fbpx

Wywiad z Edytą Jungowską – Sukces w rozmiarze XXL

Sukces_w_rozm_XXL
Instytut Wydawniczy Latarnik

Raz za gruba, raz za chuda, nigdy w sam raz – wywiad z Edytą Jungowską.

Sukces_w_rozm_XXL
Instytut Wydawniczy Latarnik

Uchodzi Pani za aktorkę charakterystyczną. I, choć na ekranie wydaje się Pani pełna, w rzeczywistości jest pani szczupła… Kamera dodaje kilogramów?

Zawsze! I tylko dziewczyny, które są naprawdę chude – wydają się na ekranie w sam raz. Tymczasem na żywo widzimy chudzielca! Czasem jest też tak, że typ budowy: szyja, buzia, duże piersi sprawia wrażenie, że dana osoba jest okrąglejsza. Ja zawsze miałam okrągłą buzię, dlatego w filmach grałam postaci charakterystyczne. Kiedy debiutowałam w telewizji w „Amadeuszu” naprawdę wydawałam się sobie okrągła. Patrzyłam wtedy w kamerę i myślałam: „Mam twarz jak naleśnik!””. A buzi się nie da odchudzić, niestety. Na szczęście okazało się, że są tacy, którym to nie przeszkadza. Smakoszy naleśników, było nawet dość sporo i był taki moment, że zaczęłam dostawać bardzo dużo propozycji. Moja uroda stała się moim atutem.

Grała Pani amantki.

Grałam różne role. Także amantek. Ale głównie brzydkie kaczątka. Jak na przykład w bajce dla dzieci „Czupurek”. Główna bohaterka nazywała się Przybłęda. I słabo by było, gdyby główna bohaterka była okrągłą kuleczką. Jednak ja na scenie wyglądam drobno, ponieważ jestem mała. Była to urocza bajka z pięknymi kostiumami Waldka Zawodzińskiego. Graliśmy ten spektakl w naturalnej scenerii w Łazienkach Królewskich, w Teatrze na Wyspie. Nie przeszkadzał nam nawet deszcz, chroniły nas wtedy przed nim… parasole. Po prostu braliśmy do łapy parasole i graliśmy dalej. Rolę Przybłędy grałam bardzo długo i bardzo ją polubiłam, więc kiedy kilka lat po odejściu z Teatru Nowego, poproszono mnie, żebym zagrała ją gościnnie – chętnie się zgodziłam. Co ważne, w tym czasie udało mi się nieco schudnąć i byłam z tego bardzo dumna. Założyłam kostium Przybłędy i… wisiał na mnie. Kiedy zobaczył to Hanuszkiewicz, powiedział: „Edyta, nie trzymasz wagi, schudłaś”.

A potem nadeszła era seriali.

A z nimi moment integracji i spokoju. Pomyślałam sobie, że chudsza już nie będę, a Bożenka taka może sobie być. Wiele jest takich kobiet w Polsce i wiele z nich zaczęło się ze mną utożsamiać. Że nie są takie piękne. Że są zwyczajne. Mówiono o mnie, że taka dziewczyna z sąsiedztwa. I wtedy zaczął się szereg różnych historii, podczas których rozpoznawano mnie w sklepach. Np. weszłam kiedyś do apteki, a farmaceutka mówi do mnie: „Ale pani jest chuda. I jak pani pięknie wygląda, dużo lepiej niż na ekranie. Niedawno był u mnie pan Wilczak. On wręcz odwrotnie – super na ekranie, na żywo fatalnie”.

Poczuła się Pani dobrze we własnej skórze?

W okolicach czterdziestki najlepiej, czyli gdy zaczął się wiek pobalzacowski, kiedy to niby jesz tyle samo, co wcześniej, ale przybywa ci kilogramów.

Od samego patrzenia…

Mniej się ruszamy, trochę więcej jeździmy samochodem… W okolicach czterdziestki zaczęłam dużo pracować w radio z Rafałem Bryndalem – a on jest najlepszym dowodem na to, że zewnętrzna nasza powłoka ma niewiele wspólnego z dobrym samopoczuciem. Dobraliśmy się jak w korcu maku – on krępy, niski, powiedzmy sobie szczerze nie do końca tym amanta – i ja w skrócie ujmując taki Bryndal w spódnicy. Ale nikt nie był w stanie nas pokonać na imprezach Radia Zet. Bryndal świetnie tańczy, o czym mogliśmy się przekonać oglądając go w „Tańcu z Gwiazdami”, ja też nienajgorzej radzę sobie na parkiecie. Nasze taneczne improwizacje zawsze wzbudzały sensację. Dwa wijące się pulpeciki.

I tak, po wielu rolach dubbingowych, wzięła Pani sprawy w swoje ręce…

I założyłam własne wydawnictwo. Zaczęłam czytać powieści Astrid Lindgren i wydawać je w formie audiobooków. Pierwsza jest historia Pippi Pończoszanki, którą czytam przez dziewięć godzin! Powstały piękne książki z fantastycznymi rysunkami i z bajeczna muzyką. Bardzo starałam się oddać swoim głosem charakter Pippi, szalonej dziewczynki, która wszystko może. Aż trudno uwierzyć, że ta książka była napisana w latach czterdziestych dwudziestego wieku. I początkowo nikt nie chciał jej wydać. Uznano, że demoralizuje dzieci i namawia do ich złego wychowania, a samą Astrid uważano za literackie beztalencie. Tymczasem po pięćdziesięciu latach okazało się, że jest to podręcznik bezstresowego wychowania dziecka. I że Astrid Lindgren wyprzedziła swoja epokę, budując taką postać. Więc zaczęło się od Pippi, a potem przyszły inne książki mojej ulubionej autorki z dzieciństwa. „Dzieci z Bullerbyn”, „Bracia Lwie Serce”. „Emil ze Smalandii”. Najtrudniej było zagrać Karlssona z Dachu – grubego chłopczyka, który mimo swojej tuszy nie ma żadnych kompleksów. Jednak warto było, bo choć w Szwecji postać jest tak samo popularna jak Pippi, u nas jest mniej znana. Karlsson uwielbia siebie, jest sobą zachwycony. Nie ma ze swoja tuszą najmniejszego problemu. Wręcz przeciwnie, uważa, że skoro jest gruby – wszyscy powinni dawać mu dodatkowe porcje ciasteczek, piec specjalnie dla niego torty, żąda smakołyków i jest oburzony, jeżeli ktokolwiek zabrania mu jeść. Wszystkie swoje wady przekuwa w zalety!

Czyli jaką „siebie” Pani woli – grubą czy chudą?

Staram się czerpać siłę i satysfakcję z tego, co robię, a nie jak wyglądam. Walczę z nieetycznymi zachowaniami, albo „wymiksowuję” się z toksycznych sytuacji. Przecież w ostateczny rozrachunku chodzi o to, żeby móc bez wstydu spojrzeć na siebie w lustrze. Na grubą czy chudą nieważne.

Wywiad pochodzi z książki z „Sukces w rozmiarze XXL” Małgorzaty Szcześniak, wydanej przez Instytut Wydawniczy Latarnik, www.latarnik.com.pl.