fbpx

Początek nowej mnie – wywiad z Edytą Bartosiewicz

Początek nowej mnie - wywiad z Edytą Bartosiewicz
fot. Rafał Masłow

Kiedyś… Tak łatwo oceniała: dobry lub zły. Była jedną wielką emocją. Nie kochała siebie. A teraz? Portret Edyty Bartosiewicz – tej samej, a jednak odmienionej – powstaje w rozmowie artystki z Hanką Halek.
EDYTA BARTOSIEWICZ: Wyszukałam w Internecie, że trenuje pani coś ciekawego: tai-chi, kyokushin…?

Jeet Kune Do, sztukę walki, którą jej twórca Bruce Lee nazywał naukową bójką uliczną.

Też bardzo lubię Bruce’a Lee, głównie ze względu na „Wejście smoka”. Myślę, że w swoich filmach nie tylko prezentował niezwykłe umiejętności, ale przede wszystkim chciał podzielić się ze światem swoją filozofią życia. On wydawał się mieć coś takiego, co ja bym chciała. Pełnię. Mam wrażenie, że jego ciało i psychika łączyły się w doskonałej harmonii. No a tak poza tym, nie można było od niego oderwać oczu. Nie dość, że piekielnie sprawny, to jeszcze zabójczo przystojny. Nie wiem, czy pani wie, ale miałam w życiu orientalny epizod. Przez pół roku studiowałam japonistykę. Byłam chyba naprawdę szalona. To był mój drugi fakultet, a ledwo dawałam radę z pierwszym, ale tak mi się spodobało, jak moja znajoma mówi po japońsku, że także zapragnęłam biegle władać tym językiem. Nie wzięłam pod uwagę, że studenci tego wydziału muszą pochłaniać wiedzę w ekspresowym tempie, co dla mnie było niewykonalne. Pierwszych studiów, oczywiście, też nie skończyłam.

Nie ma pani chęci wrócić na uczelnię? Syn dorósł, pani też…

Podziwiam panią Halinę Frąckowiak, która jako dojrzała kobieta skończyła psychologię, ale chyba trzeba czuć, że przyszedł czas. A tak tylko wymyślić i zrobić? Nie, nie czuję, żeby to było mi w tym momencie potrzebne.

A co jest pani teraz potrzebne?

Myślę, że jestem na etapie poznawania samej siebie, smakowania świata w zupełnie nowy sposób, coraz bardziej świadomej z nim interakcji. Przyszedł też wreszcie moment, by wydać płytę, zrzucić z siebie ten ciężar, bo inaczej nie mogę tego nazwać. Ona jest moim ukochanym dzieckiem, ale to ciąża mocno przenoszona. Ta płyta to olbrzymi bagaż życiowy. Ma przecież prawie 12 lat. To pewnego rodzaju doświadczenie, które trzeba było przejść. Zakończyć je, bez względu na to, z jakim skutkiem. Stała się symbolem tylu ważnych spraw w moim życiu, od których chciałam uciec, ale jak się okazało, nie mogłam. Przez to moje długie zatrzymanie osłabła też kreatywność. Dopóki istniał mój głos, który był jej wyznacznikiem, po prostu za nim szłam, sięgałam po gitarę i śpiewałam.

A gdy zniknął, okazało się, że był jedynym bodźcem?

Właśnie. Bez niego nie było żadnej przyjemności z tworzenia. Wszystko stało się siermiężne i toporne, nawet nie chciało mi się sięgać po instrument. Byłam słaba.

I z poczuciem winy?

Nie. Dlaczego miałabym mieć poczucie winy?

Że pani zawodzi, że nie jest taka, jak by chciała być, że czas leci, że się pani starzeje.

Już chyba bardziej widziałabym się w roli ofiary jakichś niezrozumiałych splotów okoliczności. Ale nigdy nie chciałam tak myśleć. Musiałam zaakceptować, że tak po prostu jest. Bardzo walczyłam o to, by ta płyta ujrzała w końcu światło dzienne. Zdarzały się chwile zwątpienia, no bo jak ich nie mieć przez 12 lat, ale tak naprawdę nigdy nie straciłam nadziei. Był we mnie jakiś ogromny upór i parcie do przodu – pomimo że leciałam na rezerwie energetycznej.

Co zjadło tę energię i głos?

Coś, co mamy wszyscy: demony, słabości, lęki, traumy. Jeżeli człowiek nie wypracował sobie zdrowego mechanizmu obrony albo pewnego rodzaju potencjału, którego do końca nazwać nie umiem – może to się nazywa „mieć szczęście”? – prędzej czy później coś złego się z nim dzieje. Albo zapada na chorobę, albo umiera. Bywa, że to nie jego wina, często miał po prostu gorszy start. Teraz, gdy rozmawiamy i jestem w momencie, kiedy czuję się coraz lepiej, bardzo dziękuję losowi za ten okres, gdy noce mojej duszy były czarne. Dzięki temu wiem chociażby to, że mam w sobie ogromną siłę przetrwania.

Wolę życia?

Do 23. roku życia uprawiałam sport, który trzymał mnie w ryzach. Myślę, że gdyby nie on, poległabym znacznie wcześniej. W 2002 roku rozpoczął się okres stagnacji w moim życiu. Czasem czułam się, jakbym zanurzyła się po szyję w mętnym jeziorze. Przez bardzo długi czas nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z realnych zagrożeń. Trzymałam się życia ze wszystkich sił, może nawet z rozpędu? Mój głos ginął powoli, niepostrzeżenie. Ale to właśnie dzięki temu zauważyłam, że coś jest ze mną nie tak. Gdybym nie śpiewała, mogłabym przegapić pewne ostrzeżenia, jakie dawał mi organizm.

To mój głos dał mi sygnał. Dał głos. To on, a właściwie jego zanik, skierował moją uwagę w odpowiednim kierunku, pokazał, że czas nad sobą poważnie popracować. Jeśli założymy, że choroba tworzy się najpierw na poziomie energetycznym, wtedy jej objawy fizyczne będzie można nazwać pierwszą oznaką zdrowienia.

Przeszła pani ośmioletnią psychoterapię. Przyniosła ulgę?

Psychoterapia była mi bardzo potrzebna. Bez niej nie byłoby zapewne szans na żaden progres, ale czekałam już na to rozstanie. Miałam już ochotę iść dalej o własnych siłach. Terapię skończyłam w czerwcu, widzimy się w momencie, kiedy w moim życiu i relacjach dzieją się rzeczy niezwykłe. Zupełnie inaczej postrzegam teraz ludzi, inaczej się z nimi witam, żegnam. Ale to stąd, że z sobą samą się inaczej spotykam.

Jak?

Jest we mnie więcej przestrzeni, mniej głosu Krytyka Wewnętrznego. Więcej zrozumienia, empatii dla świata. Kiedyś tak szybko mogłam kogoś ocenić. Dobrze albo źle. I już. Teraz nie jestem w stanie tego zrobić. Poprzez psychoterapię ujrzałam, ile było we mnie mechanizmów, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam. Wydawało mi się na przykład, że całe zło przychodzi z zewnątrz. Teraz wiem, ile ja sama prowokuję napięć i nerwowych sytuacji.

W 2012 roku zmarła moja najbliższa przyjaciółka, Małgosia. Poznałam ją w 1995 roku – to był czas życia tak artystycznego, jakie tylko może istnieć. Zbliżyłyśmy się od razu, od pierwszej wspólnej sesji, do której mnie malowała. To była pierwsza w moim życiu osoba, która mnie w ogóle nie oceniała, do której miałam ogromne zaufanie. Mówiłam jej rzeczy, których się… no właśnie, co do których miałam ogromne poczucie winy. A ona, słysząc te historie, nigdy nie powiedziała:, „Jak mogłaś coś takiego zrobić!?”. Mówiła: „To jest ludzkie”. Małgosia miała w sobie coś niezwykłego, była cudowną artystką, make-upistką, pedagogiem, ale przede wszystkim człowiekiem. Mając swoje demony i chcąc sobie pomóc, terapeutyzowała się i stała się bodźcem do tego, że po latach poszłam na swoją psychoterapię, choć ona nigdy mnie do tego nie namawiała. Myślę, że zanim ją spotkałam, byłam bardzo zamknięta. Gdzie tam ktoś będzie mi mówił, co ja mam robić – naprawdę taka byłam. Dzięki takiej skorupie broniłam się przed światem, bo tak naprawdę byłam bardzo zalękniona i niepewna siebie. Nie kochałam siebie. Małgosia była jedną z tych osób, które mnie ukierunkowały. Coś we mnie tchnęła poprzez swoją nieingerencję, a jednocześnie inspirację. Dzięki niej dotarłam do jednej z najlepszych psychoterapeutek. Gonia to był mój anioł.

Nadal nim jest.

Nie wiem, co o tym sądzić. Co się dzieje po śmierci? Chcę myśleć, że Małgosia jednak zdążyła wykorzystać znaczną część potencjału, który był jej dany w życiu. Dzieliłyśmy ze sobą wyjazdy, seanse filmowe, spacery. Uwielbiała muzykę, kino było jej pasją. Miała słabość do osobowości dekadenckich, zagubionych, gdzieś tam nieszczęśliwych, ale wnoszących coś do świata. Bardzo liczyłam się z jej zdaniem, była pierwszym recenzentem moich tekstów, miała wpływ na mój wizerunek artystyczny.

To ona doprowadziła do tego, że kręciłyśmy teledysk do „Jenny” w Londynie, a do „Siedmiu mórz” w Los Angeles. Dzięki jej znajomym. Gdy wchodziłyśmy do knajpy, zawsze znalazł się ktoś, kto wołał: „Gonia, Gonia”. Cały mój świat w pewnym momencie zaczął budować się wokół jej znajomych.

A jak było wcześniej, przed Gonią?

Oczywiście, miałam swoich znajomych, najczęściej muzyków, wiadomo. Ale byłam specyficzna, z pozoru otwarta, a tak naprawdę zupełnie niezintegrowana ze światem. Taka chodząca ambiwalencja (śmiech). Myślę, że to, iż zrobiłam sobie podwójne brwi, miało swój głębszy sens. Teraz czuję, że te brwi powinny już chyba zarosnąć, ale… nie chcą – i trudno im się dziwić – tyle lat je pieczołowicie wyskubywałam. Od jakiegoś czasu czuję, jak powoli buduję swój fundament. Najpierw jednak, wydaje się, musiała nastąpić dezintegracja pozytywna. Czyli mówiąc po ludzku: człowiek rozwala się w drobny mak po to, żeby się na nowo, kawałek po kawałku, złożyć.

Zobacz również kosmetyki do brwi ranking

„Za siłami destrukcji idą siły tworzenia” – to Michał Anioł.

Tak, to się łączy, jak noc z dniem, jak dwie strony medalu. Życie ma w sobie wiele aspektów i nic nie jest jednoznaczne. Na przykład ofiara może stać się w jednej chwili katem, a kat ofiarą. Ciekawe jest to, że zaczynam odczuwać współczucie nie tylko dla ofiar, ale także dla ich katów. Wydaje mi się, że ci drudzy musieli być kiedyś także bardzo skrzywdzeni. Wiem, że to terapia mnie odmieniła. Mam ochotę słuchać i rozumieć.

Dziś jestem w stanie zrozumieć moich rodziców, choć kiedyś byłam bardzo zbuntowana. Przyjechali do Warszawy praktycznie z niczym, budowali swoje życie od początku i popełnili mnóstwo błędów… Ale ja, jako matka 22-letniego syna, popełniłam ich pewnie tyle samo. Pytała pani o poczucie winy, odczuwam je czasem wobec syna. Gdybym pewne rzeczy mogła wymazać, inaczej je przeżyć, zachować się w inny sposób… ale nie da się. Nauczyłam się jednak pewnej rzeczy: nigdy nie jest za późno. Pewne historie można naprawiać w każdym momencie życia. Nasze relacje z Aleksym uważam dziś za bardzo dobre. Dajemy sobie przestrzeń. Ja nie dokonuję inwazji w jego życie, a on coraz bardziej się na mnie otwiera, częściej się do mnie zwraca po radę. Czy to nie cud? (śmiech). Wcześniej tak nie było. Wygląda na to, że bardzo się o siebie troszczymy. Często są to małe sprawy, ale to w nich tkwi cała tajemnica. Zrozumiałam to wszystko jednak dopiero wtedy, kiedy sama dla siebie powoli zaczęłam stawać się oparciem. I poczułam swoją wartość. Zawsze chyba chciałam być kimś innym, niż byłam, wydawało mi się, że jestem jakaś taka niekompatybilna ze światem, ciągle nie na miejscu. Stąd pewnie cały ten wcześniejszy bunt.

Bunt oślepia obie strony…

Dokładnie tak.

Boże, ale my się tu wymądrzamy! Czterdziestoletnie mądrale się znalazły, ratunku!

O, przepraszam. Ja to już prawie pięćdziesięcioletnia! (śmiech).

Stąd ma pani więcej złotych myśli.

(śmiech) Cieszę się, że jestem dla samej siebie jeszcze w miarę młoda i mogę rozpocząć wszystko na nowo. Chyba powoli zaczynam rozumieć ludzi, którzy mówią, że dostali drugie życie. Trochę tak się czuję. Dziś jestem w stanie zrozumieć o wiele więcej ludzkich zachowań i słów. Wcześniej tylko wydawało mi się, że słucham ludzi. Kiedyś opowiadałabym pani swoje, a to, co pani mówi, puszczałabym mimo uszu.

To odwaga się do tego przyznać. A miłość?

To zawsze było uczucie obsesyjne, szaleńcze, niezrównoważone, wypalające mnie od środka. Emocjonalnie żyłam na maksa. Nie było racjonalizowania, zero rozsądku. Byłam jedną wielką emocją, popędem. Dawałam temu upust w tym, co robię muzycznie.

No fajnie, ale czy to była miłość?

Chyba nie, choć pewności nigdy nie będę miała. Im bardziej człowiek pozbawiony jest swojej tożsamości i poczucia wartości, tym bardziej chce to znaleźć w drugiej osobie, przeprojektować wszystko na nią. W końcu ta druga osoba staje się tyczką, wokół której wijemy się jak bluszcz. A gdy jej zabraknie? Zwijamy się nagle, prosto ku ziemi. Rozejrzyjmy się – to się zdarza przecież ciągle. Ktoś nie może bez kogoś żyć, targają nim emocje, ludzie potrafią nawet zabić „z miłości”. Albo siebie, albo tę drugą osobę. Cierpią, nie śpią, nie mogą się skupić. Mnie to też nie ominęło. Życie pokazało mi, po co w pewnym momencie byłam tylko ja i ja, i ja jako matka: inaczej nie byłabym w stanie się poskładać, moja uwaga byłaby cały czas odciągana przez tę drugą osobę i wszystko rozlatywałoby się już na samym początku, o ile w ogóle potrafiłabym ten początek znaleźć. Musiałam dojść do ładu ze sobą.

Spotkałam w sobie kobietę. Nigdy nie czułam się tak kobieco jak teraz, w wieku 48 lat. Doceniam swoje atuty, które wcześniej skrzętnie ukrywałam, i nie mam tu nawet na myśli fizyczności. Bardziej chodzi o cechy charakteru, osobowość. Widzę, że mogę się podobać, że mogę być urocza. Nie muszę już nikogo udawać.

Można posunąć się do wniosku, że człowiek musi, ma obowiązek nauczyć się żyć sam i dopiero wtedy…

…może myśleć o partnerstwie. Bo partnerstwo, jak sama nazwa mówi, polega na tym, że akceptuje się tę drugą osobę w pełni, dając jej przestrzeń, a jednocześnie zachowując tożsamość. Ani się nie zmieniam pod wpływem tej osoby, ani nie chcę jej zmienić. Wiadomo, to nie jest takie proste, bo jesteśmy tylko ludźmi. Nauczenie się bycia ze sobą staje się szansą na miłość, uczucie absolutnie piękne i czyste. Na pewno jest we mnie teraz więcej spokoju, równowagi i takiego autentycznego skierowania się na drugą osobę. Wcześniej, mam wrażenie, była ona zawsze tylko moim odbiciem. Teraz wiem na pewno, że dopóki człowiek nie ma w sobie naprawdę czegoś swojego, to będzie czerpał, zaspokajał swój głód inną osobą, przelewał ją przez to swoje dziurawe sito, aż w końcu nie pozostanie nic poza syfem, który osiądzie na dnie durszlaka.

A może w relacjach, również z sobą, chodzi po prostu o dobre proporcje, jak mówi Bruce Lee.

To ładne… Zapamiętam to sobie. Myślę, że człowiek nie może się zmienić, ale może dokonać w sobie przemiany. Bo jeśli ktoś jest żywiołem wody, może stać się lodem albo parą, ale nigdy nie będzie ogniem. Wierzę w wolną wolę i determinizm, czyli w dwie rzeczy, które na pierwszy rzut oka się wykluczają. Tak naprawdę cudownie się dopełniają. Jesteśmy zdeterminowani chociażby cechami genetycznymi czy wychowaniem, ale mamy też wolną wolę, która może decydować, jak czerpać z tych zasobów. To, co Bruce Lee mówił o proporcjach, bardzo mi się podoba, bo rozwój faktycznie jest odnajdywaniem odpowiednich proporcji, żeby dobrze czuć się ze sobą i światem. Wcześniej moje proporcje były zachwiane tak potwornie, że nasiąkałam destrukcją. Widzę, że teraz się zmieniają, a przecież wciąż jestem tą samą osobą. Po prostu jedne rzeczy się wyciszyły, a te, które kiedyś były nieużywane albo mało wykorzystywane, wzięły górę. Boże, jakie to proste (śmiech)! Tylko tak żyć.

Zawsze bałam się śmierci, aż kiedyś ktoś powiedział mi jedną ważną rzecz: „lęk przed śmiercią to lęk przed życiem”. Dziś chcę żyć pełną piersią, na tyle, na ile mogę. Wszystkie moje teksty zawsze wyścielał lęk, bo ja wyściełana byłam lękiem. Nie chcę się już bać. Niektórzy mają talent do cieszenia się życiem i z tego korzystają. Bardzo zazdroszczę tej cechy. Nie wiem, czy można się tego nauczyć. Kiedyś bałam się brać to, co dawali mi ludzie, bo nie chciałam im być nic winna. Teraz bardzo chętnie przyjmuję pomoc. Czuję, jak dzięki niej wzrastam.

Czy pani się siebie wstydziła?

Myślę, że tak. Wynikało to z jakiegoś niepogodzenia ze sobą. Chciałam się widzieć silną, ale przyszedł w moim życiu czas, kiedy musiałam skonfrontować się z moimi słabościami.

Kogo, poza rodziną, zna pani najdłużej i ma kontakt do dziś?

Moje relacje z ludźmi na przestrzeni ostatnich lat bardzo się zmieniły, grono znajomych zawęziło. Fajny kontakt mam z moim przyjacielem i menedżerem Jarkiem Carrambą Drągiem. Jarek to chodząca legenda, cały w tatuażach przedstawiających czaszki. Urocze. Zaczynał jako techniczny. Zawsze dobrze mi życzył, był gdzieś obok. Ma niezwykłą umiejętność odwodzenia mnie od różnych kontrowersyjnych pomysłów. Jest też Maciek Piłatowicz, bardzo ważna dla mnie postać, bo to właśnie chyba głównie dzięki niemu kończę tę płytę. Maciek rehabilituje mnie jogą, elementami osteopatii i wzmacnia moją psyche.

Czym jest dla pani przyjaźń? Może Gonia jej panią nauczyła?

Troszczyłam się o nią, zawsze wydawało mi się, że jest słabsza, że muszę nad nią roztaczać klosz. Sprawiała wrażenie niezwykle eterycznej osoby, a ja grałam tę bardziej twardą. Teraz, kiedy dochodzę do ładu ze swoją słabą stroną i gdy przestaję się jej wstydzić, widzę, że nie ma tak, że ktoś jest silniejszy albo słabszy. Jestem silna i jestem słaba. Taka i taka. Dlatego pozwalam już się sobą opiekować, nie tworzę mitów na swój temat, że zawsze sama dam sobie radę. Spotkanie z Małgosią nie ma definicji. Jak ocenić relację z kimś, kto tyle dla mnie zrobił? Były chwile, kiedy myślałam, że to moje alter ego. Brakuje mi jej.

Czy 12 lat temu płyta też miała mieć tytuł „Renovatio”?

Nie. Miała się nazywać „Tam dokąd zmierzasz”, jak tytuł jednej z piosenek. „Renovatio” pojawił się jakieś dwa lata temu. Ma więcej siły, jest bardziej nośne. Pani się podoba?

Ma rytm i dobrze brzmi. Jest też symboliczne.

Szukałam tej symboliki. „Renovatio” traktuje o pewnego rodzaju wewnętrznej transformacji. Pozostawieniu za sobą tego, co ciąży i jest już jałowe, by zrobić miejsce dla nowych ludzi i sytuacji. Dzisiaj postrzegam się bardziej jako człowieka powracającego powoli do życia, niż jako powracającego na scenę artystę. To początek nowej mnie. Stałam się częścią wody, z którą płynę.

Bądź jak woda… – podpowiada Bruce Lee.

Takiej prawdy sobie nie odmówię (śmiech).

Edyta Bartosiewicz, rocznik ’65. Piosenkarka, gitarzystka, kompozytorka muzyki, autorka tekstów, producentka muzyczna. Sukces przyniósł jej drugi solowy album „Sen”, a pozycję na rynku ugruntowały późniejsze: „Szok’n’Show”, „Dziecko” i „Wodospady”. Wraca po 12-letniej przerwie z albumem „Renovatio” . Prywatnie – mama Aleksego.