Wojciech Zieliński: Najważniejsza rola

Wojciech Zieliński
Fot. Tatiana Jachyra/Forum

Dlaczego w szpitalu czuje się jak w domu, do jakich zbrodni w afekcie się
przyznaje i czy jego sny (nie tylko o aktorstwie) się spełniają. Pyta Hania Halek, opowiada Wojciech Zieliński.

Długo „wychodzisz” z postaci?

Kiedyś bardzo długo dochodziłem do siebie. Przychodziłem już dwie godziny przed spektaklem i rozgrzewałem się, by wejść w postać. Grałem bardzo emocjonalnie, prułem się totalnie, wszystko przepuszczałem przez bebechy. A po spektaklu? Musiałem „walnąć” sobie pięćdziesiątkę, żeby się uspokoić. Gdy poszedłem kiedyś na spotkanie z młodzieżą tuż po zagraniu „Gezy-dzieciaka” Jánosa Háya, mojego dyplomu, usłyszałem: „On jest dokładnie taki sam jak ten autystyczny chłopak ze spektaklu”. Wtedy odkryłem w sobie coś, o czym wcześniej nie miałem pojęcia. Dlatego właśnie uprawiam ten zawód – mogę pobyć przez chwilę kimś innym, niż jestem, albo raczej mogę stawać się tym nieznanym jeszcze mną. Ludzie często nie wiedzą o sobie wielu rzeczy i bywa, że przez całe życie czegoś się o sobie po prostu nie dowiadują. Bo tak naprawdę to okoliczności czynią z nas bohaterów albo tchórzy, mięczaków albo twardzieli. A aktor ma możliwość dotykania tych różnych ekstremalnych cech i egzystencjalnych stanów, ponieważ rola go do tego motywuje. To niewątpliwa wartość tego zawodu, z czego, przyznam, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy.

A co myślałeś? Jak wyobrażałeś sobie życie artysty?

Że będą fajne panienki, szybkie samochody i dobra zabawa (śmiech). No, naprawdę. Jednak po dwóch latach w szkole, nawet nie tyle zrozumiałem, co raczej poczułem, że w tym wszystkim w ogóle o coś innego chodzi. Szczególnie na deskach teatru, gdzie grając przez dwie godziny, wchodzisz w rodzaj transu i dotykasz siebie w środku wyjątkowo mocno. W filmie jest inaczej, to na ogół krótkie, przerywane sceny pełne rzemiosła. Natomiast na ekranie jest o tyle fajniej, że ilekroć przygotowywałem się do roli, poznawałem bardzo interesujących ludzi, np. kryminalistów czy chorych na autyzm. Dzięki serialowi „Lekarze” na przykład asystowałem przy prawdziwej operacji, trzymałem haki, napinałem ludzką skórę. Lekarz zapytał mnie tylko, czy będę wymiotował, po czym przedstawił mnie grupie lekarzy przed amputacją nogi jako pana doktora. Dałem plamę, bo źle założyłem fartuch i nie potrafiłem umyć się prawidłowo przed zabiegiem… Potem on wręczył mi haki i mówi: „tutaj pan potrzyma, nie, nie, jedną ręką, bo drugą będzie pan trzymał drugi hak”, wziął kobiecą nogę i ciął ją piłą chirurgiczną, w międzyczasie dyskutując o wakacjach, a ja trzymałem tę nogę, która trochę się majtała… Na koniec dostałem nożyczki i przyciąłem nici po szwie.