fbpx

Wywiad z Kazikiem Staszewskim – rozmowa o miłości

wywiad z Kazikiem Staszewskim
fot. Darek Golik/FORUM

Zaczyna się od niebanalnego wyznania, a potem? Ślub, dzieci, wnuki…
Kazik Staszewski zdradza Hance Halek, co jest gotów zrobić, gdy kocha

Lubisz komplementy?

Wiem, że prawienie komplementów wynika czasami nawet nie z chęci podlizania się, tylko ze szczerych, pozytywnych emocji, ale ja i tak nie wiem, jak się zachować. Może to rodzaj wstydu, może chwilowej niskiej samooceny…? A poza tym, niestety, czasem podejrzewam ludzi o brak szczerości. Czuję się w takiej sytuacji zagubiony i niepewny. Bo jeżeli ktoś ci mówi, że jakąś fajną rzecz zrobiłeś, to co na to odpowiedzieć? Że bardzo mi miło?

Jakieś 20 lat temu, pod lekkim, a właściwie mocnym, wpływem „chwili” wyznałam ci miłość w Toruniu. Pamiętasz, co odpowiedziałeś?

Ciekawe…

Powiedziałeś: „Ach tak…”.

A co miałem odpowiedzieć? Wtedy już byłem zajęty (śmiech).

Wiem, ale wtedy nie pamiętałam o tym, że to nie wypada, bo masz żonę, więc po latach się tłumaczę… A jaka jest najpiękniejsza, najszczersza rzecz, jaką zostałeś przez życie obdarzony?

Tak od razu przychodzą mi do głowy dwie rzeczy. Obydwie mają związek z moją obecną, a wtedy jeszcze przyszłą, żoną. Była taka dziwna sytuacja, dawno temu, że myśmy się już znali, ale jeszcze bardzo słabo, trwało to przez rok czy trochę więcej. Ja jestem dosyć nieśmiały względem płci przeciwnej, więc to ona bardziej wykazywała inicjatywę, a ja jednak i tak nie wiedziałem, czy ona sobie nie robi ze mnie przypadkiem jaj. Generalnie sytuacja była z takich, jak ktoś kiedyś ładnie powiedział że człowiek nie wie, czy ma się zesrać, czy przez okno wyskoczyć. Ale w pewnym momencie zdobyłem się na odwagę i pojechałem z Warszawy do Torunia. Do niej.

Wysiadłeś na Dworcu Głównym i wsiadłeś w autobus numer 22?

Nie, bo ona mieszkała na Poznańskiej i nie trzeba było jechać przez most. Żeby wyjść z dworca, człowiek był jednak zmuszony zrobić kółko, więc wybrałem drogę na skróty i złamałem wszystkie przepisy, przechodząc przez tory i płot. Ale mi się przecież bardzo spieszyło. Na miejscu okazało się, że się minęliśmy. Ania była właśnie z bratem w Warszawie i też pojechała do mnie. Trochę słabo, bo ja za chwilę miałem jechać na narty do Zakopanego, czyli zapowiadało się, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni do naszego spotkania raczej nie dojdzie.

I wtem…?

Dostałem od niej list. Wynikało z niego, że to nie były żadne jaja, że ona zakochała się we mnie, jak to się mówi, od pierwszego wejrzenia i… to było piękne. Bo to była pierwsza dziewczyna, która tak mnie potraktowała. Nie było w tym liście żadnych „kocham cię”, była poezja pisana prozą. W tym momencie, wiedząc już, że ona mnie kocha, też ją jak najszybciej pokochałem (śmiech). A potem sprawy potoczyły się już szybko. Po powrocie z Zakopanego zacząłem odwiedzać Toruń 3–4 razy w tygodniu, na noc wracając do Warszawy, bo rodzice Ani bali się o córkę i nie mogłem u niej nocować.

Długo po tym, jak zostaliśmy mężem i żoną, dostałem jeszcze jeden list od Ani, długi na pięć kartek. I to też była mało określona, ale dla mnie bardzo czytelna, deklaracja miłości, dojrzałej historii naszego związku – zawieszona gdzieś w górach. Że my sobie po nich idziemy, że czasem mamy odmienne zdania na temat tego, jak pokonać jakiś pagórek, ale jednak najważniejsze jest i tak to towarzyszenie sobie i cały proces tworzenia się z dwóch połówek jedności, która się razem wspina. Te dwa listy to najpiękniejsze rzeczy, jakie dostałem w całym życiu. Poza tym wygenerowaliśmy z żoną dwóch ukochanych synów, którzy dali nam wspaniałe wnuczki. W sumie trudno powiedzieć, że dali, ale traktuję to też jako nasz współudział w coraz większej wspólnocie, jaką tworzymy.

Jak to możliwe, że trasy koncertowe i groupies nigdy cię nie zwiodły na manowce? Jak ty się uchowałeś?

Zwyczajnie. Nawet platonicznie nie zakochiwałem się w innych kobietach. Jasne, że jako facetowi podobają mi się pewne dziewczęta, ale to wszystko.

Jakie?

Słuchaj, na przykład Agnieszka Grochowska. Jeszcze… Anna Dereszyńska, ładna jest… Nie, chyba Dereszowska się nazywa. Uma Thurman i jej zupełne przeciwieństwo – Winona Ryder. Z każdego wianuszka biorę po trochu (śmiech).

A co dyskwalifikuje w twoich oczach kobietę?

To, co dyskwalifikuje człowieka. Są ludzie, przy których czuję się dobrze, bo mają dobrą energię, a są złodzieje, wampiry energetyczne, od których uciekam. I płeć nie gra tu żadnej roli.

Włosy na nogach by ci nie przeszkadzały?

Nie, musiałaby mieć więcej wad. Ale to wszystko to jedynie takie dywagacje. I tak nic nie działa bez miłości. To ona jest największym spoiwem. Jest inna w związku narzeczeńskim, inna rok po ślubie, 6 lat po, i zupełnie inna po 30 latach.

Tylko miłość?

Tak sobie myślę, że u nas działa może też zasada przyciągania się przeciwieństw. Skoro ja się wychowałem w niepełnej rodzinie, gdzie tata nie wiadomo co robi, a mama z babcią wychowują mnie same, to postanowiłem, że będę miał rodzinę pełną i stałą, za wszelką cenę. Gdy się urodziłem, tata był naczelnym architektem w Płocku i choć potem wrócił do Warszawy, to zamieszkał na Sieleckiej, nie z nami – przy Niecałej. Mama, muszę przyznać, zachowywała się zawsze bardzo fair i nigdy złego słowa na tatę nie powiedziała. W pewnym momencie złożyła papiery, żeby wyjechać ze mną do Kanady, bez taty, ale nie dostała paszportu.

Pojechała więc później sama, po to, żeby coś zarobić, bo bida była u nas duża. Tata nie dbał o pieniądze, a jeśli już je miał, to uważał, że należy jak najszybciej je wydać. Przez 10 miesięcy, które dla takiego małego chłopaka jak ja były jak pół życia, mieszkałem z babcią. Pamiętam dokładnie moment, gdy mama wróciła z Kanady, zajrzała do pokoju i miała na sobie piżamę w jakieś godła londyńskie, bo wracała przez Londyn. I ja się jej przestraszyłem.

Byłem jedynym facetem w całej rodzinie Majkowskich. Babcia miała męża, syna i trzy córki, z czego mąż i syn zginęli w Powstaniu Warszawskim. Najstarsza siostra mojej mamy też miała córkę. I do tego ja – rodzynek w towarzystwie. Rozpieszczany w sposób nieziemski, ale też trochę tresowany, bo babcia była takim „pruskim generałem”.

Ordnung muss sein?

Tak… do tego z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że zwracała się do mnie per „Jureczku”, bo tak nazywał się jej zmarły syn. Chciała, żebym był taki jak on, a że on zginął bardzo młodo, w wieku 15 lat, to przypuszczam, że ten jej obraz był mocno wyidealizowany. Dla niej Jureczek był najwspanialszy na ziemi, choć moja mama twierdziła, że był zupełnie normalnym chłopakiem, ani mniej grzecznym, ani bardziej. Więc babcia chciała mnie wychować na obraz i podobieństwo swojego syna, niezwykle oczywiście mnie kochając, ale jeszcze bardziej kochając wyidealizowany obraz kogoś, kogo chciałaby kochać. Gdy pojawiła się Ania, poczułem, że chcę stworzyć coś zupełnie odwrotnego do tego, w czym się wychowałem – rodzinę, gdzie dzieci mają ojca i mamę.

A dzieci pojawiły się szybko.

Dosłownie parę miesięcy po tych historiach z pierwszym listem okazało się, że idziemy z Anią do ołtarza. Pamiętam, że byłem kompletnie przerażony tym, co żeśmy powyrabiali. Byliśmy gówniarzami, mieliśmy po 21 lat, a tu dziewczyna w ciąży, a ja to w ogóle nie wiadomo – przyjeżdżam w jakichś porwanych portkach…

Tata Ani mnie nie znosił, zresztą nie dziwię mu się: nagle jego córeczkę zabiera jakiś oberwaniec. Więc gdy teściowa przyszła i stwierdziła: „No, ale oczywiście kościelny będzie”, to ja się zgodziłem na wszystko. Poszliśmy do ołtarza.

W pożyczonym garniturze?

No coś ty! Mama mi kupiła (śmiech). Na szczęście szybko okazało się, że da się luźno i swobodnie funkcjonować w naszym mało zorganizowanym życiu i świecie zawodowym, jeżeli w ogóle o świecie zawodowym można było wtedy mówić. Pod koniec lat 80. strasznie mnie znudziła częstotliwość koncertów, z której nic nie wynikało, bo graliśmy tak dużo, że nie było czasu, żeby się zebrać i coś nowego wygenerować. Wtedy to się nazywało, że robimy nowy program, bo nie było mowy o płytach. W pierwszych 5 latach wyglądało to więc tak, że Kult komponował 15 piosenek i to był ten ów program, graliśmy z nim jeden koncert i cześć. A za cztery miesiące musiał być nowy program. Z tamtych czasów tylko jeden kawałek ostał się do dziś: „Krew Boga”. Pomyślałem sobie wtedy, że powinienem wyjechać na jakiś czas i podjąć się zajęcia, które nauczyłoby mnie zawodu stricte rzemieślniczego, typu stolarka czy malarstwo pokojowe. Wyjechałem do Anglii, ale szybko okazało się, że to nie to.

Przestraszyłeś się wiertarki?

Nie, nie boję się wiertarki. W miarę dobrze pewnych rzeczy się nauczyłem, spokojnie mogę wyremontować mieszkanie, łącznie z położeniem terakoty. W Anglii zacząłem pierwszy raz w życiu zarabiać jakieś normalne pieniądze, co prawda na czarno, ale jako robotnik pracujący. To były pieniądze, które pozwalały tutaj przeżyć rok. Tęskniłem jednak do rodziny, do muzyki.

Zgodzisz się, że miłość jest uczuciem, które nie zna niezdecydowania? Mimo starć ma się świadomość, że ta kłótnia i tak zaraz się skończy.

Czasami się wydaje, że ta kłótnia się nigdy nie skończy (śmiech). Są oczywiście upadki i wzloty, sytuacje, kiedy masz bardzo ambiwalentny stosunek do tej drugiej osoby. Tym bardziej że osoba, która jest ci najbliższa i którą kochasz, potrafi najdotkliwiej cię zranić. A ponieważ od miłości do nienawiści jest jeden krok, nie ma stanów pośrednich i zdarzają się starcia. Ale ich się można i trzeba nauczyć. Nasze najbardziej dramatyczne okresy nigdy nie sugerowały zawalenia się budowli, choć trwały czasem zbyt długo. Uniknąć się ich nie da, więc nauczyliśmy się je radykalnie skracać. Bo miłość nie generuje ciągłej zgodności. My jesteśmy z Anią tak troszeczkę jak I-ching, dwa przeciwieństwa. Zresztą widzę, że tak jest lepiej, bo ludzie podobni do siebie najbardziej droczą się i kłócą, konkurują z sobą. A my się dopełniamy.

Pamiętam, jak po koncercie Kultu stałeś zmęczony pod ścianą, gdy przyszła Ania i powiedziała, że masz wracać do domu i wyjść z psem, bo ona idzie na imprezę.

Niestety z tym psem to się trochę wdupiłem. Plan był zupełnie inny. Ania z moją siostrą cioteczną Ewą chciała kupić dwa jakieś strasznie wielkie psy i założyć hodowlę. Ewa kupiła sukę – owczarka kaukaskiego, myśmy mieli dokupić samca. Ale w międzyczasie mój kolega weterynarz znalazł przywiązaną do drzewa sukę, która urodziła szczenięta. Plan hodowli runął. Ewa zamieszkała ze swoim wielkim psem na powierzchni 34 metrów, a myśmy wzięli szczeniaka. Ale żeby było jasne, od początku sprzedawałem jakieś głodne kawałki: „No nie, nie możemy sobie pozwolić na psa. Chyba że będziesz z nim wychodziła”. Ona, że będzie, więc następnego dnia… wyszedłem z psem po raz pierwszy (śmiech). I wychodziłem tak do końca jego dni. Taki jestem miękki.

Płaczesz na filmach?

Gdy chłopacy byli mali, chodziłem z nimi na filmy typu „Król Lew”. Wyglądało to tak, że trochę oglądałem, zasypiałem, a potem budziłem się na sam koniec i płakałem.

Z rozpaczy, że przespałeś film?

Nie, dlatego że koniec był zawsze wzruszający. Ja się bardzo łatwo rozczulam, a po wypłakaniu bardzo dobrze się czuję. Tak jakby hydraulik wyciągnął ze mnie jakiś korek i spuścił cały syf. Jestem beksa i wcale się tego nie wstydzę. Bo chłopaki płaczą.

Poryczałeś się na „Titanicu”?

Nie pamiętam, ale prawdopodobnie mogło do tego dojść. To było dawno temu, byłem sam, bo żona nie chciała.

Co pcha mężczyznę, undergroundowca, na „Titanica”? I to bez żony!

Ciekawość. Ja mam hopla na punkcie oglądania filmów. Teraz chodzę mniej, bo mam duży telewizor i dobry system dźwiękowy, ale na takie ważniejsze rzeczy to tylko do kina. A „Titanic” wtedy był ważny. Na „Avatara” też poszedłem z ciekawości, jak wygląda najlepiej sprzedający się film świata. I nawet trójwymiar mi się podobał, mimo że jestem przeciwnikiem kina 3D. Ubolewam też nad upadkiem klasycznego sposobu czytania, chociaż wiem, że 500 lat temu, gdy Gutenberg wymyślił druk, to tak samo mnisi mogli ubolewać, że księgi powinny być pisane ręcznie. Jestem więc takim mnichem XXI wieku, który nad rzeczami, które muszą przeminąć, boleje.

Kazik Staszewski, ur. w 1963 roku, muzyk. Działa aktywnie na scenie od lat 80., kiedy założył legendarny zespół Kult. W latach 90. rozpoczął też karierą solową z zespołem Kazik Na Żywo. Jest członkiem zespołu El Doopa. Na swoim koncie ma 10 płyt, właśnie ukazuje się najnowsza – „Prosto”, nagrana z Kultem. Prywatnie: mąż, ojciec, dziadek.