fbpx

Leszek Dawid: Ten film łamie stereotypy

Leszek Dawid: Ten film łamie stereotypy
fot. Forum

Spotkałem megawrażliwych, inteligentnych i błyskotliwych facetów, którzy wiedzą, czego chcą i nie obnoszą się jakoś specjalnie, tylko mądrze gadają. To było uderzające – opowiada o swoim filmie „Jesteś Bogiem” Leszek Dawid.
Leszek, co robiłeś w 2001 roku, kiedy Paktofonika wydała pierwszą płytę, co zbiegło się ze śmiercią lidera grupy – Magika?

Byłem w szkole filmowej. Zastanawiałem się ostatnio, dlaczego nie załapałem się na PFK. Ten zespół był w mojej świadomości, jednak nie powtarzałem tekstów i nie biegałem namiętnie po płyty. W końcu uświadomiłem sobie, że w listopadzie 2000 wyrzucono mnie z filmówki i na pół roku zapadłem się w sobie, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy dalej chcę to robić. I pewnie dlatego, że nie załapałem się na pierwszy bum, nie interesował mnie koncert w Spodku w 2003 roku. Między mną a historią znaną wszystkim, była przepaść. Ale wówczas na zdjęciach w Spodku był mój kolega ze szkoły, Piotrek Kielar, który realizował już coś pod kątem filmu.

Wykorzystaliście chyba w twoim filmie te archiwalne ujęcia?

Tak. W 2003 oni byli na koncercie, a ja w drodze do Londynu.

O filmie „Jesteś Bogiem” czytaj TUTAJ

Szukać pracy?

Tym razem jako filmowiec, by zrealizować dokument o dwóch chłopakach z mojego rodzinnego osiedla w Kluczborku, którzy tam próbują zarobić. Sam przeszedłem tę drogę kilka lat wcześniej, na pierwszym roku filmówki. Zajmowałem się remontami, by jakoś przetrwać kolejny rok w szkole.

A dziś siedzi przede mną reżyser filmu, na który walą tłumy i którym zachwyca się krytyka.

Zaczęło się od Maćka Pisuka, autora książki o Paktofonice i scenariusza do filmu. Był dla mnie przewodnikiem po świecie mi nieznanym. Dzięki temu, mając tak znakomitą podstawę, mogłem pozwolić sobie na własną wizję. Maciek chciał, by był to film o przemianach, o ludziach, którzy weszli w dorosłość w czasie tych przemian, oraz o cenie, jaką za to płacą. Osobiście czułem dreszcz wywołany samotnością bohaterów, niezwiązaną tylko z przemianami ustrojowymi. Kontekst jest ważny, ale nie to chodziło mi po głowie. W końcu, ze zderzenia naszych pomysłów, wyszło coś ciekawego.

Zgadza się, jest w tym czas epoki scenarzysty i ludzkie emocje reżysera. Twoje pierwotne niezorientowanie w temacie dało ci potrzebny dystans. Dorosły i ukształtowany facet ustosunkowuje się inaczej do historii fascynacji sprzed lat. Jak to do Ciebie przyszło?

Z radia, a potem z księgarni. Kilka lat wcześniej moja koleżanka, Ania Karasińska, z którą pisałem scenariusz fabularny, powiedziała, że dostała tekst od człowieka, który szuka reżysera. Nie chciałem tego czytać, bo byliśmy zajęci swoimi sprawami, czułem że nie chcę się angażować w nic innego. Ona jednak mi go przysłała i przeleżał u mnie trzy lata. Sięgnąłem po to dopiero wówczas, kiedy usłyszałem w radiu człowieka opowiadającego o swoim scenariuszu, którego nie może zrealizować, więc wydaje go w formie książki. Poszedłem do księgarni i kupiłem tę książkę. Wydawało mi się, że to ta sama historia, o której opowiadała mi Ania. Odnalazłem mail i napisałem do Maćka, że cieszę się że jest taki tekst i że powstaje ten film. Napisałem to bez żadnych obciążeń i napinki, że oto już pojawia mi się w głowie interpretacja reżyserska. Pochłonąłem to opowiadanie, poruszyło mnie.

Kiedy spotkaliśmy się po kilku tygodniach z Maćkiem, usłyszałem, że projekt nie ma jeszcze reżysera. Zaczęliśmy rozmowy. Trwały pół roku. Spotykaliśmy się i analizowaliśmy tekst. Zależało mi na tym, żeby Maćkowi opowiedzieć, jak ja go czuję, co mi w nim przeszkadza i co mi się podoba. Musiał mieć świadomość tego, co zrobię z jego scenariuszem, jeśli zdecyduje się mi go oddać. Rozmowy trwały, ale wreszcie nadszedł ten moment, kiedy zaproponował, byśmy zrobili to wspólnie. Zaczęliśmy działać. Poszliśmy do studia „Kadr”, które właśnie objął Jurek Kapuściński. Było to jeszcze, zanim pierwsza produkcja tego studia, „Rewers”, okazała się sukcesem. Jurek był bardzo dobrze znany w środowisku. Mieliśmy do niego ogromne zaufanie.

Historia broni się sama, ale przed tobą było najtrudniejsze zadanie: aktorzy.

Zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli całość filmu jest dosyć karkołomnym przedsięwzięciem -w sensie ryzyka i obciążenia, które biorę na siebie – to obsada stanowi 70% sukcesu. Wiele osób będzie konfrontowało Magika, którego już nie ma, nie wspominając o Rahimie i Fokusie, którzy sami będą mogli się ustosunkować. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad filmem wiedziałem, jak dużą odpowiedzialność na siebie biorę. Gdy ruszył casting, wiedziałem także, że muszę się uspokoić, odsunąć emocje i o tym nie myśleć. Było trudno. Na pierwszy casting przyszły tłumy ludzi. Każdy mówił, że musi w tym zagrać, bo to jego muzyka życia itd. Marcin Kowalczyk (odgrywający rolę Magika – przyp. red.), chłopak o fantastycznej energii i wzrok, który sprawia, że ma się ochotę za nim iść, pojawił się na samym początku. Jednak skoro robiłem najważniejszy casting w życiu, musiałem dać szansę innym.

Jak długo to trwało?

Od stycznia do września szukaliśmy. Dawid, czyli Rahim, został obsadzony dopiero w listopadzie. Marcin przyjeżdżał do nas wielokrotnie, żeby spróbować w różnych konfiguracjach i scenach. Później, kiedy czułem, że powinienem mu już powiedzieć, że będzie grał główną rolę, asystował potencjalnym kolegom z zespołu, sprawdzając czy w ogóle go tworzą. We wrześniu spotkaliśmy się i powiedziałem mu, byśmy weszli w to razem. Marcin bardzo się ucieszył. W tym czasie zmienił, w moim odczuciu, podejście do tej roli. Już nie dodawał postaci Magika nadinterpretacji, chciał szukać jej w sobie. Zaczęły się próby i rozmowy.

To byli jeszcze studenci?

Dawid i Marcin na ostatnim roku, a Tomek, czyli Fokus, był już dwa lata po szkole krakowskiej. Przygotowywali dyplomy na zakończenie w teatrze. Razem stanowili zespół, mieli ogromną siłę bycia razem, co jest nie do przecenienia. Między nimi była fantastyczna chemia, dogadywali się i non stop rymowali na próbach, między czytanym tekstem. Pisali swoje teksty, składali swoje bity, wykazali się ogromnym zaangażowaniem, bez którego byłbym bezradny. Wiedzieli, że przygotowanie się do roli jest po ich stronie i wykazali się znakomitym zawodowstwem. Potem pojechaliśmy do Katowic. Pokazałem im Śląsk tak, jak pokazał mi go Fokus. Próbowaliśmy przejść wszystkie te miejsce, opowiadając sobie, co się tu dzieje. Dla aktora ważne jest, żeby się czegoś „złapał”. By nie mówił w próżni, żeby był w jakiejś przestrzeni, która go będzie opisywać, a on ją w sobie oswoi i wykorzysta do roli. Przydało się to bardzo, bo na planie nie było czasu. Trzeba było wchodzić i działać szybko.

Aktorzy załapali się na PFK?

Tak, mieli po naście lat, kiedy w 2003 odbył się koncert w Spodku. To był ich czas. Dawid nie słuchał, mówił to wprost. Jest po szkole muzycznej, grał na klarnecie, miał inne zainteresowania muzyczne. Tomek i Marcin słuchali Paktofoniki namiętnie. Sam mogę być dowodem, jaka to uniwersalna muza. Kiedy przeczytałem scenariusz, natychmiast się na to załapałem. Nie myślałem, że będę robić film. Od razu kupiłem płyty i musiałem słuchać. Fajnie, że to wciąga. Podobnie było z Dawidem.

Przeciągałeś linę ze scenarzystą, by nie pójść jedynie w dokumentację muzyczną, tylko zrobić coś szerzej?

Myślisz sobie o tym, że film – względem muzyki – zawsze będzie ułomny. Jeśli chcesz przeżyć muzę, wystarczy włączyć płytę i zamknąć oczy zamiast patrzeć na obrazy, które ktoś serwuje. Nie chciałem robić wideoklipu, filmu stricte muzycznego. Chciałem, żeby było odwrotnie, by to bohaterowie byli siłą napędową, żeby z ich pasji rodziła się muzyka. Oni wnoszą ją do filmu, nie ja z zewnątrz. Nie mógłby to być film muzyczny jak „Ray” czy „Spacer Po Linie”. Nie gloryfikowaliśmy, nie mówiliśmy, że to największy zespół wszech czasów, raczej przyglądaliśmy się kłopotom towarzyszącym utalentowanym, pełnym pasji chłopakom.

Jak a film został przyjęty przez Rahima i Fokusa? Czytając prasę odniosłem wrażenie, że bardzo się niepokoiliście, co powiedzą.

Byliśmy raczej szczerze przejęci. Postaw się w tej sytuacji. Nie przeżyłeś tej historii. Zależy ci na tym po prostu, żeby ci, którzy w niej bezpośrednio uczestniczyli, po prostu się z nią identyfikowali. Nie na poziomie faktów, tylko emocji. Gdy po projekcji Rahim i Fokus powiedzieli mi, że dokładnie to czuli, to był to ten obszar, który mnie interesował. Fokus powiedział mi jeszcze, że przez pierwsze 10 minut projekcji myślał: „czy ja to ja, czy Magik to Magik, ale po chwili o tym zapomniałem i na końcu jak mnie walnęło to musiałem wyjść.” Powiedział, że nie ma nic do dodania.

Mieszali się do produkcji?

Nie. Na etapie tekstu pracowali razem z Maćkiem; scenarzysta chciał, żeby oni się podpisali pod tekstem. Maciek Pisuk wytłumaczył im, że choć wiele rzeczy im się nie podoba, to ten film odchodzi od dokumentowania czasów, w jakich żyli, tylko buduje autonomiczną historię. I zrozumieli to.

Jak dzieliliście partie wokalne aktorów i oryginału?

Nie było w tym matematyki. Zależało mi, żeby wszystkie setkowe sytuacje, czyli kiedy widzimy rymujących aktorów na ekranie, były zarymowane przez aktorów. Soundtrack pojawia się w momentach, kiedy muzyka jest ilustracją i kiedy coś komentuje. Wiadomo było, że na planie nie uzyskamy do końca takiego efektu. Bardziej chodziło o jakąś emocję, która z ekranu wynika. Potem mieliśmy w studio szansę, żeby wszystko zmasterować i poprawić, by brzmiało jak trzeba. Rahim przyjeżdżał i nam pomagał. Wykonali ogromną robotę. Siedzieli i rymowali w nieskończoność.

Co ci się jeszcze udało? Pytam o coś, co dostrzegasz już po czasie.

Lubię w tym filmie to, że jest niejednoznaczny i niedopowiedziany. To widać. Nie jest to film, który odziera świat z tajemnic, tylko jakoś zbliża widza do tej tajemnicy. Ambiwalencja każdej postaci miała być widoczna.

Osobiście jestem ci wdzięczny za to, że nie oszczędziłeś szołbiznesu. Myślisz, że ktoś zrozumie, co to jest ten hip hop?

Ten film łamie stereotypy i otwiera oczy na to, kim są hiphopowcy. Nie wiedziałem, co mam myśleć, jadąc na spotkanie z Rahimem i Fokusem. Spotkałem megawrażliwych, inteligentnych i błyskotliwych facetów, którzy wiedzą, czego chcą i nie obnoszą się jakoś specjalnie, tylko mądrze gadają. To było uderzające. Wyobrażenie o szołbiznesie jest inne, nie wspominając o chłopakach w kapturach.

Usłyszałeś już opinie od kogoś, kto nie wiedział, co to PFK i cały ten rap?

Mój kumpel, który za Magika oddałby wszystko, zabrał swoją mamę do kina. Po projekcji dzwoni do mnie i mówi, że chce mi ją dać do telefonu, ale była tak wzruszona, że nie mogła mówić. Opowiadał, że nigdy w życiu nie odbył takiej rozmowy w relacji syn-matka. Było w tym coś przejmującego. Mama chyba lepiej go rozumie. Muzyką nie została oczarowana, ale wrażliwością, która w niej jest.