fbpx

Padłeś? Powstań!

Nie będę już Tadeuszem Wroną. Samolotu bez podwozia nie posadzę – mówi Katarzyna Groniec. Odchodzi od muzycznej ascezy. Robi bilans kobiety 40-letniej
Na zdjęciach, które zrobił Jacek Poremba, w końcu zobaczyłam cię w pastelowych sukienkach.

Ciągle, gdy tylko włożę coś innego niż czerń, następuje konsternacja. Chora czy jak? Bo Groniec to czarna kotara. W pewien sposób pokutuje tu stereotyp wymyślony na potrzeby szuflady. A niestety, łatwiej wyjmować człowieka z pudełka, w którym leży od zawsze. Tak jest wygodniej.

Z tym że ty sama ten stereotyp wokół siebie zbudowałaś, więc chyba nie możesz mieć do nikogo pretensji.

Nie mam. Konstatuję fakt. Repertuar to rzecz gustu, a mnie zdecydowanie podchodzą właśnie wolne numery. Nie znaczy to, że skoro sięgnęłam po nie raz, drugi i dziesiąty, to nie chcę robić czegoś innego. Ale tkwię w pułapce: skoro ktoś sprawdza się w smutnych kawałkach, to po cholerę ma się brać za wesołe. Smutny od smutnych, wesoły od wesołych. Zmiana równa się nieufność. Lepiej niech będzie tak, jak było.

Odchodzisz od muzycznej ascezy. Utwór promujący płytę „Pin–up…” ma w sobie wesołą ironię. Winna, niewinna?

Prawda, nieprawda? Przypomina mi się jedna z postaci w musicalu „Chicago”. Pamiętasz dziewczyny, które siedziały w pudle, bo każda kogoś ukatrupiła? Tak zachachmęciły i polawirowały między prawem a pieniędzmi, że wszystkie wypuszczono na wolność. Tylko jedną, Węgierkę, co nie znała języka i powtarzała jak mantrę: „jestem niewinna” – powieszono. Zabrakło jej sprytu i oręża. 20 lat temu mieszkałam w akademiku z koleżanką, która grała tę postać w warszawskiej inscenizacji „Chicago”, stąd sentyment.

„Chicago” jest musicalem. A podobno nie lubisz musicalu.

Trafiając do „Metra”, nie wiedziałam, co to musical. Wydawało mi się, że to gatunek lekki, kolorowy, zabawny. Z biegiem lat zobaczyłam jego kuriozum, bo jest głupi jak poniemiecki zlew. Jedyną rzeczą, która może obronić tę formę, jest fantastyczna muzyka. Może jeszcze pasja i mistrzowska reżyseria. Ale niezmiernie rzadko zdarza się, że wszystkie te trzy elementy zgrywają się na najwyższym poziomie twórczym. Trudno zrobić naprawdę dobry musical, w którym dramaturgia pomiędzy utworami nie jest sztucznie doczepionym tworem. Lekkość amerykańskich musicali z Judy Garland wydaje się nieosiągalna w kraju nad Wisłą.

Dlatego zdecydowałaś się na tak wyraźny zwrot w twórczości, który słychać na „Pin-up…”?

Ten album był mi potrzebny, żeby zakończyć pewien etap i rozpocząć nowy. Nie wiem, jakie będą kolejne płyty.

Tym albumem odreagowujesz chyba więcej niż etap. Teksty są zbiorem emocji kobiety 40-letniej. Bilansem i wyznaniem.

Bo to jest bilans. Potrzebowałam podsumowania. Postawienia bardzo grubej krechy, która odetnie mnie od tego, co było. Nie tylko poprzez teksty. Otwarcie muzyczne również ma być wejściem w nowy etap poszukiwań.

Co tak bardzo chcesz zostawić za sobą?

Pewien rodzaj myślenia. Pogrzebana została dziewczynka, chociaż mam nadzieję, że czasem będzie mnie odwiedzać z zaświatów. Skończył się u Groniec etap niedojrzałej kobietki, zaczęła – faza dojrzałej kobiety.

Dopiero teraz? Podobno 33 lata to czas, kiedy kobieta zaczyna wiedzieć, kim jest. Podejrzewałabym, że akurat ty wkroczyłaś na tę drogę dużo wcześniej.

Po trzydziestce zaczyna się myśleć sensownie. Wcześniej moim zdaniem nie da rady. Jedni robią to szybciej, inni są opóźnieni w rozwoju. Zaliczam się do tych drugich.

Kojarzona jesteś jako ambasadorka depresji.

Jezu. Miałam depresję poporodową 18 lat temu. „Gazeta Wyborcza” robiła niedawno kampanię na temat depresji. Po cyklu „Rodzić po ludzku”, który wydał mi się bardzo ważny, pomyślałam, że skoro chcą rozpocząć cykl „Leczyć po ludzku”, a moim udziałem było tego typu doświadczenie, mam obowiązek o tym opowiedzieć, bo może pomogę jakiejś młodej matce borykającej się z podobnym problemem. Udzieliłam wywiadu, a potem jakiś palant z innego pisma doradził mi, żebym lepiej nie słuchała własnych piosenek, to nie będę miała depresji. Żyjemy w dobie nagłówków. Każdy dopowiada sobie to, co chciałby usłyszeć, i tworzy w głowie czyjś wizerunek w ułamku sekundy. Ktoś posiadający jakiekolwiek problemy natury psychicznej nadal jest postrzegany u nas jako wiejski głupek. Wydawało mi się, że to mój pieprzony obowiązek o tym opowiedzieć. Bzdura. W naszym kraju to ciągle strzelanie sobie w kolano, bo dla innych to okazja do przypięcia ci kolejnej łatki. Tymczasem nie wyobrażam sobie udawania, kreowania się. To chore. I nie ma kompletnie nic wspólnego z zawodem, który sobie wybrałam. Nie wybierałam bycia celebrytką, choć nigdy nie miałam przesadnego poczucia artystycznej misji. To, co robię, nie jest dla mnie grą, tylko moim życiem. Nie wyobrażam sobie, że robię ustawkę w warzywniaku. Proszę cię!

I nie złamiesz się, jak dostaniesz intratną propozycję z komercyjnego programu telewizyjnego?

Nie mam dylematu, bo do mnie nie dzwonią. Dostałam za to kiedyś telefon z propozycją reklamy szamponu przeciwłupieżowego. To było 15 lat temu i byłam kretynką, bo się nie zgodziłam. Myślałam, że strzepywanie łupieżu z ramienia i mówienie, że ten szampon mi pomógł, do mnie nie pasuje. Znajomym oczy wyłaziły z orbit, jak się dowiadywali, ile kasy nie zarobiłam.

Dzisiaj byś się zgodziła?

Tak, bo nikt nie da mi pieniędzy, jak będę miała raka.

Tego się boisz?

Nie tylko. Jako 40-letnia osoba widzę dzisiaj, że forsa rządzi światem. 20 lat temu myślałam: „to nieprawda”. Dziesięć lat wstecz zauważyłam, że i owszem, ale co z tego. Dzisiaj wiem – to kasa rządzi i lepiej ją mieć. Od czasu do czasu działam jako wolontariusz. Bez górnolotności, ale sama się domyślasz, że widziałam rzeczy wstrząsające. Pomyślałam, że forsę warto mieć, żeby przejść przez to z godnością. Nie wiem, czy w tym kraju to możliwe… Sporo myślałam, co będzie, jak zostanę bez szmalu, a ktoś z moich bliskich zacznie go potrzebować. Dzisiaj, gdybym dostała propozycję z reklamy, nie zastanawiałabym się chwili.

„Trawa”. Leżysz w trawie, kontemplujesz spokój, „pająk nitkę snuje, słońce świeci jasno, komar nisko leci”. Harmonia. I nagle chcesz zajrzeć, co jest po drugiej stronie drzwi. Często zastanawiasz się nad śmiercią?

Od zawsze. Taka ciekawość. Zaglądam przez dziurkę od klucza, żeby sprawdzić, co jest po życiu. Jak jest po tej drugiej stronie – ładnie czy byle jak? Dokąd to zmierza i po co? Jedyna materia niesprawdzona, bo ci, co tam są, już nam tego nie opowiedzą. Przemijanie to kolej rzeczy, która jest tak cudownie rozłożona w czasie, że człowiek ma szansę się do niej przyzwyczaić, a po drodze uczy się ją akceptować.

„I nie umarłam. Choć się zdawało, że raczej z tego nie wyjdę cało” – śpiewasz w piosence „Sofia Loren”.

To była złość, którą gdzieś należało ukierunkować. Chyba 90 procent ludzkości ma za sobą takie doświadczenie jak ja. Byłam po obu stronach. Zdradzano mnie i ja zdradzałam. Żeby się wyzerować, najpierw musisz umieć pozwolić sobie na złość. Większość z nas, niestety, tego nie potrafi. Jesteśmy na złość zablokowani. A może bardziej – zablokowane. Prowadząc warsztaty muzyczne z młodzieżą, zauważyłam, że kompletnie nie potrafią robić tego nastoletnie dziewczyny. Na kilkaset osób, które przewinęły się przez moje zajęcia, może dwie z nich umiały się naprawdę rozzłościć. Sporo się od nich nauczyłam. Bo problem dotyczy jednakowo nas, dorosłych. Warto mieć świadomość, że złość nam się należy, że mamy prawo być wściekli.

Już to potrafisz?

Uczę się. Jeśli nie umiesz wyrzucić z siebie tego, co czujesz całą sobą, żyjesz w galopującej frustracji. W końcu dowalisz komuś Bogu ducha winnemu. Wiem, że trzeba wszystko wyczyścić i jednocześnie zrozumieć, że nie jest się już białą kartką. Do pewnego momentu w życiu człowiek myśli o sobie dobrze. Dopóki nie zdąży się ubrudzić. Ale przychodzi etap, że każdy z nas jest już utytłany. Sztuka polega na tym, żeby pewne rzeczy odkreślić i nieustająco zaczynać od nowa. Padłeś? Powstań. Widziałaś okładkę płyty?

Tak. Pięknie uchwycona ręka, choć spodziewałam się tylko ciebie w jakieś bladoróżowej sukience.

Chciałam bajki jak w „Parnassusie”. Wszystko miało być bajkowe, ale jednocześnie straszne. Piękne i niepokojące. W pierwszych projektach okładki myśleliśmy o portrecie. Potem na zdjęciach Jacka Poremby zobaczyłam detale. Perły, dłoń, biżuteria, fragmenty ciała. Były tak piękne, że pomyślałam: „to jest to”. Szczegół. Biała, zmrożona ręka, lekko spetryfikowana. Rzeczywiście, dbam o drobiazgi i mam nadzieję, że to nie jest małostkowość, tylko rodzaj pewnej percepcji. Często jestem zdziwiona, że całość poszła w takim kierunku, a nie innym, bo globalnie tego nie ogarnęłam. Nauczyłam się jednak dostrzegać dobrą stronę mojego zamiłowania do szczegółu. Ono daje szansę, że narodzi się coś, czego bym nie zaplanowała, a w konsekwencji całość wychodzi dużo lepiej.

„Już na orbitę nie mam szans. Zostaje mi przyziemny lans”. Z „Kosmonautki” bije raczej nostalgia za tym, czego już nigdy w życiu nie zrobisz.

Kiedy budzisz się, mając 25 lat, masz poczucie: wybrałam śpiewanie. W porządku. To chcę robić. 15 lat później ja już tego wyboru nie mam. Ja to po prostu robić muszę. Nie będę Tadeuszem Wroną i samolotu w pianie bez podwozia na lotnisku nie posadzę. Tego już się nie nauczę. Najprawdopodobniej nie ma rzeczy, w której będę na tyle dobra, co w śpiewaniu. Ale mam ochotę poszukać.

Rzeczy, których już nie zrobisz, to jedno. Drugie to te, których żałujesz?

W takie myślenie nie chcę się zapędzać, bo nie warto. Zrobiłam, co mogłam, wybrałam tak, jak umiałam, jak czułam.

Rozmawiamy o przemijaniu, ale nie wydajesz się smutna.

Bo mnie to nie zasmuca. Świadomie biorę udział w tworzeniu własnej wewnętrznej harmonii.

Masz 18-letnią córkę. Nie sądzisz, że to ty tej harmonii powinnaś ją nauczyć?

Mogę jej jedynie pokazać, z jak wielkim mozołem sama się jej uczę. Rośniemy razem. Nie jestem matką idealną. Nie da się. Myślę, że może okażę się kiedyś fajną babcią. Wtedy będę już mądra. Chyba.

Wiesz, co mówią o tobie ludzie, z którymi współpracujesz?

Ciekawe. Słucham.

Że Kaśka dzisiaj jest już kompletna. Że doskonale wie, czego chce, że ma pomysł na siebie od A do Z. A to wiąże się z dojrzałością zawodową i mentalną.

Kiedy odeszłam z teatru i zaczęłam działać na własną rękę, pierwszy raz zrozumiałam, że muszę być odpowiedzialna sama za siebie. W końcu nie mogłam na nikogo zwalić winy. Powiedzieć: „To reżyser wymyślił, a ja jestem od wykonywania poleceń”. Na początku skręcałam się ze strachu. Nie było się za kogo schować.

Zdążyłaś już polubić tę swoją odpowiedzialność?

W żadnym wypadku. Nie znoszę być odpowiedzialną. Wolałabym, żeby to ktoś inny ponosił konsekwencje moich działań. Ale nie mam wyboru. A swoją drogą, dzięki brakowi alternatywy wciąż się uczę.

Katarzyna Groniec piosenkarka i aktorka (rocznik 1972). Przez wiele lat związana z teatrem Studio Buffo – brała udział w „Metrze” (w roli Anki), w spektaklach, m.in. „Do grającej szafy grosik wrzuć”, „Brel”, „Grosik 2”, „Obok nas” i „Tyle miłości”. Nagrała siedem płyt, z których ostatnia „Pin-up Princess”, wydana niedawno, wydaje się przełomowa.