Nic ponad miarę

Razem na wakacjach w ukochanej Juracie, na koncertach muzyki poważnej, na meczach piłkarskich,
na tatrzańskich szlakach, w podróżach po świecie. O chwilach przeżytych z mężem, Gustawem Holoubkiem, i utrwalonych we właśnie wydanej książce „Gustaw i ja”
opowiada Magdalena Zawadzka.

Pisała pani tę książkę z myślą o mężu czy także o sobie i czytelnikach?

Wszystkie te trzy powody są jednakowo ważne. Ale pierwszy jest najważniejszy – wiadomo, że dzięki książce mój mąż będzie żył. Bo według mnie pisanie o kimś, kto odszedł, to jak przedłużanie mu życia. Natomiast dla mnie pisanie było terapią. Po śmierci męża nie miałam potrzeby schowania się ze swoimi przeżyciami. Wręcz przeciwnie – czułam nakaz pisania, bo nawet trudno to nazwać potrzebą. Nagle wspomnienia stanęły przede mną jak żywe, w natarczywy wręcz sposób zażądały utrwalenia. I tak przez ponad trzy lata.

Z jednej strony było pani łatwo, bo słowa, obrazy nasuwały się same. Ale z drugiej – chyba trudno, bo musiała pani się pilnować, żeby nie uczynić z męża postaci pomnikowej.

Łatwo było mi o tyle, że nie jest to książka opisująca jego dokonania artystyczne, tym zajmowali się i będą się zajmować inni. Dla wielbicieli Gustaw pozostał rzeczywiście w wersji pomnikowej. Podziwiano go za role, za wypowiedzi publiczne, za sposób bycia, postawę. Natomiast ci, którzy znali go blisko, pamiętają zapewne niesłychanie wesołego człowieka, pełnego chęci do życia, uwielbiającego być wśród ludzi, dawać im siebie w taki zabawny sposób. Mam wrażenie jednak, że w wielu głowach Gustaw utrwalił się w zbyt jednostronny sposób – jako opowiadacz dowcipów, którym nigdy nie był. Jego słynne anegdoty towarzyszyły zawsze określonej sytuacji, były ważne razem z kontekstem, a nie same w sobie. Gustaw był duszą towarzystwa niezamierzenie, bo o to nie dbał. Uaktywniał się, kiedy czuł potrzebę, a jak nie czuł, to siedział cichutko i się nie odzywał.

Życie jest większe od sztuki, mawiał.

Uważał, że ktoś, kto nie korzysta z życia, ma niewiele do powiedzenia w sztuce. Książka jest o nim, o jego pracy, filozofii, o tym, czego uczył mnie przez wszystkie spędzone razem lata. I odwrotnie – on również uczył się ode mnie, bo to była wymiana energii, pomysłów związanych z moją młodością i jego doświadczeniami. Chciałam napisać o nas takich, jakimi byliśmy, a jakich nas nikt nie zna. Bo nawet ci, którzy myślą, że wiedzieli o nas wszystko, nie wiedzą, jak żyliśmy naprawdę. To mój wkład w utrwalanie pamięci o mężu. Natomiast syn zrobił piękny film pt. „Słońce i cień”.

Przeżyliście razem 35 lat. Bez konfliktów?

35 lat małżeństwa, a 39 związku. W niczym sobie nie wadziliśmy, tylko się nawzajem uzupełnialiśmy, choć oczywiście zdarzały się różne kontrowersje, ale z błahych powodów. Zawsze potrafiliśmy je przedyskutować, przepracować, nigdy nie prowadziły do rozłamu.

Gdzie tkwi tajemnica trwałości waszego związku?

W miłości, poczuciu humoru, przyjaźni. Bo Gustaw był moim największym przyjacielem. Czasami łapałam się na tym, że chciałabym, żeby coś zrobił, i on to robił, choć go nie prosiłam. Czasem on chciał, żebym zachowała się tak, a nie inaczej, i tak się zachowywałam, choć też mi tego nie sugerował.

Czytaliście w swoich myślach.

Raczej mieliśmy je na tyle podobne, że nie trzeba było specjalnie się wysilać, żeby je odczytać. On wiedział doskonale, czego potrzebuję teraz, w tym momencie. Czuliśmy jedność miejsca, czasu i akcji. Jak w starożytnym dramacie.

Mistrz i uczennica…

Wyszłam za mąż nie jako podopieczna, którą trzeba wprowadzać w życie, tylko jako aktorka z osiągnięciami.

Zaczynaliście od walki o siebie, bo obydwoje byliście w innych związkach. To była dość odważna decyzja.

Myśmy wierzyli, że nasza decyzja o byciu razem jest absolutnie słuszna, nie mieliśmy tu cienia wątpliwości. To było jednak takie rzucenie rękawicy środowiskom plotkarskim żądnym wrażeń, które wieszczyły szybki koniec naszego związku. Gustaw jednak był mądry, szlachetny, wiedział, czym należy się przejmować, a czym nie. On mi pomógł, bo ja trudniej to znosiłam, byłam może za mało doświadczona, jeśli chodzi o takie zmiany. W ogóle nie myślałam o przyszłości w merkantylny sposób. Ale zawsze wierzę w pomoc losu. I nam ten dobry los pomagał nawet wtedy, gdy wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia.

Trudności podobno hartują.

Zauważyłam, że niektóre osoby mają wszystko, a mimo to ciągle narzekają, że czegoś im brak. A my, odkąd się poznaliśmy, podążaliśmy w myśl filozofii Sokratesa: nic ponad miarę. Cieszę się z każdego drobiazgu. Każdy dzień może być piękny, bo chwil miłych, pozytywnych jest więcej niż tych złych i ja je doceniam. Byliśmy szczęśliwi, bo myśmy umieli znaleźć w codzienności drobniutkie okruchy szczęścia.

Na przykład?

Obdarowywaliśmy się małymi prezentami, mąż przynosił mi kwiaty, nie mówiąc o takich przyjemnościach jak dobre słowo, uśmiech, przytulenie. Gustaw wiedział na przykład, że zrobi mi wielką przyjemność, podając w wolny dzień śniadanie do łóżka. A ja z kolei, że jeśli podam mu herbatę z cytryną i ulubioną kanapeczkę w czasie oglądania meczu – będzie szczęśliwy. To są drobiazgi, ale życie składa się z drobiazgów. Także oczywiście z ważnych progów, takich jak początek związku, urodzenie dziecka, odejście dziecka we własne życie. I takim progiem było odejście Gustawa na zawsze.

A jego choroba?

Gustaw traktował chorobę jak intruza, który pęta się koło niego i którego nie należy demonizować. Owszem, chodził do lekarza, ale nie żył tylko chorobą. Nigdy nie obarczał nikogo swoimi zmartwieniami, myślę, że czasem zatajał przede mną niektóre dolegliwości. Ja też mu nie mówiłam wszystkiego. Pod koniec jego życia Tadeusz Konwicki, najlepszy przyjaciel Gustawa, powiedział mi, że jego największym zmartwieniem było to, że mnie obciąża swoją chorobą. Jak mógł tak pomyśleć! Robiłam wszystko, żeby miał luksusowe chorowanie.

Mimo zaawansowanej choroby męża nie rezygnowali państwo z wakacji w Juracie.

Bo Gustaw kochał Juratę i wakacje. Zawsze spędzaliśmy je razem, choć każde z nas miało inne potrzeby: ja lubię dużo chodzić, jeździć na rowerze, pływać, Gustaw natomiast wolał posiedzieć w kawiarni z przyjaciółmi, pograć w karty. Każde z nas robiło to, co mu się podobało, nie blokowaliśmy się nawzajem. W związku dwojga ludzi ważna jest wolność, żeby ten drugi człowiek mógł swobodnie oddychać, żeby mu niczego nie narzucać. Wiąże się z tym umiejętność zawierania kompromisu, ale przede wszystkim zaufanie.

W związkach aktorskich pojawia się rywalizacja.

Nam obca była rywalizacja, zawiść, kompleksy. Ja robiłam swoje, on swoje. Zawsze się wspieraliśmy.

Mówi się, że partnerzy wraz z upływem lat coraz więcej od siebie przejmują. Pani zaraziła się od męża sportem.

Owszem, wciągnął mnie w swoje zainteresowania sportowe, ale już w karciane mu się nie udało. Dzięki niemu pokochałam Tatry. Gustaw chodził ze mną na górskie wycieczki i w cudowny sposób opowiadał o ich pięknie. A z kolei ja zachęciłam go do podróży po świecie. Zanim mnie poznał, niewiele podróżował. Zwiedziliśmy razem kawał świata. Żyliśmy jednak normalnie, zwyczajnie, nie gromadziliśmy rzeczy, raczej kolekcjonowaliśmy szczęśliwe chwile.

Mąż słynął z roztargnienia.

Jestem taka sama! Parę dni temu nie mogłam otworzyć samochodu i strasznie się zdenerwowałam. Miałam wyliczony czas, a tu w żaden sposób nie mogę odjechać. Dzwonię do ubezpieczyciela, mechanika, w końcu wzywam pomoc. I co się okazuje? Że próbuję otworzyć obcy samochód, taki sam mały, czarny jak mój. Ta skłonność do roztargnienia była dla nas stresująca, ale chyba bardziej dla mnie, bo jestem akuratna, staram się, walczę o zorganizowane życie.

Gustaw podchodził do codziennych spraw na luzie. Prowadziłam podwójną buchalterię: swoją i jego, żeby mu o wszystkim przypominać. Ale on też dbał o moje sprawy. Kiedyś w wywiadzie pięknie o mnie powiedział: „Nic mnie w niej nie denerwuje”. Powtórzę za Gustawem: Nic mnie w nim nie denerwowało. Jedyne, co mi przeszkadzało, to jego palenie, bo mój organizm nie toleruje dymu. Ale godziłam się na to, palił do końca życia.

Nawet z powodu wychowania się nie spieraliście?

W ogóle. Myśmy zaświadczali o pewnych wartościach własnym przykładem. Nie mieliśmy jakiegoś określonego pomysłu na wychowanie. Syn obserwował, co nas śmieszy, bawi, jakie są nasze komentarze na różne tematy, jak postrzegamy ludzi, niczego przed nim nie zatajaliśmy. Nie znoszę zakazów i nakazów. Jak mogłabym je stosować, skoro sama ich nie cierpię.

Wróćmy do książki. Obejmuje całe wspólne życie z mężem?

Zaczyna się od wiosny, kiedy poznałam Gustawa, kończy wiosną, kiedy odszedł. Wiosna to moja ukochana pora roku. Kiedy zaczęłam pisać – też wiosną – od razu wiedziałam, że będzie miała tytuł „Gustaw i ja”, bo jego życie to też moje.

Jak teraz widzi pani swoją przyszłość?

O przyszłości w ogóle nie myślę. Tego uczył mnie Gustaw i teraz wiem, że miał rację. Przyszłość jest absolutnie nieprzewidywalna, co świetnie oddaje powiedzenie, że jak chcesz rozśmieszyć pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach. Natomiast wielką siłą jest dla mnie przeszłość. Gustaw, mimo że odszedł, jest we mnie i w synu. Oczywiście, zabrał ze sobą również część nas. Ale zostawił wspomnienia, to, czego mnie uczył. Nie każdy człowiek może powiedzieć to co ja: Miałam piękne, udane, długie małżeństwo, z którego mam wspaniałego syna i nikt mi tego nie odbierze. Zawsze dużo pracowałam i nadal pracuję i to trzyma mnie przy życiu. Staram się nie tracić optymizmu i wiary w dobry los. Uważam, że jeśli coś mnie omija, to widocznie tak ma być. A to, co ma przyjść, i tak przyjdzie.