Wojciech Modest Amaro

fot.Tomasz Kin

Kilkanaście miesięcy temu przy Skwerze Kisielewskiego na warszawskim Rozdrożu pojawiło się Atelier Amaro. Smakosze dobrze znają ten adres.
Dla szerokiej publiczności, a raczej smakoszy, pojawiłeś się nagle i znienacka. A tu okazuje się, że jesteś uznawany za najlepszego polskiego szefa kuchni. Skąd Ty się w ogóle wziąłeś?

Ja tu zawsze byłem, tylko minęło trochę czasu, zanim nauczyłem się gotować na poważnie. Konieczny był wyjazd za granicę i zdobycie doświadczenia. Pracowałem z najlepszymi. Następnie wróciłem do Polski i stworzyłem kuchnię, gdzie mogłem zająć się naszą tradycją kulinarną w nowoczesnym i autorskim wydaniu.

Zacznijmy od tego pięknego dnia, kiedy przemówił przez Ciebie Bóg i kazał Ci pokroić pierwszą marchewkę.

(śmiech). Owszem, Bóg też przyczynił się do mojego sukcesu, bo pewnego pięknego dnia urodziłem się i otworzyłem oczy. Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło, ale przez wszystkie młodzieńcze lata ciągnęło mnie do kuchni. Niestety wybór szkoły gastronomicznej, jako potrzebnego mi szczebla rozwoju, był wówczas w Polsce wyborem najgorszym z możliwych.

To prawda, nieuków straszyło się, że pójdą na kucharza albo kelnera. Też długo miałem wyobrażenie, że uczyć się w takiej szkole, to jak pójść do poprawczaka.

Nie było po tym żadnych perspektyw. Rodzice byli zszokowani wyborem, bo kończyłem podstawówkę z bardzo dobrymi wynikami. Świat zasuwa do przodu, a rozwojowe kierunki nie mają nic wspólnego z gotowaniem. Dlatego w końcu wylądowałem w technikum elektronicznym, bo w tamtych czasach był to zawód marzeń. Przemordowałem się tam pięć długich lat, kompletnie nie mając pojęcia o tym, czego mnie uczono. W ucieczce przed wojskiem poszedłem na studia politologiczne na Uniwersytecie Śląskim. W wakacje postanowiłem wyjechać do siostry mieszkającej w Londynie i poduczyć się angielskiego. Wtedy w Anglii, by móc się utrzymać jako przyjezdny, do wyboru miało się dwa zajęcia: w kuchni albo na budowie. Do tego drugiego się nie nadawałem, dlatego poszedłem spróbować w kuchni.

Który to był rok?

1993.

Otworzyłeś ogłoszenia w gazecie czy włóczyłeś się w poszukiwaniu kartki na oknie, że szukają kogoś na zmywak?

Pomogła mi siostra. Znała właścicieli pewnej włoskiej restauracji, więc wysłała mnie prosto do nich. Powiedziałem szefowi, że nie mam żadnego specjalnego przygotowania, którego by oczekiwał, ale mam do tej pracy wielkie serce i niesamowitą chęć, dlatego proszę, żeby dał mi szansę.

To było nieźle aroganckie, tak prosto z ulicy…

To prawda. Nie zaczynałem od mycia podłogi i wyrzucania śmieci. Szef kuchni był starszym