi o swoim aktorstwie, czasie kiedy „dzieje się film”, mija pierwszych pięć minut na scenie. I że to jest fascynujące… Ale z tego, co zdradza Hani Halek o swoim życiu i ludziach, których kocha, wynika jasno, że Kinga Preis w emocjach żyje…
– Wychowywałaś się wśród kobiet, uczyłaś od nich, a teraz w twoim domu są sami faceci!

– To prawda. Mam całkiem męski dom. Męża, syna i jeszcze psa. Kompletnie inne charaktery i zupełnie inne pomysły na życie. Moi mężczyźni dają mi poczucie, że jestem całym ich światem, choć pewnie bardziej Piotr niż syn Antoni, który za chwilę poszuka swojego świata zupełnie w kimś innym. Jestem ciekawa, jakim Antek będzie człowiekiem. Czy dostarczy mi, jak to sam mówił jako dziecko, adrenaliny? Zobaczymy.

– Jak przyjęłaś fakt zostania matką?

– Kiedy zaszłam w ciążę, byłam wystraszona i przerażona. Miałam świadomość, że jest we mnie jakiś byt niezależny, abstrakcyjny, może dziewczynka, może chłopiec. Noszę go w sobie, coś na jego temat wymyślam, ale kompletnie nie wiem, jaki naprawdę jest. Gdy urodziłam Antka, dwie doby spędziłam na oglądaniu jego paluszków, paznokci, włosów, oczu. Miłość do niego przyszła z czasem. Rodziła się powoli. Przełomem była komunikacja, pewien poziom relacji, kiedy zupełnie inaczej zaczęłam się o niego starać, gdy stał się człowiekiem, którego mogłam nie tylko nakarmić i przewinąć. Myślę, że w miłości trzeba się przyzwyczaić do człowieka, a może do swojego uczucia wobec niego. Trzeba ją w sobie oswoić.

– Z miłością córki do matki jest chyba jeszcze inaczej?

– Moja miłość do mamy zmieniła się. Najpierw była dla mnie stanem tak normalnym, że w ogóle jej nie zauważałam. Do momentu buntu. Ale nie miało to nic wspólnego z odrzuceniem rodzica, nie. Pamiętam, że peszyło mnie, gdy mama okazywała mi, że mnie kocha. Nie w towarzystwie, ale w momentach, gdy byłyśmy tylko we dwie. Zawsze budziła mnie rano, całowała, przytulała i mówiła: „wstawajta umarli, będzieta żarli” albo „Boze, Boze, Bozycku, nie było to jak psy cycku”.

– A teraz?

– Teraz mówię tak do mojego syna i ciekawa jestem, czy pewnego dnia nie usłyszę: „Mamuś, weź przestań”. Dziś odczuwam wobec mamy zupełnie inny rodzaj miłości. Mimo że jest osobą aktywną, pracuje i radzi sobie w życiu – czuję, jakby była moim dzieckiem! Nieustannie mam potrzebę dzwonienia do niej i pytania, czy wszystko dobrze, czy jest zadowolona, czy jest tak, jak sobie zaplanowała… Zupełnie jak do dziecka: „Przyszedłeś już ze szkoły? Odrobiłeś lekcje? Zjadłeś? Smakowało?”. Mam poczucie, że zaczynam być mamą własnej mamy. Z drugiej strony widzę też wyraźnie, że to ona otula całą naszą rodzinę, dając nam wytchnienie i oparcie.

Jest też oczywiście babcia, dużo większa indywidualistka niż ja i mama razem wzięte. Ma swoje zdanie i nie pozwoli go sobie odebrać. Chociaż wiem, jak bardzo mnie kocha, często narzuca mi swoją wolę. To jej sposób na okazanie miłości.

– Czas na temat mężczyzna–kobieta. Jak myślisz, gdzie to światło świecić zaczyna?

– Nie potrafię powiedzieć, czy w sercu… Myślę, że miłość pływa po całym ciele i jest dosyć nieuchwytna. To, co sobie myślimy, gdy jesteśmy zakochani, że to potężna energia, która nas wypełnia, przesłania nam cały świat i każe walić sercu – to wcale nie miłość. Jeszcze nie wtedy. Nie mogę powiedzieć, że moment, w którym między mną i moim mężem „przepłynęły błyskawice”, to była miłość. Gdy na nas patrzę, wydaje mi się, że zaczęła się ona znacznie później. Mam na myśli dbanie, myślenie o drugim człowieku bardziej niż o sobie. Miłość nie jest unoszącym się nad ziemią uczuciem, ma w sobie dużo przyziemności.

– Czyli nie ma lekko w relacjach międzyludzkich?

– Tak, trzeba nauczyć się drugiego człowieka, jego potrzeb, wad, wypracować w sobie troskę, umiejętność obdarowywania się miłością, a jednocześnie stać się jego pasją, potrzebą, normalnością, bo miłość potrafi być potwornie nudna. To niełatwe zadanie. Trzeba stale poszukiwać. Dużo łatwiej przychodzi złość i nienawiść, bo choć to bardzo silne emocje, to jednak krótkotrwałe.

– A emocje w aktorstwie? Kochasz swój zawód?

– To może być coś, co ekscytuje, ale nie utożsamiałabym pracy z czymś, co kocham. Jest moją ogromną pasją, potrzebą, fascynacją, ale nigdy bym nie powiedziała, że kocham: teatr, kino, film.
To nie jest ten rodzaj uczucia. Choć cały czas wydaje mi się, że czymś zupełnie niesamowitym jest spotkanie z Wojtkiem Smarzowskim czy Jankiem Komasą. To osobowości, które bardzo mnie inspirują. Mogłabym nawet powiedzieć, że ich kocham, ale to inny rodzaj powinowactwa. Kocham to, jak myślą, jakimi są ludźmi, lubię ich. To są takie spotkania z „Ciekawym Człowiekiem”. Nawet ich uwagi na planie nie są uwagami do aktora, ale do człowieka. Oni zawsze tak utkają świat wokół ciebie, że wydaje ci się, że go współtworzysz. Nie ma zgrzytu, jest delikatność. Dajemy sobie coś nawzajem. Niczego więcej nie oczekujemy. Tak, jest to jakiś rodzaj dziwnej, bo dziwnej, ale jednak miłości.

– To są nieliczne jednostki. A inni?

– Moja praca to nieustanne spotkania z nowymi ludźmi. No, może z wyjątkiem „ Ojca Mateusza”, serialu, w którym gram od trzech lat, choć tam też zmieniają się na reżyserzy. Wybrałam sobie zawód, w którym obcuję z różnymi niezwykłymi osobowościami. Bardzo często czuję dyskomfort, że nic im od siebie nie dam, nic nie zbuduję albo że nie mam weny i czasem trudno jest mi się przełamać. Za każdym razem, gdy przychodzę na pierwszą próbę do teatru, myślę to samo: „jak mi się strasznie nie chce”, ale gdy przebrnę przez pierwsze pięć minut, już jest dobrze. Robię w emocjach. To zawsze jest fascynujące.

– Jak później rozpuszczasz w sobie te napięcia?

– To taka opowieść o pożegnaniu, o rozpuszczaniu lodu. Każde uczucie musi w nas zakwitnąć, musimy dać mu się przeżyć i dać mu szansę odejścia. Pozwolić naszemu zaangażowaniu wybrzmieć. To wojna wewnętrzna. Najlepiej czuję się, gdy film z moim udziałem powstaje poza Wrocławiem. Jakbym poleciała na inną planetę. Staję się pasażerem. Dzieje się film. Potem, gdy się mnie wstawia z powrotem do mojego domu, to przez długi czas nie umiem się w nim odnaleźć. Długo nie potrafię powiedzieć tamtemu, co przeżyłam: „do widzenia, to już było, to jest coś, co zostało zakończone”. To mocne przeżycia.

Tak miałam po skończeniu zdjęć do „Domu złego”, w reżyserii Wojtka Smarzowskiego. Okazało się, że nie tylko ja. Gdy rozmawiałam ostatnio z Agatą Kuleszą, która grała w filmie „Róża”, również Wojtka Smarzowskiego, powiedziała mi, że dopadł ją ten sam rodzaj smutku i niebytu, jakby odebrano jej coś kochanego. Śmiałyśmy się, że jesteśmy jak Emilia Plater na barykadzie: i tak wiemy, że przegramy. Z jednej strony myślimy: „Nie, my już nie chcemy filmu, gdzie człowiek jest utytłany w błocie, wymarznięty, trochę masochistyczy. Bohaterowie są gwałceni, źle im…”. A potem właśnie za tym się tęskni. Brakuje nie samych przygód bohaterów, ile tych silnych przeżyć, które dotykają tam każdego. Może my takich uniesień – bez względu na to, czy są pozytywne czy negatywne – po prostu potrzebujemy?

– A czego byś nigdy dla filmu nie zrobiła? Gdzie stawiasz granicę?

– Mam bardzo duży opór przed graniem z dzieckiem. Nie dlatego, że jest ono tak fascynujące, iż odciąga uwagę od aktora, lecz dlatego, że jego gra w filmie to najczęściej gwałt na jego osobie. To takie trochę wynaturzenie z tego, kim ono w swej istocie jest, takie spodziewanie się po nim kogoś, kim być powinno, a nie kim jest w rzeczywistości. Reżyserzy bardzo często są do dupy psychologami. Nie potrafią skorzystać z dziecięcego charakteru. Biorą do filmu dziecko, a chcą mieć dorosłego.

Grałam kiedyś scenę z chłopczykiem, który był moim filmowym synkiem. Niosłam go w koszu na plecach w wielkim tłumie ludzi. Nagle nalot samolotu, zrzucanie bomb, strzelanina, wszyscy giną. Przez cały ten czas dziecko siedziało w koszu i widziało wszystko tylko przez szczelinki w wiklinie. Miało jakieś 2 latka. Już wiedziało, że jest mama i tata. Nigdy w życiu, wcześniej ani później, nie widziałam u nikogo takiego zwierzęcego strachu. Sądzę, że ono naprawdę myślało, że to jest koniec.

Uważam, że z człowieka – dziecka trzeba skorzystać, a nie go wykorzystać. Powinniśmy obdarzyć go szacunkiem. Dziecko, tak jak dorosły, czasem opowiada w kinie bardzo bolesne historie. Ale nie może odczuwać ich jako koszmar. Świadomość tego u małego człowieka jest większa niż się spodziewamy. Dlatego tak ważną rolę powinny odgrywać odpowiednie zajęcia z psychologiem. Decydując się na pracę z dzieckiem, nie chcę go krzywdzić, nie chcę, żeby się bało. Biorę za nie odpowiedzialność, chciałabym stać się dla niego wsparciem i partnerem jednocześnie. Tutaj też pojawia się … odrobinka miłości.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze