fbpx

Tommy Lee Jones: aktor w pewnym wieku

Tommy Lee Jones: aktor w pewnym wieku
Fotochannels

Tommy Lee Jones przechodzi kryzys? W małżeństwie i tylko na ekranie.
W „Dwoje do poprawki”, filmie ciepło wyśmiewającym to, czego boją się
chyba wszyscy, którzy wchodzą w trwałe związki.

Tommy Lee Jones: aktor w pewnym wieku
Fotochannels

Prawdę mówiąc, jestem zaskoczona. Jak to możliwe, że po raz pierwszy zagrał pan w parze z Meryl Streep? Macie podobny zawodowy życiorys, jesteście z tego samego pokolenia i nigdy nie spotkaliście się na planie?

Sam nie wiem, jak to się stało, ale się stało. I proszę mi wierzyć, że było mi z tego powodu niewymownie przykro [śmiech]. W dużej mierze przyjąłem tę rolę właśnie dla Meryl. Dostałem scenariusz filmu, bardzo dobry, z biglem, ale chciałem się nad nim pochylić – jestem raczej skrupulatny, jeśli chodzi o scenariusze. Jednak jak tylko usłyszałem, kto zagra moją żonę Kay, wahałem się dokładnie dwie, maksymalnie trzy sekundy.

Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądały wasze próby. W filmie sprawiacie wrażenie, jakbyście rzeczywiście przeżyli razem całe lata. Także w tych najodważniejszych scenach.

Było sporo czytanych prób. Przynajmniej jedna przed każdą sceną, tak żeby reżyser miał jeszcze czas na wniesienie swoich poprawek. Jeśli rzeczywiście były jakieś zmiany, próbowaliśmy jeszcze raz poprawioną wersję. To także ważny moment dla dźwiękowców i operatora, którzy muszą wiedzieć, co za chwilę będą rejestrować. Tak to wygląda od strony technicznej. Próbowaliśmy z Meryl jedną scenę średnio trzy razy, to wystarczyło, żeby nauczyć się wszystkiego na pamięć. Dlatego kręciliśmy wszystko praktycznie od ręki, prawie bez powtórek. Dzięki temu wszystkim nam było łatwiej.

O filmie „Dwoje do poprawki” czytaj TUTAJ. Zobacz też galerię zdjęć z filmu.

Powtórki, czytane próby – zostaje niewiele miejsca na improwizację…

Zdaje się, że zwraca się pani do nieodpowiedniego człowieka. Ja nie lubię improwizacji, nie cierpię grać bez scenariusza i konkretnych wytycznych ze strony reżysera. Wyrobiłem sobie pewien warsztat i takie metody są nie dla mnie. Jestem przeciwko chaosowi na planie, ja się w takich warunkach nie sprawdzam, tylko się nimi stresuję. Nie chcę, żeby myślała pani, że grając w filmach, jestem rutyniarzem, że spełniam jakiś przykry obowiązek. Film „Dwoje do poprawki” jest chwilami bardzo śmieszny i tak samo śmiesznie było na planie. Wspomniała pani o odważnych scenach, zapewniam, że cieszyłem się na nie jak dziecko. Trochę, oczywiście, sobie z Meryl pofolgowaliśmy za obopólnym przyzwoleniem, co nie ukrywam, było niezwykle miłe.

A wstyd przed kamerą? Trzeba go przełamać?

Nie ma mowy o wstydzie. To tak, jakby doświadczony urzędnik krępował się siedzieć za biurkiem. W końcu płacą nam za to, że jesteśmy profesjonalistami, a profesjonaliści nie mają tremy. Po tylu latach w tym biznesie byłoby dziwne, gdybym nadal ją miał. Zresztą ja w ogóle nie należę raczej do wstydliwych.

Chodziło mi też o łamanie stereotypów. W kinie pokazuje się sceny seksu między dwudziestoparolatkami, seks 40-latków to zdaje się górna granica, za którą filmowcy rzadko się zapuszczają.

No właśnie, jestem strasznie ciekawy, jak film zostanie przyjęty przez młodych ludzi. Bo co do tego, że odbiorcy mniej więcej w moim wieku znajdą w „Dwoje do poprawki” coś dla siebie, że będą mieli odpowiedni dystans do pewnych wątków, nie mam wątpliwości. Ale co z resztą widzów? Kiedy gram w „Facetach w czerni”, to wiadomo, w jaki przedział wiekowy celuję. W tym wypadku producenci zakładają raczej dojrzalszą publiczność. A ja się z tym nie zgadzam. Realia rynku są dziś takie, że bez względu na repertuar gramy teraz w filmach przede wszystkim dla młodszej widowni, pełnej niecierpliwej wyobraźni, ze świeżym spojrzeniem na różne sprawy.

Zagrał pan Arnolda, męża z 30-letnim stażem. Nudnego, niewiele dającego z siebie w związku. Lubi pan swojego bohatera?

Arnold został przyłapany na gorącym uczynku. Nie na zdradzie, tylko na potwornej rutynie, której podporządkował swoje życie. Ani się spostrzegł, kiedy przysnął. Zasnął w związku, kompletnie stracił czujność i przestał dostrzegać obok siebie kobietę, którą kiedyś kochał nad życie. Arnoldowi jest w tym układzie wygodnie. Wydaje się nawet z siebie zadowolony. Wjechał na boczny tor, nie musi podejmować żadnych wyzwań. Ogląda rozgrywki golfa w telewizji, czyta magazyny o tej tematyce, ale szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek miał kij golfowy w ręku, a nawet jeśli, jest pewnie beznadziejnym golfistą. Mimo to zgrywa znawcę. Tę samą grę pozorów prowadzi w życiu. Codziennie idzie do pracy, wraca, ogląda telewizję, zasypia. Widzę to wokół siebie, widzę ludzi, którzy temu ulegają. Terapia, może nie tak wstrząsowa jak w naszym filmie, to często ostatnia deska ratunku i dla ich związków, i dla nich samych.

To żona stawia tutaj ultimatum, ona chce coś wreszcie między nimi zmienić. Myśli pan, że mężczyznom mniej zależy?

Mężczyźni chyba częściej niż kobiety poddają się w pewnych sytuacjach, nie chcą sobie zaprzątać głowy problemami. Wolą udawać, że ich nie ma. To także sprawa tradycyjnego podziału ról w rodzinie. Ludzie oczekują, że kobieta zajmie się domem, że to ona będzie odpowiedzialna za to, co się w nim dzieje, mąż powinien zadbać o to, co poza nim: pracować, utrzymywać rodzinę. Małżonkowie, nawet jeśli się przeciwko takiemu podziałowi buntują, i tak prędzej czy później mu się w pewien sposób poddają, aż kompletnie przestają się nad tym zastanawiać. Funkcjonują jak na automatycznym pilocie, przestają podejmować autonomiczne decyzje. Kobiety mają tendencję do walki. Im łatwiej się jest obudzić z letargu. Mąż, którego gram, ma po prostu w życiu swój sprawdzony, bezpieczny rytm, którego nie chce niczym zakłócić. Ma na oczach klapki, które nie pozwalają dostrzec rzeczy, jakie widziało się wcześniej. Nie znaczy to, że Arnold nie ma potrzeby intymności, miłości, tylko nie bardzo zdaje sobie sprawę, że gdyby zadbał o tę sferę, sam poczułby się lepiej. To jak z wodą do picia. Niektórzy piją ją cały czas, ponieważ uważają, że jest dla nich dobra. A inni dopiero, kiedy umierają z pragnienia. A przecież każdy człowiek potrzebuje wody.

Nie bał się pan, że ktoś może uznać, że gra pan trochę samego siebie?

Dziennikarze często popełniają ten błąd. Jestem aktorem w pewnym wieku, to daje mi przewagę, bo wiele już widziałem. Podpatruję, kogo się da, kradnę od innych gesty, sposób mówienia, ale też nie kopiuję jeden do jednego. Każda z moich ról przypomina konstrukcję z klocków Lego – część elementów pochodzi ode mnie, a część z innych kompletów. Nigdy nie byłem prawdziwym policjantem, kowbojem, mordercą, więc dlaczego miałbym być oschłym mężem? Do naszej pracy przywiązuje się zbyt wiele znaczeń. Nie jesteśmy inżynierami ludzkich umysłów, dostarczamy widowni rozrywki, a jednak ludzie cały czas starają się nakłonić mnie, żebym przyznał, że moje życie i ja sam przypominam postacie, które gram. Zapewniam, nie traktuję pracy jak terapii. Pani jest dziennikarką, a ja aktorem – każdy z nas wykonuje swoją pracę. Tylko proszę tak na mnie nie patrzeć. No dobrze, odpowiem krótko: nie mam takich problemów jak Arnold. Ale nie chciałbym, żeby nasza rozmowa szła w tym kierunku.

W porządku. W takim razie zapytam o aktorstwo. Czuje się pan spełniony zawodowo?

Nie. Zupełnie nie mam poczucia, że osiągnąłem wszystko, co sobie zaplanowałem. Mam zamiar wyreżyserować jeszcze kilka filmów, zagrać w kolejnych, a jeszcze do innych napisać scenariusz. Z naciskiem na reżyserię, choć to nie znaczy, że nie kocham aktorstwa – nie przestanę być aktorem tak długo, jak żyję. Ale tak się porobiło, że każdy film oglądam teraz pod kątem tego, jak został zrealizowany, jak poprowadzony. Uwielbiam Olivera Stone’a, Clinta Eastwooda, oni mnie inspirują. Tak jak dziesiątki innych. Chłonę każdą produkcję, która mi się podoba, ale też te, w których widzę błędy. Staram się ich potem unikać, kiedy sam pracuję na planie.

Jakim kluczem dobiera pan dla siebie scenariusze?

Nie zajmuję się niczym, co mnie nie bawi i co nie sprawia mi przyjemności. Przez te wszystkie lata zagrałem w kilku kiepskich filmach, ale i tak świetnie się przy nich bawiłem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze