fbpx

Anna Cieślak – Trochę niedosytu

Anna Cieślak - Trochę niedosytu
Robert Wolański

Jako świeżo upieczona absolwentka szkoły teatralnej zagrała brawurowo dziewczynę sprzedaną do domu publicznego. Pierwsi pokazaliśmy ją wtedy na okładce, prorokując karierę. I nie pomyliliśmy się. Anna Cieślak wie, czego chce w zawodzie. Nam opowiada o tym, czego chce w życiu.

– Miała pani kiedyś propozycje pozowania nago?

– Tak, ale nie było mi to do niczego potrzebne.

– Nawet gdyby wiązało się z dużymi pieniędzmi?

–Nawet, bo pieniądze nie są dla mnie jedynym wyznacznikiem w życiu. Mogę sobie na to pozwolić, bo jestem niezależna, nie mam kredytów, dzieci i nie muszę się zastanawiać, co zrobić, żeby sobie poradzić. Jeżeli ktoś ma potrzebę rozbierania się, proszę bardzo. Ja intymność zachowuję dla siebie i bliskiej osoby. Pewnych granic nie przekroczę.

– A proponowano pani role mocno rozbierane?

– Zdarzyły mi się scenariusze, po przeczytaniu których miałam wątpliwości, czy sceny wymagające obnażenia się są potrzebne. Całe szczęście, że zarówno reżyser filmu „Masz na imię Justine” Franco De Peña, jak i reżyser „Biesów” Krzysztof Jasiński byli otwarci na rozmowę i moje propozycje. Nie musiałam robić niczego, co byłoby gwałtem na mnie.

– Granicą nie do przekroczenia jest gwałt psychiczny?

– Ta granica zależy od tego, co chcemy powiedzieć i po co takie sceny są w filmie. Bo nie jest sztuką rozebranie się, zwłaszcza gdy robi to młoda dziewczyna. Sztuką jest wiarygodne zagranie każdej sceny, a można to osiągnąć także – jak na przykład w „Masz na imię Justine” – poprzez odpowiednie ustawienie świateł, zbliżenie na detale: na oko, wyraz twarzy. Nagość, jeżeli już być musi, to tylko subtelna i uzasadniona.

– Bez śmiałych scen trudno jednak wyobrazić sobie filmy o pożądaniu, namiętnościach. Zgodziłaby się pani zagrać na przykład w „Intymności” Patrice’a Chéreau?

– Oglądając film, miałam odczucie, że jest świetnie zrobiony, mocny i dotykający, ale chyba nie zdecydowałabym się na udział w nim, bo przekracza granice intymności aktora.

– Aktor gra swoim ciałem, w pewnym sensie je sprzedaje, a z drugiej strony, jak każdy człowiek, chce chronić swoją intymność, wstydzi się. Jak to pogodzić?

– Nie tylko w aktorstwie, ale w każdym zawodzie i w ogóle w życiu powinno się robić to, na co pozwala nam nasze wnętrze, co jest w zgodzie z naszymi przekonaniami. Każdy ma swoje granice, których pilnuje. Ale z doświadczenia wiem, że w aktorstwie na dużo więcej może pozwolić sobie kobieta samotna, niezależna. Ma dużo więcej odwagi, nie boi się ryzyka. Jeżeli natomiast pozostaje w związku, to dbając o sferę intymności, nie chce swoim zachowaniem zranić partnera. Ja nie mogłabym powiedzieć: To moja wolność, musisz mnie przyjąć taką, jaka jestem, i dopasować się do mnie. A gdzie uczucia drugiej osoby, gdzie jej wolność?

– Zrezygnowałaby pani z odważnego projektu, gdyby partner się temu sprzeciwił?

– Zawsze sama sobie odpowiadam na pytanie, czy wymogi reżysera odzierają z tajemnicy moją intymność. Bo mnie się wydaje, że w scenach erotycznych, które tworzymy w teatrze i przed kamerą, nie chodzi o dosłowność, ale o zachowanie pewnej tajemnicy, pozostawienie miejsca dla wyobraźni widza.

– Jak na przykład w „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia? To najbardziej erotyczny film, jaki widziałam, a jednak bez tak zwanych momentów.

– Dokładnie o to chodzi – żeby wytworzyć wibracje, które wciągają widza. Bo to nie aktor ma się rozpłakać, tylko widz. A dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do pokazywania wszystkiego dosłownie. Przytoczę anegdotę: Pewna starsza pani, aktorka, w drodze na plan filmowy rozmawiała z kierowcą, który opowiadał o tym, że kupił sobie kamerę i teraz, jak wyjedzie z domu, włącza Internet i zawsze wie, co się tam dzieje. Ona go pyta: „A jakby pana żona zdradzała, to też by pan o tym wiedział?”. On: „No pewnie”. Na co ona westchnęła: „Nie ma już dzisiaj miejsca na tajemnice”. To było strasznie śmieszne.

– Aktor powinien wytworzyć w widzu raczej niedosyt?

– Tak, nienasycenie, a nie przesycenie, bo nasycić jest bardzo łatwo – wystarczy pokazać wszystko, ale to powoduje, że w odbiorcy nic się nie zdarza poza szokiem. Jeżeli natomiast tak poprowadzimy scenariusz, by widz czuł się częścią historii i wychodził z poczuciem, że otworzyły się w nim jakieś rejony, o których wiedział, że są, ale do których nie miał dostępu, wtedy jest sukces. To nic trudnego pochodzić miesiąc czy dwa na siłownię, doprowadzić ciało do superwyglądu i rozebrać się przed kamerą. Jaka w tym jednak odwaga cywilna? To, co obnażone, czasem jest wręcz odpychające.

– Jest pani świadoma swoich atutów w kontaktach z innymi, w szczególności z mężczyznami?

– Jestem, ale nie lubię tego wykorzystywać.

– Nazwijmy rzecz po imieniu – uwodzi pani?

– Według mnie istnieje coś takiego jak kobiecość i męskość. Żeby mężczyzna mógł czuć się mężczyzną, kobieta musi czuć się kobietą. Nie popieram uniseksu. Cenię takie aktorki, jak Monica Bellucci, Meryl Streep, Emily Watson, Kate Winslet, które nie boją się pokazywać swojej zmysłowości. Ostatnio oczarowała mnie Angelina Jolie w „Oszukanej”. Wydaje mi się, że już wiem, na co ją stać, a nagle widzę w jej wykonaniu coś nowego. Bo – jak powiedział Krystian Lupa – mamy w sobie wszystko, tylko musimy tego poszukać. Kiedy kobieta ujawnia swoją zmysłowość – mężczyzna ma szansę bycia mężczyzną. Jeżeli natomiast jesteśmy tylko silne i niezależne, nie zostawiamy żadnego pola do działania mężczyznom, nie dajemy im szansy, żeby mogli się wykazać. Ja nie chcę sama ze wszystkim sobie radzić. Warto pielęgnować kobiecość, zmysłowość, subtelność, nie mylić z flirtowaniem czy manipulowaniem.

– W domu były tematy tabu?

– Moi rodzice, mimo że są dosyć konserwatywni, otwarcie rozmawiali ze mną na różne tematy. Jeśli się coś nowego działo z moją cielesnością, nie bałam się pytać mamy. Nie dyskutowałyśmy na te tematy bez skrępowania, jak przyjaciółki przy kawie. Mama dawała mi książki do poczytania, był pewien dystans, na tyle dobry, że zostawiał niedosyt, który z kolei rodził chęć dowiedzenia się czegoś z książek i filmów. Natomiast zmysłowość i kobiecość pomogli mi odnaleźć spotkani w życiu mężczyźni.

– Jaki wzorzec mężczyzny ustanowił tata?

– Pamiętam tatę, jak przygotowujemy razem zabawki na choinkę, jak tłuczemy bombki i robimy koronę dla królowej albo kłócimy się pół dnia, że nie jestem przygotowana do odrabiania lekcji, bo nie mam ekierki, cyrkla, które komuś pożyczyłam. Tata studiował matematykę i fizykę i potrafił rozwiązać każde zadanie. A ja chodziłam do klasy matematyczno-fizycznej, więc mieliśmy wspólne tematy. Odgrywał rolę ojca, który pomagał, wspierał, ale rozmowy: „tato, mam problem z chłopakiem, pomóż”, nie było.

– Nigdy nie ingerował?

– Robił to delikatnie, na przykład podsuwając list, w którym napisał, że obecny wówczas mężczyzna nie jest tym, z którym chciałby, żebym była całe życie. Buntowałam się: tato, co ty wiesz, ale później okazywało się, że miał rację.

– Traktuje panią nadal jak dziewczynkę czy już jako kobietę?

– Wcześniej dzwonił do mnie z życzeniami na Dzień Dziecka, a na Dzień Kobiet nie. I jak mama go namawiała, żeby zadzwonił, mówił: „To moja córka, a nie kobieta”. Ale dwa lata temu po raz pierwszy zadzwonił: „No, muszę się przestawić, kochana, wszystkiego najlepszego”. To było zabawne i urocze.

– Trudno jest budować związek pięknej kobiecie, w dodatku aktorce, oddanej tak zachłannemu zawodowi?

– Aktorka musi umieć z jednej strony egoistycznie skupić się na tym, że oto teraz jest jej czas, że buduje postać, ale z drugiej – wrócić do domu i zapomnieć, że cały świat kręci się wokół roli. Ja przychodzę do domu, gotuję, piorę, sprzątam, urządzam przyjęcia i sprawia mi to wielką przyjemność. Ludzie muszą ustalić, na czym się skupiają w danym momencie: teraz jest czas na mnie, ty jesteś obok, a za chwilę będzie twój czas i ja będę wtedy obok. Wydaje mi się, że to da się zrobić.

– Myśli pani o tym, żeby się śpieszyć, bo czas mija?

– Gdy byłam w szkole teatralnej, nie chciałam, żeby mnie obsadzali w rolach amantek, wolałam role kobiet z pazurem. Teraz wiem, że to nie takie proste zagrać amantkę, więc doceniam takie role, ich granie jest przyjemnością i wyzwaniem. Ale nie boję się starzenia. Moja mama powtarzała, że najpiękniejszy okres dla kobiety to od 30 lat w górę, kiedy jest się świadomą swojej kobiecości, potrafi się to wyrazić i czerpać z tego przyjemność. Coraz lepiej się czuję, bo jestem spokojniejsza, rozumiem, że nie należy wszystkim się przejmować, tylko zostawiać energię na rzeczy ważne i wyjątkowe, zarówno w życiu, jak i w pracy. Nie myślę: powinnam używać miliona kremów, żeby nie mieć zmarszczek. Zmarszczki są piękne. Świadczą o tym, że kobieta coś w życiu przeszła, że ma coś do powiedzenia.

– Podoba się pani sobie, gdy patrzy w lustro?

– Czuję się piękna, kiedy mogę sprawić, że mój mężczyzna jest spokojny i zadowolony, kiedy przyjaciele, którzy przychodzą do mojego domu, są szczęśliwi. Wtedy jest mi dobrze. Kobieta jest zmysłowa wtedy, kiedy myśli o mężczyźnie, a nie o sobie. Piękno to nie rozmiar 36, idealnie dopasowane ciuchy, zrobione włosy, ale coś, co powoduje, że człowiek świeci wewnętrznym blaskiem. Pięknym można być w każdym wieku.

– Dba pani jakoś szczególnie o swoje ciało?

– Każda aktorka musi o siebie dbać, żeby dobrze czuć się w swoim ciele. Jeszcze do niedawna mogłam mówić: Jem, co chcę i ile chcę. Ale z wiekiem zmienia się przemiana materii, więc czasem patrzę w lustro i mówię: O, Cieślak, musisz się pilnować. Wtedy idę na siłownię, na basen, rolki, rower. Zimą jeżdżę na nartach albo na snowboardzie. Ale nie chodzi tylko o figurę. Bo kiedy trenuje się ciało, trenuje się i duszę. Jak śpiewa Marysia Peszek: „Ciało pielęgnuję, bo jest domem duszy. I gdy mi jest dobrze, moja dusza mruczy”. Kiedy w szkole chciałam mieć rozmiar 36, jadłam tylko kiszoną kapustę, piłam dwa red bulle, paliłam paczkę papierosów, wypijałam trzy kawy dziennie. Szybko wysiadł mi żołądek, byłam chodzącą nerwicą. Teraz wiem, że być pięknym to znaczy pozostawać w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej, mieć w środku wszystko poukładane.

– A seks? Jest dla pani ważny?

– Bardzo ważny. Gdy dwojgu ludziom układa się w łóżku, potwierdzają w ten sposób swoje uczucia, ale też kobiecość i męskość. Nie chodzi o udowadnianie sobie, jaka jestem sexy, nie. Według mnie seks to sfera o stopień wyższa niż cielesność. To rodzaj bliskości, która powoduje ukojenie, i nie da się jej zastąpić żadną inną formą relacji. Ja mam tak, że jeżeli wszystko mi się układa w życiu prywatnym, to jestem dużo bardziej odważna w budowaniu postaci. Jeżeli jestem natomiast spięta, nie potrafię sobie poradzić z otaczającą rzeczywistością, a tak też bywało w moim życiu. Wtedy w pracy próbuję coś sobie udowodnić, potwierdzić swoją wartość, co nie jest dobre. Niektórzy uważają, że jeśli się ma sielankę w życiu, to źle się gra. Nieprawda. Nie potrzebuję nadmiernych wrażeń w życiu, mam je na próbach, podczas spektakli. Dlatego doceniam ciszę, książki, rozmowę przy winie. To daje mi energię do pracy i życia.

– Ma pani teraz tę energię?

– Mam. Jestem w fajnym związku. Dzięki temu czuję się spokojna, wchodzę do teatru i nie boję się krytycznych uwag. Ale nie mogę powiedzieć: Osiągnęłam szczyt marzeń w partnerstwie. Związek wymaga nieustającej pracy, wzajemnego pielęgnowania. Są dni, kiedy nie możemy na siebie patrzeć, a są dni, kiedy nie potrafimy bez siebie żyć. Trzeba być ze sobą i wtedy, i wtedy. A teraz w związkach ludzie coraz więcej zostawiają do osobistego użytku. Każdy z partnerów ma swoje konto, samochód, mieszkanie. Jeśli się jedno obrazi, to idzie do siebie. A ja pytam: To jak się uczyć ten problem przepracować? Bo tylko to sprawia, że jest się o kolejne piętro wyżej. Podobnie w sferze seksualnej – przejście pewnych sytuacji powoduje, że otwieramy się na więcej, że mamy do siebie większe zaufanie, nie boimy się nowych propozycji. Zarówno w aktorstwie, jak i w życiu nie da się odnaleźć właściwych rozwiązań od razu. To proces, który musi potrwać. Na wszystko potrzeba czasu.