fbpx

Zbigniew Hołdys – Kwiat Warszawy

Zbigniew Hołdys - Kwiat Warszawy
fot. Łukasz Gawroński

Czy ktoś taki jak Zbigniew Hołdys mógł mieć zwyczajne dzieciństwo? Oczywiście, że nie. Dlatego w jego wspomnieniach jest noszenie węgla, dozorca z siekierą i milicjanci z pałami. Jest też – jak w „Autobiografii” – Luksemburg, chata, szkło, jeśli podciągnąć pod to ostatnie pracę w Zakładzie Technologii Spirytusu, Piwa i Drożdży.
Mówi, że nie ma w domu żadnych zdjęć z dzieciństwa i młodości. Kilka lat temu ktoś podrzucił mu jakąś starą fotografię. 16-letni Zbigniew Hołdys z kolegą. Zdjęcie wisiało w przedpokoju, aż któregoś dnia zdmuchnął je wiatr i rozszarpał pies. Kolegę oszczędził. Z Hołdysa nic nie zostało.

– Jesteśmy zbudowani z przypadków. Z pozornie nieważnych zdarzeń, które wpływają potem na nasze życie. No na przykład: dziesięć lat temu spotkałem Lucjana Kydryńskiego. To było na krótko przed jego śmiercią. Wsiedliśmy razem do windy w jakimś hotelu. Dzień dobry, dzień dobry. Nie znałem go osobiście, nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. Zebrałem się na odwagę: Muszę panu coś powiedzieć. Jako dzieciak regularnie słuchałem pańskiej audycji „Rewia piosenek”. I nigdy nie zapomnę, jak pan, który puszczał z reguły piosenki Édith Piaf czy Mireille Mathieu, powiedział: „a teraz puszczę nagranie z paryskiego teatru Olimpia, gdzie w zeszłym miesiącu pojawił się angielski zespół The Beatles”. Wtedy po raz pierwszy słyszałem ich grających na żywo i oszalałem. Nie wiem, czy bez tamtej audycji byłbym tym, kim jestem.

Co odpowiedział mi Lucjan Kydryński? Był speszony. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, że gdzieś tam jakiś gnojek słucha go i że mu się tak kotłuje w głowie. „Rewia piosenek” była nadawana w soboty o 19.15, słuchałem jej na radioodbiorniku Tatry, z magicznym okiem.

Na walizkach

Jako miejsce urodzenia mam wpisany Lublin. Ale urodziłem się na walizkach. Z Lublina z rodzicami wyjechaliśmy, jak miałem kilka miesięcy. Moja matka pochodziła z tamtych okolic, część jej rodziny mieszkała w Lublinie, jakoś tam mama poznała się z ojcem, który z kolei przyjechał chyba ze Lwowa. Jak mama była ze mną w ciąży, ojciec miał już załatwioną pracę w Warszawie.

Ochota

Pierwsze wspomnienia mam już z domu na Ochocie, na ulicy Kopińskiej. To była mała uliczka. Miałem trzy, cztery lata i oglądałem przez okna naszego mieszkania, jak śmieciarz podjeżdża konną furmanką, która na kołach miała opony. Pamiętam, jak jacyś robotnicy krzyczą: „Te! Pilnuj towaru, bo ci go wrony rozdziabią!”. Bo śmieci z kubłów wyrzucało się bezpośrednio na furmankę.

Tyfus

Od małego byłem chorowity. Wszystkie choroby mnie dopadały. Łącznie z tyfusem dziecięcym. Po tym jak lekarka zdiagnozowała u mnie tyfus, przyszło do nas do domu dwóch panów w płaszczach. Przyszli mnie zabrać, nie wiadomo gdzie. W tamtych czasach Służba Bezpieczeństwa zajmowała się wszystkim, wszystko wiedziała, także o chorobach. Matka wykazała się wielką desperacją. Powiedziała, że zabiorą mnie po jej trupie. No i zostałem w domu.

Siekierą przez okno

W roku 1958 zamieszkaliśmy na Woli, na ulicy Ogrodowej. Mieszkanie trafiło się nam w groteskowych okolicznościach. Mój ojciec, który był z zawodu ekonomistą, pracował w Ministerstwie Finansów. Jeden z jego znajomych z pracy mieszkał z żoną na tej Ogrodowej w wielkim stresie. Dozorca, straszny pijak, bez przerwy domagał się od nich pieniędzy na wódkę. Po którejś odmowie wrzucił im, na głodzie alkoholowym, siekierę przez okno. Żona tego znajomego doznała szoku, kiedy mąż wychodził z pracy, całymi dniami leżała pod parapetem, żeby nic ją nie trafiło. Koszmar. W końcu ten znajomy zgadał się z moim ojcem, że chce zamienić mieszkania. Myśmy nie mieli już z dozorcą aż takich przepraw. Choć nie zapomnę, jak poszedłem do niego zapłacić za mleko (bo wtedy dozorcy płaciło się, żeby mleczarz dostarczał butelki pod drzwi). Wchodzę, a on akurat przelewał denaturat przez kromkę, żeby się odbarwił i był zdatny do spożycia. Dozorca zmarł jakiś czas później – że się tak wyrażę – na posterunku. Z miotłą w ręku.

Podwórko

Szkoła była 100 metrów od naszego domu, można było przejść ten kawałek w kapciach. Chodziły do niej wszystkie dzieciaki z podwórka. Ludzie z kamienic na Ogrodowej byli twardzi. Konflikty rozwiązywało się szybko i konkretnie. Na porządku dziennym było, że ktoś komuś przywalił w mordę. Sam zaliczyłem parę ciosów.

Z drugiej strony to była prawdziwa wspólnota, sąsiedzi wpadali do siebie, podrzucali cukier, mąkę. Chodziło się do sąsiada na telewizję. Domy były w miarę nowe, pobudowane w latach 50., jak pobliski Muranów. Wiele mieszkań poprzydzielano wojskowym, którzy w czasie wojny w wieku 18 czy 20 lat zostawali majorami. Część z nich nigdy wcześniej nie mieszkała w mieście. Czasem słychać było kwiczenie z jakiegoś balkonu, bo ktoś tam hodował świnię. Były koguty, kurczaki, które gdakały. Taki klimat. 200 metrów od Hali Mirowskiej i kilometr od Pałacu Kultury.

Sportowiec

Dziesięciolatek już wie, czego chce. Ja chciałem być sportowcem. Dobrze skakałem w dal. Z rozbiegu kilkukrokowego potrafiłem skoczyć cztery metry. Wtedy ta dyscyplina była bardzo popularna, bo gwiazdą był Józef Schmidt, który zdobył dwukrotnie złote medale na olimpiadach. W Rzymie i w Tokio. Nie wiem, może zostałbym sportowcem…

Chociaż dzisiaj z perspektywy czasu myślę, że moje predyspozycje wcale nie gwarantowały mi kariery. Tak czy inaczej musiałem skończyć ze skakaniem z powodu kłopotów z sercem. W czasie zajęć sportowych kilka razy miałem nagle ponad 200 uderzeń serca na minutę. Człowiek się przewraca natychmiast na ziemię, to coś jak atak padaczki. Zdiagnozowano u mnie częstoskurcz napadowy. Wyczynowy sport odpadał. Śmieszne, że choroba jakoś nie przeszkodziła mi potem pić hektolitrów wódki i prowadzić życia, które mocno obciążało zdrowie.

Pocztówki dźwiękowe

Moja siostra miała niezłą kolekcję pocztówek dźwiękowych. To były takie zwykłe kartki pocztowe, z jakimś widoczkiem albo kwiatkiem. Na tym przezroczysta folia z tworzywa sztucznego z wytłoczonymi rowkami jak w normalnych analogowych płytach. Kiedy siostry nie było w domu, siadałem u niej w pokoju i sobie puszczałem. W Warszawie znajdowało się wtedy kilka punktów z pocztówkami. Na przykład w pawilonach na Marszałkowskiej, niedaleko Próżnej. Tam na miejscu była też wytwórnia kartek dźwiękowych. Można było nagrać na płytę życzenia imieninowe dla matki czy siostry. Stała taka maszyna, która rylcem tłoczyła piosenki i na tym twój głos. Nikt nie respektował prawa autorskiego. Przeboje zgrywane były z radia na magnetofon, a potem na płyty. A ponieważ czasem w trakcie audycji, na przykład takiego radia Luksemburg, znikała fala, to wszystko znikało i na płycie, a potem pojawiało się znowu. No ale wiedzieliśmy, jakie są światowe przeboje.

Jak zwinąć gitarę

Z moją siostrą wiąże się też inny, dość banalny incydent, który był dla mnie brzemienny w skutki. Miałem ze 12 lat. Idolem dziewczyn był wtedy Cliff Richard. Akurat do kin wchodził z nim film, który w Polsce miał tytuł „Chcemy się bawić”. Po angielsku „The Young Ones”. Piękna historia. Ponieważ radio BBC nadawało muzykę, której nie dało się słuchać, bohaterowie filmu, dzieciaki z dobrych domów, założyli własną piracką radiostację. W warzywniaku. Pojechałem na ten film z siostrą i jej koleżankami do nieistniejącego już dziś kina Śląsk na ulicy Żurawiej. Pojechaliśmy taksówką, która mogła wziąć czterech pasażerów, a ja byłem piąty. Musiałem leżeć na kolanach dziewczyn. I to już wprowadziło mnie w stan euforii. Potem było jeszcze lepiej. Na ekranie zobaczyłem „The Shadows” z Cliffem Richardem. Co prawda znałem nagrania Shadowsów, ale nigdy wcześniej nie widziałem gitar elektrycznych. Te ruchy, ta siła, jaką daje instrument. Po wyjściu z kina dostałem gorączki.

Jakiś czas potem, 150 metrów od mojego domu, w komisie zobaczyłem gitarę elektryczną. Czeską, ale jak dla mnie w kształcie identyczną jak ta z filmu. Jolana star. Czerwona z białymi plastikowymi ozdobami. Kosztowała trzy tysiące trzysta złotych. Cena z kosmosu. Średnia pensja wynosiła koło tysiąca, wódka kosztowała 30, wino 19 albo coś koło tego. Powiem szczerze: uznałem ją z automatu za własną i kombinowałem, jakby ją tu z tego sklepu zwinąć. Przychodziłem codziennie. W końcu ktoś z komisu się zorientował, że coś jest ze mną nie tak i mnie przepędził. Aż któregoś dnia przyszedłem pod witrynę i gitary już nie było. Miałem ochotę tego frajera, który mi ją zabrał, zabić. Sentyment pozostał. Całkiem niedawno dałem ogłoszenie, że jeśli ktoś ma jolanę star z 1962–63 roku, to chętnie kupię, bo nadal mi jej brakuje.

Kuba

Chcę podkreślić, że mimo mojego ówczesnego fioła na punkcie jolany star, w ogóle nie potrafiłem grać. Pierwsze poważniejsze próby podjąłem dzięki mojemu przyjacielowi Romkowi Czystawowi [Romuald Czystaw – przyp. red]. To z nim założyliśmy nasz pierwszy zespół Kwiaty Warszawy. Romek ciągnął mnie do domu kultury na Elektoralną. Na miejscu były instrumenty, mogliśmy na nich ćwiczyć. W liceum lubiłem też grać z innym moim przyjacielem Kubą Wajnbergiem. Najbliższą mi wtedy osobą. Kiedy u mnie nocował, nakrywaliśmy gitary kołdrami i ćwiczyliśmy po nocach. W moim domu był raczej luz, u Kuby nie. Jego rodzice byli bardzo wierzący i wymagający, jak nie chcieli, żeby ich Kuba rozumiał, mówili po hebrajsku.

Rok 1968 pozbawił nas złudzeń i odebrał mi przyjaciela. Kuba nie był wtedy jeszcze pełnoletni i nie mógł decydować o sobie. A jego rodzice zostali zmuszeni do wyjazdu z Polski. Postawiono im ultimatum: albo będziecie tu dalej tkwić bez pracy, bez mieszkania, odbierzemy wam wszystko i będziemy zatruwać życie, albo bierzcie dziesięć dolarów, bilet w jedną stronę i sp……jcie. Tu was nie chcemy. Odprowadzałem Kubę na Dworzec Gdański. Na peronie nie mogli nas rozłączyć. Czy płakałem? No pewnie, nadal mi się chce, jak sobie to przypomnę. Spotkaliśmy się z Kubą dopiero po 30 latach w Nowym Jorku. Rozmawialiśmy z sobą tak, jakbyśmy nie widzieli się kilka dni.

Idziemy stąd

Niedługo przed maturą rzuciłem szkołę. Chodziłem do Liceum nr 17 imienia Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Wtedy ta szkoła cieszyła się prestiżem, bo to była pierwsza tzw. tysiąclatka w Warszawie. No wie pani, wielki plan Gomułki w rocznicę chrztu polskiego: tysiąc szkół na tysiąclecie. Moje odejście ze szkoły zbiegło się mniej więcej w czasie z wydarzeniami marcowymi i z decyzją rodziców Kuby. Gwoździem do trumny był jeden ze szkolnych apeli. To było krótko po tym, jak w czasie strajków studenckich poszedłem pod uniwersytet i mnie dorwali. Tak jak i jeszcze dwóch kolegów, niezależnie od siebie. Oczywiście, dyrekcja liceum natychmiast się o tym dowiedziała i na szkolnym apelu znienacka dyrektor kazał nam wystąpić z szeregu. Dyrektor zagrzmiał: „to są ci, co zhańbili nasz sztandar”.

Staliśmy na środku sali, a ja do kolegi: „idziemy stąd”. On: „no co ty?!”. Ja wyszedłem. Nie mogłem tego znieść i nie miało to nic wspólnego z polityką. Byłem za głupi wtedy na politykę. Po prostu szkoła straciła w moich oczach cały autorytet. Jeszcze trochę chodziłem na lekcje, a potem z dnia na dzień przestałem.

Medyk

W domu wojna. Dla matki to, że rzuciłem szkołę, było tym bardziej traumatyczne, że sama była nauczycielką. Rodzice się w dodatku rozwodzili. Robili mi awantury, ale ja już zdecydowałem i nie zamierzałem zmienić zdania. Szwendałem się z kolegami, aż któregoś dnia Romek Czystaw wziął mnie na koncert holenderskiej grupy bluesowej Cuby & The Blizzards. Ponieważ byłem niepełnoletni, musiałem mieć specjalne pismo od matki, żeby w ogóle mnie wpuścili. Tak trafiłem do kultowego klubu Medyk. I w tym Medyku w którymś momencie osiadłem
na dobre. Przy jednym stoliku siedziała Maja Komorowska z Andrzejem Wajdą, na scenie stał Michał Urbaniak albo Zbyszek Namysłowski. Mówili mi: „weź no, przynieś nam tu kiełbasę, zapal świeczkę, poleć po piwo”. Obsługiwałem też reflektory, puszczałem podkład muzyczny do przedstawień teatralnych z magnetofonu. Byłem takim chłopcem na posyłki, ale strasznie dużo chłonąłem. I taki chłopak któregoś dnia chwyta gitarę. Wszyscy zdziwieni: „to ty umiesz zagrać?”.

Jak Jacek Kleyff zaczął któregoś dnia śpiewać jedną moją kompozycję „O tobie, jesieni i jeszcze innych rzeczach”, byłem wniebowzięty.

Karton wódki z Australii

Żeby zarobić na życie, imałem się różnych zajęć. Nosiłem węgiel na Dworcu Warszawa Wileńska. Miałem też epizod w Instytucie Przemysłu Fermentacyjnego – w Zakładzie Technologii Spirytusu, Piwa i Drożdży, przy ulicy Rakowieckiej. Sprzątałem, potem zajmowałem się badaniem drożdży. Laborant. Pamiętam, że raz przysłali karton wódki z Australii z prośbą o zbadanie, czy to nie podróbka. Dłużej pracowałem w Głównym Urzędzie Statystycznym (odszedłem wtedy od Maryli Rodowicz, chciałem się gdzieś zakotwiczyć). Siostra mi pomogła, choć była zdziwiona, że nie chcę grać. Któregoś dnia wezwał mnie kierownik i powiedział: „Widzę, jak się starasz, ale mam złe wieści. Nie masz wykształcenia, matury, cokolwiek byś zrobił fantastycznego, i tak nigdy nie awansujesz. Wypalisz się, stracisz lata i nic nie osiągniesz”. Jestem do dziś mu wdzięczny, mówił szczerze, nie wywyższał się. Chwilę później dostałem propozycję grania od Andrzeja Rybińskiego [z żoną Elizą i Hołdysem założyli zespół Andrzej i Eliza – przyp. red.]. Nie wahałem się. Wyściskałem na pożegnanie kierownika. Był rok 1971. Perfect powstał siedem lat później.