Monika Jaruzelska: Za szybko żyjemy

Monika Jaruzelska
Zdjęcie z planu programu Bez Maski

Żyjemy w czasach potwornego tsunami informacyjnego, a granice między tym, co jest tabloidem a co czymś opiniotwórczym, zaczynają się zacierać – opowiada Monika Jaruzelska.

Monika Jaruzelska
Zdjęcie z planu programu Bez Maski

Z punktu widzenia telewizji jesteś gwiazdą drugiej kategorii, bo nie ma Cię w primetime, jesteś jedynie w sieci.

W ogóle nie czuję się gwiazdą. Nigdy mnie to nie dotyczyło i pewnie tak już pozostanie. Internet jest miejscem najbardziej adekwatnym dla mojej osoby.

Twój video blog stał się opiniotwórczy. Wypadałoby to jakoś wykorzystać. Nie ciągnie Cię do telewizji?

Do takiej, jaka jest w tej chwili, niespecjalnie. Ale nigdy też nie miałam z niej żadnej propozycji. Pracowałam w radio. W RMF miałam przed laty swoje felietony, potem w Chilli Zet swój autorski program. Zmieniło się kierownictwo i podziękowano mi za współpracę. Nie było to jednak dla mnie tragedią, bo wówczas otwierałam sklepy ze swoją kolekcją. Mam też własną Szkołę Stylu. Jednak brakowało mi trochę wywiadów, rozmów i spotkań z ludźmi. Formuła radia była taka, że rozmowy musiały być krótkie, kilkuminutowe. Charakter tego medium nie dawał mi możliwości poważnych pogłębionych tematów. I wtedy pojawiła się możliwość współpracy z Soho Factory, magicznego miejsca z niepowtarzalną atmosferą. Dzięki życzliwości właścicieli zaczęliśmy tam produkować program internetowy „Bez Maski – rozmowy Moniki Jaruzelskiej”. Kręcimy w różnych pofabrycznych halach aparatami fotograficznymi.

Jak wszyscy dziś. Nawet najlepsze teledyski powstają obecnie na tym samym sprzęcie.

Daje nam to wielką satysfakcję. Póki co nie myślimy, jak z tego programu zrobić coś w telewizji, tym bardziej, że od dyrektora Edwarda Miszczaka (TVN) usłyszałam kiedyś, że do telewizji jestem zbyt kulturalna, czyli po prostu nudna. Przestrzeń internetowa daje większą wolność. Formuła „Bez Maski” jest dla mnie optymalna. Sama wybieram gościa i przygotowuję się do programu. Bardzo interesuje mnie bohater, który jest w trudnym momencie życia, kryzysowym albo na zakręcie. Ludzie chętniej się wówczas otwierają, mają potrzebę bycia wysłuchanymi, bez tabloidowej sensacji. Z kolei w momencie szczytowych sukcesów zalew narcystycznego szału i zadowolenia z siebie sprawia, że taka osoba jest mało ciekawym rozmówcą. Paradoksalnie kryzysowe sytuacje w życiu sprawiają, że stajemy się mądrzejsi i głębiej myślimy o sobie i o świecie.

Pani psycholog, jak z ludzi ściąga się te maski?

Po prostu rozmawiam. I, co najważniejsze, słucham. Nie ściągam też maski, ale daję możliwość, aby ktoś chciał sam ją zdjąć.

Nie mam metody, choć uczyłam się także psychoterapii. Przede wszystkim, spotykając się z gościem nie myślę, że jestem dziennikarzem, który zadaje pytania. Traktuję to jako spotkanie dwojga ludzi. Naprzeciw mnie siada człowiek , którego ja jestem ciekawa. Wychodzi rozmowa o życiu bohatera. Nie mam założenia. Każdy gość jest inną osobą, z różnym bagażem i momentem w życiu. Staram się, by bohater wiedział, że może mieć do mnie zaufanie, że moje intencje są dobre. Nawet, jeśli zadaję trudne pytania, to będzie miał czas (czego nie daje telewizja), by spokojnie odpowiedzieć. Jeśli nie uzyskam odpowiedzi, to pauza jaka powstaje jest też wyraźnym komunikatem. Nie wycinamy tego.

Pamiętam odcinek z naszą wspólną koleżanką Karoliną Korwin Piotrowską. Pomogłaś jej tą rozmową, kiedy miała odwagę powiedzieć głośno, co dzieje się w świecie modelingu.

Ten program ma pokazać jakiś wyraźny punkt widzenia oraz emocje. Emocje mają tę przewagę nad poglądami, że nie można z nimi dyskutować, nawet używając racjonalnych argumentów. Uczuć się nie neguje, po prostu.

W przypadku Moniki Richardoson pokazałaś jej nieco prawdziwsze, chwilami średnio fajne, oblicze.

Wiele osób dostrzegło także ważne pytanie, gdzie w tym wszystkim jest Zbyszek Zamachowski. Ona została sama w tej sytuacji, a jej romans jest głównie wojną kobiet. Ewa Minge i Krystyna Janda podgrzały tylko atmosferę. Trzeba dostrzec, że Monika stała się „ jawnogrzesznicą”, a jemu się wybaczyło. Powstała biblijna sytuacja, w której to Ewa jest zawsze bardziej winna od bezwolnego Adama. Nie atakowano Zbyszka, że zabrał angielskiemu pilotowi żonę. Monikę Richardson zaprosiłam do programu jednak głownie dlatego, bo napisała dobrą książkę i jest profesjonalistką.

W internecie się przewija się tyle tematów, że szybko stają się równie powierzchowne jak w telewizji analogowej.

Nie porównywałabym tego. Jesteśmy w czasach potwornego tsunami informacyjnego, które płynie na nas z mediów. Granice między tym, co jest tabloidem a co czymś opiniotwórczym, zaczynają się zacierać. Ciężko odróżnić to, co ważne od tego, co śmieciowe. Psychologowie ewolucyjni mówią, że to co się teraz dzieje, z punktu widzenia naszych zmian, nigdy nie działo się tak szybko. Dawniej człowiek mógł przystosować swój mózg i sposób funkcjonowania adekwatnie do zachodzących zmian. Obecnie nie nadążamy. Dlatego żyjemy za szybko i przyjmujemy za dużą ilość informacji, co powoduje depresje, nerwice i stany lękowe. Czujemy, że wszystko jest w jakiś sposób ważne, a my tego nie ogarniamy.

Ci, którzy znajdują swoją niszę, czują się szczęśliwsi i mają swój – potrzebny dla higieny psychicznej – sukces?

To pewne uproszczenie. W telewizji możemy obejrzeć TVP Kultura albo dobry film, a także denne programy rozrywkowe. W związku z tym telewizja telewizji nierówna, ale niebezpiecznie każda się do siebie zbliża. W moim przypadku internet zapewnił mi ten komfort, że nie mam szefa, że nikt nie mówi mi, kogo mam zaprosić i nie słyszę w słuchawce, że trzeba kończyć. Najbardziej jestem zadowolona z tego, że w tych wielkich, postindustrialnych przestrzeniach Soho Factory udało się stworzyć intymną atmosferę. Mija rok od pierwszego programu, dlatego myślę także o pomyśle stworzenia rozmów z politykami. Z nimi nikt nie rozmawia jak z ludźmi. Są to zwykle konfrontacje, gdzie się ich z czegoś rozlicza, atakując zawzięcie. Tuż przed wyborami w prasie kolorowej pokazują się dla kontrastu ckliwe wywiady i sesje rodzin polityków. Jest wiele postaci ze świata polityki, które mnie interesują i których życie śledzę. I dlatego mam potrzebę, aby zadać im pytania, jak człowiek człowiekowi, przy herbacie, i w taki sposób, w jaki jeszcze nie mieli okazji się pokazać. Każdy polityk jest przede wszystkim osobą, ze swoimi radościami i problemami.

Czy jest coś, co Ci w tym internetowym kontakcie z widzami przeszkadza?

To, co czytam bywa bardzo interesującym przeżyciem, gdyż jestem zdecydowaną humanistką, dosyć oldschoolową. Nawet książki wolałam zawsze kupować w antykwariacie niż w EMPIK-u. Na internet patrzyłam, jak na zło konieczne. Do tej pory zdecydowanie wolę rozmawiać przez telefon, niż odbierać maile. Świat za oknem wydaje mi się dużo ciekawszy niż ten przed komputerem. W Internecie bałam się rzeczy osobistej, związanej z moim nazwiskiem. Kiedy tylko pojawiałam się mediach, od razu pojawiały się komentarze. Nie zawsze, jak można się domyślić, przyjazne, merytoryczne. Często jest w nich dużo nienawiści, nierzadko są to także hejterskie wyzwiska, typu: milcz czerwone nasienie, córko mordercy.

Dobre.

Czasem podpisuję się w smsach do znajomych, jako „czerwone nasienie”. Jak wiesz, nie wypowiadam się na tematy polityczne, jednak zdałam sobie sprawę, że nie mogę dłużej od tego uciekać. Koledzy namówili mnie, żebym uaktywniła się w świecie internetowym. Zapragnęłam tym samym oczyścić się z „grzechu pierworodnego”. Podczas 30. rocznicy wybuchu stanu wojennego udzieliłam wywiadu i byłam ciekawa, co się wydarzy. Był kontrowersyjny, bo pół żartem pół serio powiedziałam, że w jakiejś przyszłej, idealnej Polsce Marta Kaczyńska i Monika Jaruzelska powinny założyć Polską Partię Pojednania, po to, by naszym dzieciom żyło się lepiej. Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie dziennikarka i powiedziała, że mają milion wejść. Domyślałam się, co się tam musiało dziać. Bałam się na to spojrzeć. Któregoś wieczoru na spokojnie zrobiłam sobie herbatę z melisy i usiadłam przed komputerem. Wzięłam notatnik, długopis i zaczęłam notować argumenty. Pół na pół było nienawiści i serdeczności. Dla mnie najważniejsze były komentarze, które nie odnosiły się do emocji, ale merytorycznie do tekstu wywiadu.

Wyciągnęłam wiele ważnych wniosków, ale to temat na inną rozmowę. Był to moment przełomowy w moim życiu. Poczułam, że przeszła już ta fala uderzeniowa. Kilka miesięcy później dostałam propozycję wejścia do portalu Tomasz Lisa – natemat.pl. Zrobiłam to z wahaniem, bo na co dzień będę musiała stykać się z hejtingiem. Prowadziłam już swój program. Na początku oczywiście hejterzy dali o sobie znać, obrażając mnie. Pojawiły się też głosy w drugą stronę, także te merytoryczne. To są zawsze trzy kategorie.

Jak zmienia się ich statystyka?

Ciekawe, że w mojej rozmowie z Bartkiem Prokopowiczem, gdzie rekordowa ilość komentowała nasze spotkanie, komentarze były merytoryczne i bardzo emocjonalne, ale żaden nie odnosił się do mojego nazwiska. Podobnie było po ostatnim odcinku Bez Maski z Jackiem Santorskim – o terrorze ekstrawertyzmu.

Udało się po latach.

Nieprawda. W okolicach 13 grudnia tradycyjnie odezwali się moi sprawdzeni „fani”. Temperatura też wzrośnie, jeśli do programu zacznę zapraszać polityków, a mam taki zamiar.

I będzie znów jatka.

Dzisiejsza polityka budzi bardzo spolaryzowane emocje. Widzę jednak sens tej działalności, bo cytaty z moich programów pojawiają się w portalach i prasie. Mój list otwarty do Lecha Wałęsy, który napisałam na swoim blogu w związku z książką jego żony, znalazł się w „Newsweeku”. Potem przeczytałam, że Zbyszek Zamachowski przerwał milczenie, wezwany do tablicy przez Jaruzelską itd. Widzę, że zasięg się zwiększa, ale nie jest to priorytet.

Jak się czujesz w skórze blogerki?

Cieszę się, że udało mi się znaleźć formułę łączenia słowa pisanego i mówionego w postaci video bloga. Jak wiesz , są rzeczy, których się nie pisze, bo źle zabrzmią, ale kiedy się je powie, to intencja jest bardziej czytelna. Widać wtedy mimikę i większy kontekst.

To prawda. Twoja rozmowa z Richardson w formie pisanej byłaby dla niej miażdżąca.

Zostawmy już Monikę Richardson. Czytając książki moich gości, łowię ciekawe rzeczy ukryte między wierszami. Wiedza psychologiczna mi się przydaje. Są momenty, że coś czytam i rezonuję ciałem. Potem powstają z tego pytania w programie. Tak było np. z Dorotą Zawadzką, która w swojej książce napisała o śmierci swojej babci. Poczułam, że to bardzo ważny wątek w jej życiu. Do tego pytania rozmowa była ping-pongiem, a od tego momentu pojawiły się prawdziwe emocje. Przez to stała się bardziej ludzka i wiarygodna. Jestem Dorocie bardzo wdzięczna za zaufanie.

Twój kolega, prof. Wiesław Godzic powiedział mi ostatnio, że potrafimy coraz lepiej przedstawiać i dbać o swoje cyfrowe „ja”, ale kontakcie z żywym człowiekiem jest coraz gorzej.

Profesor Godzic to mój mistrz i mentor, z którym znajomość jest dla mnie bardzo cenna. Ale powracając do Twojego pytania, myślę, że w kontrze do tego zjawiska zrobiłam swój program. Mimo że ogląda się go przed komputerem, to można mieć wrażenie, że słucha się drugiego człowieka i wchodzi się w jego emocje. To zjawisko jest nieodwracalne, coraz mniej jesteśmy humanistami, a coraz bardziej technokratami. Może świat zmierza w stronę tego, że tablet staje się ważniejszy niż kontakt z drugim człowiekiem, nie wiem. Może pokolenie naszych wnuków zacznie od kontestacji internetu i powrotu do zwykłych ludzkich rozmów. Świat nie zawsze zmierza w kierunku, jaki możemy przewidzieć.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/SHn_f09z5oY” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]