fbpx

Sharon Stone – Widzę inaczej

Sharon Stone - Widzę inaczej
Materiały prasowe

Ikona kobiety wyzwolonej Sharon Stone – wciąż posągowa i pociągająca – chce, by dostrzegać w niej więcej niż inteligencję zimnej jak szpikulec do lodu bohaterki „Nagiego instynktu”. Jakie życiowe przełomy sprawiły, że zmieniła priorytety i najważniejsze dla niej są dziś: współczucie, wielkoduszność, dobroć?
– Cudowne dziecko z prowincji staje się aktorką. Jak to się dzieje?

– Jako mała dziewczynka na przerwach nie bawiłam się, tylko czytałam. Inne dzieci uważały mnie za dziwadło. Sama też czułam się nie na swoim miejscu. W liceum moja sytuacja stała się jeszcze bardziej oryginalna – miałam 15 lat, chodziłam do szkoły i jednocześnie studiowałam na uniwersytecie w Pensylwanii! Profesorowie uważali mnie niemalże za geniusza [Sharon Stone ma IQ powyżej 150 – przyp. J.O.]. Tymczasem rzuciłam wszystko po czterech latach – chciałam być wolna. Wyjechałam do Nowego Jorku, gdzie jako modelka pracowałam dla agencji Ford. Ale zawsze, po prostu zawsze marzyłam o aktorstwie. W Nowym Jorku biegałam regularnie na castingi, w końcu Woody Allen dał mi rólkę we „Wspomnieniach z gwiezdnego pyłu”. To był mój chrzest bojowy, ale później nic nie było łatwe i proste – nadszedł nawet moment, kiedy zwątpiłam w samą siebie. Moim wybawieniem okazał się Paul Verhoeven – zagrałam u niego w „Pamięci absolutnej” u boku Arnolda Schwarzeneggera.

– Rola w „Nagim instynkcie”, również w reżyserii Paula Verhoevena, przynosi pani międzynarodową sławę. Ma pani wtedy 35 lat i z dnia na dzień zostaje okrzyknięta symbolem seksu. Czy ta etykietka nie ciążyła w dalszej karierze?

– Miano światowego sekssymbolu nigdy mi nie ciążyło, być może dlatego, że doskonale wiem, kim jestem. Zresztą na początku spotykałam regularnie reżyserów, którzy uważali mnie za mało seksowną. Uodporniło mnie to skutecznie i na krytyki, i na komplementy. Owszem, mam ciało, ale mam również mózg i zdolność myślenia. W życiu zawodowym zawsze udawało mi się żonglować między filmami eksponującymi moją fizyczność a rolami dramatycznymi. Ale odkąd wkroczyłam w tak zwany wiek średni, miano sekssymbolu bardzo mi pochlebia. Nie mam nic przeciwko temu, żeby dalej mnie tak określano!

Mówiąc poważnie, nie nakręciłabym już dzisiaj kolejnej, trzeciej części „Nagiego instynktu” ani nie powtórzyłabym sceny krzyżowania nóg. Owszem, czasami zdarza mi się ją cytować, ale tylko po to, żeby puścić oko do widza. Cieszę się jednak, że wszyscy ją tak dobrze pamiętają! Wciąż spotykam kobiety, które twierdzą, że te kilka krótkich minut na ekranie, ta jedna scena odmieniła diametralnie ich życie erotyczne! Tym lepiej. A zatem moje drogie, kopiujcie, kopiujcie!

ZAMÓW

E-WYDANIE

– Krytyka zachwyciła się panią dopiero po „Kasynie” w reżyserii Martina Scorsese – stworzyła w nim pani wstrząsający wizerunek kobiety zniszczonej przez toksyczną miłość i alkohol…

– Ta rola była jak sen. Wiele zniosłam, żeby ją dostać, ale czułam wtedy, że gram o samą siebie. Są w życiu takie momenty, kiedy człowiek uświadamia sobie, że oto walczy o najwyższą stawkę. To uczucie towarzyszyło mi w przypadku filmu Martina Scorsese.

– Zagrała pani ostatnio jedną z głównych ról kobiecych w ekranizacji drugiej części słynnego francuskiego komiksu „Largo Winch”. Co sądzi pani o coraz liczniejszych ekranizacjach tego typu literatury? Czy są gwarancją sukcesu?

– Nie mam nic przeciwko ekranizacji komiksów. To filmy zaadresowane do szerokiej publiczności, ale nie sądzę, żeby ich artystyczna wartość była z tego powodu mniejsza. Nie należy zapominać o tym, że kino zawsze było przecież również rozrywką. „Largo Winch” ma wszystkie cechy dobrego komiksu i dobrego kina zarazem: wyraziste postaci, konflikt, wartką akcję. Tego właśnie oczekują po nim widzowie. Osobiście lubię każdy rodzaj kina. Grałam w filmach wybitnych, dobrych i gorszych, u wielkich reżyserów. Zawsze dawałam z siebie to, co mogłam – na tym polega tajemnica zawodu aktora. Jesteśmy jak żołnierze na wojnie – musimy być gotowi i robić to, czego się od nas oczekuje. Jak najlepiej. Nawet największym aktorom zdarzają się jednak chwile zwątpienia. Może właśnie dlatego są najwięksi – mają w sobie pokorę, są głęboko ludzcy, nie przestają szukać.

– A jak pani sama przygotowuje się do roli?

– Przede wszystkim całkowicie odrzucam klisze. To pierwszy, obowiązkowy etap – uważam, że najpierw należy pozbyć się uprzedzeń i otworzyć na postać, pozwolić, aby w nas zamieszkała. Nie wierzę w jakieś specjalne przygotowania, czytanie gór dokumentów. Czerpię z własnych zasobów, z tego, co jest we mnie.

– A co decyduje w pracy aktora o sukcesie?

– Wszystko zaczyna się od dobrego reżysera, aktorów, scenariusza i chemii na planie. Jednak sukcesu nie da się przewidzieć. Istnieją realizatorzy, którzy potrafią wpisać się w ducha czasów, uchwycić właściwy moment, jak Paul Verhoeven w przypadku „Nagiego instynktu” czy Martin Scorsese w „Kasynie”. Sukcesem bywają też z reguły filmy familijne – to zrozumiałe, bo rzadko można zabrać na ten sam tytuł dzieci, rodziców, przyjaciół i w dodatku doskonale się przy tym bawić. Te obrazy, pozornie bardzo nieskomplikowane, przekazują uniwersalne prawdy, zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Często grają w nich aktorzy reprezentujący rozmaite narodowości i kultury, a ich akcja toczy się w różnych zakątkach świata – odpowiada to rzeczywistości, która staje się coraz bardziej złożona, zróżnicowana etnicznie. To, co dzieje się wokół nas, jest naprawdę fascynujące. Stajemy się świadkami prawdziwej rewolucji! Osobiście chciałabym coraz szerzej otwierać oczy.

– Co panią tak fascynuje?

– Świat i my sami. Szalenie zmieniliśmy się na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Przeobrażeniu uległ nasz sposób porozumiewania się, nasze potrzeby. Rozumujemy w kategoriach globalnych, perspektywa się rozszerzyła. Dlatego coraz bardziej przemawiają do nas dzieła uniwersalne. Każda epoka rządzi się własnymi prawami – nasze czasy są epoką globalizacji, czy nam się to podoba, czy nie. Osobiście uważam to za fascynujące. Musimy jak najszybciej nauczyć się funkcjonować w tym niezwykłym kontekście – spojrzeć inaczej na świat i ludzi, otworzyć się na drugiego człowieka, próbować budować lepszą rzeczywistość. Wszyscy ponosimy odpowiedzialność za to, co nas otacza.

– W ostatnich latach pojawiała się pani rzadziej na ekranie.

– Moim priorytetem są dzieci. Za każdym razem, kiedy otrzymuję scenariusz, zadaję sobie pytanie, czy dla tej roli warto zostawić je same i nie widywać przez dwa, trzy miesiące. Proszę mi wierzyć, niewiele jest propozycji, które przechodzą tę próbę. W życiu należy podejmować decyzje – w moim przypadku szala przechyla się najczęściej na korzyść mojego życia prywatnego. Może to kwestia wieku, a może własnej historii – jeszcze kilka lat temu nie wiadomo było, czy w ogóle przeżyję [w 2001 r. Sharon Stone uległa udarowi, który spowodował częściowy paraliż – J.O.]. Dzisiaj widzę inaczej.

– Właśnie, przez wiele miesięcy musiała toczyć pani walkę z ciałem, które nagle odmówiło posłuszeństwa, z własną niemocą. Wyszła pani z tej próby zwycięsko…

– To bardzo ciężki okres, nie zamierzam jednak rozwodzić się na ten temat. Mogę tylko powiedzieć, że chociaż wszystko pozornie wróciło do normy, długo odczuwałam skutki choroby. Nie myślę tu jedynie o traumie psychicznej – musiałam na nowo uczyć się chodzić, mówić, jeszcze do niedawna nie byłam w stanie nauczyć się na pamięć dłuższego tekstu! Dlatego wolałam grać w telewizji, gdzie czyta się całe linie, unikałam bardziej skomplikowanych dialogów. Rola prokurator w „Largo Winch II” była pod tym względem wyzwoleniem – mój mózg nagle zaskoczył i przekonałam się z radością, że znowu mogę pracować nad postacią, że nie muszę się już bać. To była prawdziwa iluminacja! W przełamaniu moich wewnętrznych barier pomógł mi reżyser filmu Jérôme Salle – dzięki jego życzliwości, cierpliwości i wyrozumiałości narodziłam się na nowo. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczna. Zobaczył we mnie aktorkę. I człowieka. Nie bohaterkę „Nagiego instynktu”. Wierzę głęboko, że w ramach jednego życia możemy umierać i odradzać się wielokrotnie. Ja też umierałam. Ale za każdym razem udawało mi się powrócić.

– Czy pomógł w tym pani buddyzm?

– Richard Gere przedstawił mnie Dalajlamie – to tak wspaniała postać! Dzięki buddyzmowi odkryłam ponownie wagę podstawowych wartości, takich jak współczucie, wielkoduszność, dobroć, dyscyplina. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy trzeba zapracować, że przyjemność jest czymś ulotnym, że należy koncentrować się nie na niej, ale na szczęściu. Na szczęście pracuje się każdego dnia, również angażując się w działania na rzecz innych, ja działam na przykład w stowarzyszeniu zajmującym się udzielaniem pomocy młodym prostytutkom na granicy chińskiej. Stworzyliśmy tam szpitale, fundacje dla dzieci, szkoły… Buddyzm zdeterminował moje spojrzenie na życie, jest bardziej moją filozofią niż religią. Bliskie mi są bowiem również wartości chrześcijaństwa.

– Czy macierzyństwo zmieniło pani percepcję świata i siebie samej?

– Oczywiście. Moje dzieci [wszystkie zostały zaadoptowane – J.O.] mają cztery, pięć i dziesięć lat. W chwili, kiedy zostajemy rodzicami, zmienia się radykalnie cały świat. Nie możemy już być tak samolubni i egocentryczni jak dawniej, odkrywamy inne wartości, nagle stajemy się opiekuńczy i zaczynamy zastanawiać się nad stanem świata. Nie możemy ochronić naszych dzieci przed ich własnym losem, możemy jednak starać się zredukować konsekwencje naszych poczynań, zarówno w skali indywidualnej, jak i globalnej, na poziomie społeczeństwa. To się nazywa odpowiedzialność.

– Hollywood pozostaje bardzo mizoginistyczny i bezwzględny w stosunku do aktorek – poza nielicznymi wyjątkami muszą być wciąż młode i piękne. Jaki jest pani stosunek do praw rządzących tym zawodem?

– Hollywood to pojęcie bardzo ogólne. Bo co oznacza właściwie słowo „Hollywood”? Jeśli ma pani na myśli system wielkich studiów, to muszę powiedzieć, że nigdy nie akceptowałam obowiązującej w nim hierarchii. Nie rozumiałam, dlaczego rządzą nami mężczyźni i jakim prawem ośmielają się narzucać swoje poglądy, decydować o czyimś losie. Nie wiem zresztą, jak w ogóle można sądzić, że jest się stworzonym do dyrygowania innymi! Dlatego nigdy nie przejmowałam się tym, co sądzą o mnie bossowie Hollywood – zawsze starałam się iść własną drogą
i myślę, że mi się to udało. Nigdy nie byłam potulną owieczką, wyrażałam swoje zdanie, pojęcie „politycznej poprawności” jest mi zupełnie obce. Oczywiście, czasami za to płaciłam. Jestem jednak optymistką – wszystko się zmienia, również na lepsze. Z biegiem lat i na skutek różnorodnych doświadczeń stajemy się bardziej ludzcy. Również Hollywood ewoluuje, tak samo jak koncept kobiecej urody. Dlaczego w ogóle dyskutuje się o tym, czy kobiety w średnim wieku mogą pracować, czy nie? Jakim prawem ma o tym decydować jakiś młody czy podstarzały facet? Być może kiedyś role się odwrócą: to my, kobiety, będziemy wyrokowały, czy dany aktor nadaje się do jakiejś roli. Ale taki rewanż nie dałby mi chyba specjalnej satysfakcji – w życiu nie chodzi przecież o to, żeby dominować.

– Pani sama wydaje się podchodzić do upływu czasu pogodnie i z poczuciem humoru. Z okazji pani niedawnych 50. urodzin pozowała pani – prawie nago – dla „Paris Match”. Tytuł głosił: „Mam 50 lat i co z tego?”.

– Właśnie, co z tego? Piękno nie jest kwestią wieku, jestem o tym głęboko przekonana. Wypływa z duszy, a dusza nie ma 20 czy 60 lat. Jeanne Moreau czy Claudia Cardinale są wciąż piękne… Moja sesja dla „Paris Match” była swojego rodzaju kuksańcem wymierzonym wyznawcom ideologii młodości, oznaczała jednak również zamknięcie pewnej epoki. Kiedy skończyłam 50 lat, postanowiłam zachować w moim życiu tylko to, co naprawdę istotne – myślę nie tylko o wartościach, ale także o ludziach i rzeczach. Czuję się tak, jakbym powróciła do źródeł – wiem, co dla mnie ważne. Otaczam się wyłącznie tymi, których kocham, nie potrzebuję oprawy w postaci dworu pochlebców i błyskotek. Najważniejsze to być i akceptować siebie i innych takimi, jakimi rzeczywiście jesteśmy. To stwierdzenie może wydawać się banalne, ale upłynęło wiele czasu, zanim zrozumiałam, że ta prosta prawda leży u podstaw udanego życia. Oczywiście, nie oznacza to rezygnacji z wysiłków, wręcz przeciwnie – wierzę, że możemy w dużym stopniu sami decydować o tym, kim naprawdę chcemy być. I nie wydaje mi się, abym była jakąś niepoprawną marzycielką.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>