Magdalena Różczka – takie fajne życie!

fot. Rafał Masłow

– Wanda przypomina ciebie z dzieciństwa?

– Jest skórą zdjętą z mojego męża, choć ja się oczywiście cały czas bezskutecznie doszukuję w niej podobieństwa do mnie. Ale myślę, że charakterek ma mój. Lubi być wśród dzieci, jak ja kiedyś. Podczas zajęć z baletu jest w swoim żywiole. A po powrocie do domu prowadzi zajęcia taneczne z nami. Mówi: „Usiądźcie teraz, dzieci, i popatrzcie”. A my robimy wszystko, co chce, i powtarzamy ruchy, choć zazwyczaj patrzymy przede wszystkim na nią. Ona jest naszym telewizorem.

Była ostatnio w kinie na „Królu Lwie”, z którego wyszła zapłakana, bo ktoś chciał lewkowi zrobić krzywdę. Jak czegoś nie rozumie, ktoś się za głośno zaśmieje, a ona nie wie, z czego, widzę, że wpada w panikę. Jest bardzo wrażliwa, jak ja w dzieciństwie.

– Zdarza ci się jeszcze być dzieckiem?

– W Warszawie od dawna muszę być niezależną dorosłą kobietą, ale zawsze, gdy jadę do mojej Nowej Soli, staję się takim dzieckiem. Bardzo tam odpoczywam.

– Pojedziecie tam na święta?

– Od kilku lat robię święta u siebie w domu, ponieważ jesteśmy z Michałem jedynakami. Żeby więc rodzice nie mieli złamanych serc, jednoczymy ich u nas. Ale marzy mi się, żeby poczuć się tak jak kiedyś w Nowej Soli.

Miałam najbardziej tradycyjne święta, jakie są możliwe, cała rodzina, wielki stół, mama, ciotki, wujowie, ich dzieci z żonami i mężami, gromada dzieci. Wszystko przygotowane w domu babci. Cały dzień pościliśmy i dopiero gdy dziadek przychodził z pracy, a miał w Wigilię dużo zajęć, bo był kościelnym, można było zacząć wieczerzę. Dań tyle, co apostołów, łamanie się opłatkiem, wszyscy płaczą ze wzruszenia, czerwony barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, smażona rybka, kompot z suszek. Total tradycja i my, kuzynki wypatrujące pierwszej gwiazdki. Jest, jest, jest! I nagle dryń, dryń, dryń – Mikołaj! I my biegiem w te pędy do niego, ale… już poszedł, już jest za zakrętem. Ma dużo pracy. Na szczęście zostawił worek. Wyciągamy. Kto rozdaje? Najmłodsza, ale nie bardzo umie czytać. To dawaj, ja przeczytam. Cała seria „Ani z Zielonego Wzgórza” – to prezent, który najbardziej pamiętam, bardzo się identyfikowałam z główną bohaterką – była marzycielką, a jednocześnie cieszyła się z tego, co ma. Czytałyśmy ją potem na zmianę z moją przyjaciółką Justyną. Mama krzyczała po nocach, żeby zgasić światło, a ja z latarką pod kołdrą i wypiekami na twarzy czytałam dalej.

Mój Michał co roku prosi mnie, żebyśmy pojechali za granicę na święta, ale jak? Tak bez mamy? Gdy będzie nas stać, żeby zabrać całą rodzinę – to tak, spędzimy Wigilię na plaży. Tym razem będzie dom, a prezenty rozda Wandzia.