fbpx

Podróże Anny Czartoryskiej

Podróże Anny Czartoryskiej
Fot. Rafał Maslow

Będzie o… paktowaniu z diabłem. O tym, jak boli serce na dłoni. Czy dwa mazurki mogą zastąpić dietę i czy uroda jest wartością. Pyta Beata Pawłowicz, odpowiada Anna Czartoryska, aktorka, która interesuje się wątkami demonicznymi, ale nie zgadza się na epatowanie złem ze sceny.

Twoje pierwsze spotkanie ze sobą – nie dziewczyną z arystokratycznego domu, ale osobą, która ma własne marzenia?

Proszę, tylko bez „księżniczkowania”! Nigdy nie czułam się „dziewczyną z arystokratycznego domu”. Zawsze czułam się po prostu dzieckiem mamy i taty. Kiedy pierwszy raz spotkałam siebie? Może to było w liceum, kiedy zaprzyjaźniłam się z Klarą, która miała bardzo psychologiczne, filozoficzne podejście do życia. Cały czas analizowała siebie, innych, i miała taki wpływ na mnie, że ja też zaczęłam każdy włos dzielić na czworo. Ale naprawdę poznawać siebie zaczęłam w szkole teatralnej. To było tak, jakby nagle coś, co wydawało się określone, ustalone, zaczęło rozpadać się na małe kawałeczki. Od rana do wieczora wykonywaliśmy zadania, które były oceniane. Pracowaliśmy nad sobą: od plastyki ruchu, przez zajęcia z głosu, dykcji, emisji, do zajęć z wiersza, scen dialogowych, piosenki. Spotykaliśmy się z krytyką i trudno jej było nie brać do siebie, bo dotyczyła tego, jak się wygląda, jak się porusza, jaki ma się głos, jaką wrażliwość… W angielskim jest takie słowo: self-conscious, które dobrze oddaje to, co czułam: świadomość siebie, powodującą pewne skrępowanie, onieśmielenie.

A co dla ciebie było najtrudniejsze w nauce aktorstwa?

Otwarcie się na widzów, publiczne okazywanie uczuć. To wymaga rozdrapania miejsc, które bolą. A człowiek ma taki mechanizm, że o przykrych rzeczach stara się nie myśleć, zapomnieć… Aktor wciąż musi o nich pamiętać. Na drugim roku na zajęcia z wiersza mieliśmy sami sobie wybrać utwór, który poruszałby w nas bardzo osobistą strunę. Potem trzeba było stanąć przed kolegami z roku i ten wiersz powiedzieć. No i oczywiście wszystko było źle! Prowadzący zajęcia zachęcał, żeby zamiast mówić ten wiersz na chłodno, zinterpretować go, oczywiście od serca, a więc – jak ja to mówię – pokazać kawałek serca. No więc ja na jednym paluszku taki kawałek serduszka mu pokazuję i dostaję po głowie: „Za mało! Za płasko. Otwórz się!…”. Miałam ochotę ten malutki kawałek schować i nigdy więcej nie pokazywać, ale musiałam odwrotnie – całe serducho położyć na dłoni, żeby ludzie na nie patrzyli.

Jaki to był wiersz?

Mariny Cwietajewej, tytułu nie pamiętam, ale był mroczny, demoniczny: „gdziekolwiek jesteś, ciebie dopędzę, wyboleję i przywrócę znów”. Wątki demoniczne chodziły zresztą za mną, kiedy jeszcze studiowałam muzykologię. Chciałam wtedy napisać o muzykach, którzy zawarli pakt z diabłem. Posądzano o to Paganiniego, Jimi Hendrix żartował, że tak zrobił. Najciekawsza jest historia Roberta Johnsona, który grał tak źle, że kiedy był na scenie, słuchacze rzucali w niego różnymi przedmiotami, żeby go stamtąd przegonić. Potem na kilka lat zniknął, a gdy powrócił, był prawdziwym wirtuozem i twierdził, że o północy diabeł stroił mu gitarę na rozstaju dróg. Kiedy więc na drugim roku prof. Rogacki zadał nam temat: „Marzenia człowieka faustycznego”, napisałam o tych muzykach, a profesor zachęcił mnie, żebym tematem swojej pracy magisterskiej uczyniła: „Aktorstwo jako pakt z diabłem”.

Brzmi prawie jak tytuł horroru – marzenia faustyczne. Co mają wspólnego z aktorami?

Są trzy rodzaje tych marzeń. Pierwsze, przyziemne i materialne, to marzenia o sławie, bogactwie, młodości i pięknie. Drugie – o magicznych sztuczkach – podróżach w czasie, o tym, by stać się kimś innym. Trzecie – kreacyjne, bluźniercze wobec Boga – o tworzeniu nowych światów. A przecież to wszystko są marzenia aktorów!

Stać się sławnym i bogatym, podróżować w czasie, wcielając się w historyczne postaci, mieć kilka życiorysów, nie musieć decydować się na jedno życie. Ha! Mieć ich cały wachlarz! Aktorzy przekraczają wielokrotnie granice między dobrem i złem, grając czarne charaktery, i nie są za to rozliczani, nie trafiają do więzienia ani do piekła, choć dopuszczają się na scenie czy przed kamerą strasznych rzeczy…

Nie idą do więzienia, ale za to kroczą po czerwonym dywanie po Oskary…

No właśnie! Mnie strasznie wkurza to, że Heathowi Ledgerowi przyznano Oskara za rolę Jokera w „Mrocznym rycerzu”, a więc człowieka na wskroś złego, bez nadziei na poprawę. Czy to nie jest wyraz naszej chorej fascynacji złem? Bądźmy szczerzy – w tym filmie to Joker wygrywa z Batmanem ostateczną walkę, mimo że zostaje pokonany. Bo to on zostaje nam w pamięci. Ale to nie jest wyjątkowa sytuacja. A Javier Bardem grający w „To nie jest kraj dla starych ludzi”? Lubimy go właśnie za to, że jest zły, on nas fascynuje złem…

Rozumiem jednak, że to pokusa dla aktora, zagrać czarny charakter tak, by widz był za nim, by dostać Oskara. Kiedy na drugim roku miałam zajęcia ze scen dialogowych na podstawie „Heddy Gabler” Ibsena, sama poczułam, że granie bohaterki, która jest wredna, wyniosła i złośliwa, jest w pewien sposób oczyszczające. Wcielając się w nią, pozwalałam sobie na więcej, a to, że ona miała swoje grzeszki, tylko „dodawało jej koloru”… Grając złych ludzi, można dać upust wszystkim negatywnym emocjom. Mało kto, poza aktorami, ma takie ujście dla temperamentu, a przecież każdy z nas czasem się irytuje, wpada w złość, musi coś wykrzyczeć…

I jedna Anna pójdzie do nieba, a jedna do piekła? Czyżbyś miała poczucie winy, że wybrałaś taki zawód?

Jeden z moich profesorów opowiadał nam, że kiedy miał zagrać złego człowieka, spytał o radę księdza. Usłyszał od niego, by zagrał tę postać tak, żeby widz ją potępił. To, że życie bohatera na scenie może być dla innych przestrogą, trochę usprawiedliwia aktorów. Nie wiem, jak będzie ze mną, ale mam świadomość, że są różne niebezpieczeństwa w tym zawodzie, na przykład jeśli uwierzymy we własną wielkość, pochłonie nas pycha. Dlatego staram się zachować dystans.

Kiedy czasem rozmawiam z moją kuzynką, która jest lekarzem pediatrą, gdy wraca właśnie z 24-godzinnego dyżuru w szpitalu dla dzieci, to wiem, że to ją powinno się przedstawiać jako osobę godną podziwu, przykład dla innych. Nie mnie. Mam świadomość, że wybrałam ten zawód z egoistycznych pobudek…

To dlaczego nie zostałaś na przykład ambasadorką, jak twój ojciec?

Nigdy nie czułam powołania do polityki czy dyplomacji. Na szczęście rodzice dali mi pełen luz w wyborze zawodu. Tata się trochę niepokoił, więc przez cały czas trwania studiów starałam się mu udowodnić, że traktuję ten zawód poważnie, że chcę do niego podchodzić intelektualnie. I myślę, że tata jest ze mnie dumny. Ogląda wszystko, co robię. Mam nadzieję, że nigdy nie zawiodłam oczekiwań moich rodziców. Zawsze byłam raczej grzeczna, więc oni mi ufali i dzięki temu miałam więcej wolności niż moje koleżanki. Mogłam na przykład dłużej zostawać na imprezie, bo zawsze wracałam o umówionej godzinie. Dobrze się uczyłam, uprawiałam sporty, zdałam na studia. Wydaje mi się też, że nigdy nie postawiłam rodziców przed jakąś ciężką próbą…

Żadnych skandali, rozbieranych scen…?

…żadnych narkotyków, ucieczek z domu. Wybrałam zawód, który lubię, bo gdzieś usłyszałam, że wtedy całe życie ma się poczucie, jakby się nie przepracowało ani jednego dnia. Teraz wiem, że to nie jest do końca prawda. Pracuję bardzo intensywnie, ale lubię to, co robię, i widzę w tym sens.

Czasem aktor ma okazję głęboko poruszyć widzów, stać się przekaźnikiem ważnej idei, historii. Film „Przebudzenia” z Robertem De Niro jest na to dowodem. Powstaje też coraz więcej ważnych seriali, na przykład „Głęboka woda” o pracownikach opieki społecznej, którzy – choć sami mają własne problemy, – starają się pomagać innym. Fajnie jest, gdy dzięki aktorstwu służymy nie tylko sobie, ale też jakiejś sprawie.

Moje „Szpilki na Giewoncie” to bardziej rozrywkowa produkcja, ale wyróżnia ją oryginalny pomysł i dobre aktorstwo. Rola Xenii daje mi też możliwość wykorzystania całego mojego warsztatu, gram tam właścicielkę klubu i piosenkarkę. Mogę więc śpiewać! Cieszę się, bo uważam, że muzyka będzie kolejnym atutem tego serialu. Wierzę też, że muzyka jest bardzo potrzebna, wiele razy widziałam, jak ludzie garną się do muzyki… Nie zgadzam się natomiast na puste epatowanie złem w kinie. Odmówiłam kilka razy udziału w projektach, które mnie zniesmaczały, gdzie demonstrowanie przemocy nie służyło żadnej idei, a śmierć czy perwersja istniały wyłącznie dla rozrywki.

Nie boisz się odmawiać? Dla aktorek czas płynie szybciej niż dla aktorów.

Kolejna myśl, którą wzięłam sobie do serca, to że w tym zawodzie liczą się te role, których nie zagramy, a nie te, które zagramy. Marzę o tym, by zagrać w mądrym filmie i jestem gotowa na to poczekać. Na szczęście takich filmów jest w Polsce coraz więcej. „Róża” Smarzowskiego jest na przykład bardzo mocnym, pełnym przemocy filmem, ale porusza i skłania do refleksji. I takie filmy warto robić. A lęk… Pojawia się oczywiście, gdy nie ma pracy. Wtedy w aktorze rodzi się pokusa, by zgodzić się już na mniej ambitną rolę. Boimy się, że o nas zapomną, że się obrażą, że zaraz będzie za późno… Ale ja coraz mniej się boję, bo widzę, że moje marzenia się spełniają, chociaż na niektóre muszę czasem trochę dłużej poczekać. Poza tym wierzę, że zamiast godzić się na byle co, warto samemu sobie znaleźć zajęcie…

Na przykład monodram „Morfina”, czyli opowieść o żonie Michaiła Bułhakowa, Jelenie?

To na razie moje największe osiągnięcie. Pracując nad nim, uświadomiłam sobie, na jakim etapie jestem jako aktorka. Zdałam sobie sprawę, że ja na ten spektakl pracowałam 10 lat! Na to, co i jak tam gram, składa się i moja nauka w szkole muzycznej, i lekcje baletu, tańca nowoczesnego, na które chodziłam jako dziewczynka, i szkoła teatralna, i wszystko, co w tym czasie się wydarzyło w moim życiu… Praca nad tym spektaklem, opowiadającym o wielkiej miłości, spełnieniu, tęsknocie i bólu po śmierci ukochanej osoby, wiele mnie nauczyła, to było dla mnie bardzo intensywnie doświadczenie, i ludzkie, i aktorskie…

Jelena to silna osoba, która wie, czego chce. Dla miłości do autora „Mistrza i Małgorzaty” zostawiła męża i dzieci. Czy czujesz się taką kobietą?

Staram się trzymać dyscyplinę wobec samej siebie. Może kiedyś, dla żartu, zagrałabym rozmemłaną kobietkę, która ma dwie lewe ręce i z niczym sobie nie radzi. Ale myślę, że sama jestem raczej konkretna. Staram się podejmować decyzje sprawnie i odpowiedzialnie. W pracy zrobić swoje i iść do domu, nie przesiadywać w bufecie i nie pić kolejnej kawy. Pragnę się rozwijać i trzymać pewnych rzeczy, które dają mi poczucie bezpieczeństwa, nie polegać na swojej urodzie czy zainteresowaniu mediów, bo wiem, że jedno i drugie minie. Wartością jest moje wykształcenie, umiejętności, wiedza.

Tematem tego numeru „Sensu” jest dbanie o siebie poprzez mądre jedzenie…

Codziennie staram się być dla siebie dobra. Ja się od rana do wieczora rozpieszczam, bardzo często sobie folguję, mimo tej dyscypliny. Na przykład wstaję i mówię sobie: „Dzisiaj zjem pyszne śniadanie”. I zaczynam dzień od owsianki. Wrzucam do niej orzechy, migdały, żurawinę, miód, banany albo robię jajecznicę z masą dodatków, a najchętniej z pomidorami. Potem idę do pracy, którą lubię. Myślę, że tyle jesteśmy sobie winni, żeby spędzić życie tak, by było w nim dobrze
i nam samym, i innym. I nie ma w tym nic złego, mamy przecież tylko to jedno życie.

Nie jesteś na diecie, skąd więc masz taką idealną figurę?

To chyba kwestia genów. Mój brat, podobnie jak ja, jest wysoki i szczupły jak szczypiorek. A oboje uwielbiamy dobrze zjeść! Dzisiaj, mimo że wszyscy mamy większą świadomość tego, co jest zdrowe, a co nie, mamy dostęp do produktów „bio” i „light”, brakuje nam czasu, żeby dobrze się odżywiać. Pozwalamy, by wszystkie dobre efekty naszych starań pożarł stres. Ja staram się po prostu nie dokładać sobie toksyn i nie jem fast foodów, nie piję gazowanych napojów…

Dieta? Nie ma mowy! Na święta na przykład zawsze piekę mazurki: najpierw przygotowuję kruche ciasto (przepis znajduję w internecie), a potem, kiedy ono czeka w lodówce, smażę marmoladę, długo, aż cała woda odparuje. Najlepsza jest pomarańczowa. Wlewa się ją potem na mazurek i ona po chwili zaczyna zastygać. Drugi mazurek robię z kajmakiem. Czasem, zamiast samej przyrządzać masę, rozpuszczam krówki. Mam wtedy 100 proc. gwarancji, że się uda…

W domu zawsze mieliśmy polskie święta, nawet gdy mieszkaliśmy za granicą. Malowaliśmy pisanki i chodziliśmy w Hadze albo Rotterdamie do polskiego kościoła. W naszym domu jest też zawsze śmigus-dyngus. Są jednak określone zasady: wolno oblewać się wodą tylko w małych ilościach i tylko wtedy, kiedy jeszcze jesteśmy w piżamach…

A co robisz w wolnym czasie? Jak odpoczywasz?

Obiecałam sobie, kiedy skończą się zdjęcia do „Szpilek na Giewoncie”, przez tydzień nie będę wychodzić z domu! Czeka na mnie cała sterta zaległości książkowych i filmowych do nadrobienia. Potem pewnie pójdę na zakupy, kupię sobie „w nagrodę” coś ładnego, wybiorę się na masaż tajski, może zacznę znowu uprawiać nordic walking…? Lubię też odpoczywać aktywnie, na przykład biegać nad Wisłą, tam jest najfajniej. No i na pewno oddam rower do przeglądu…. Potem pewnie zacznę już myśleć o pracy, o dalszym etapie mojej, nie tylko zawodowej, podróży.

Anna Czartoryska, aktorka teatralna i telewizyjna, także wokalistka. Urodzona w 1984 roku w Warszawie. Studiowała muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim, ukończyła Akademię Teatralną w Warszawie. Debiutowała na scenie stołecznego Teatru Współczesnego. Szerszej publiczności jest znana z ról serialowych: Xenii w „Szpilkach na Giewoncie” oraz Pauli w „Domu nad rozlewiskiem”. Współpracuje też z Teatrem Roma, gdzie m.in. zagrała w monodramie „Morfina”. W maju ukaże się płyta z piosenkami z tego spektaklu.

?>