fbpx

Léa Seydoux – Bez pasji… zginę

Léa Seydoux - Bez pasji… zginę
Léa Seydoux - Bez pasji… zginę

Pochodzi z rodziny silnych kobiet. Z domu, który dawał swobodę, a jednocześnie uczył brać odpowiedzialność za swoje wybory (i z godnością donaszać ubrania po starszym rodzeństwie). W listopadzie znów zobaczymy ją w roli dziewczyny Bonda.

Niezależnej i nieszablonowej, jak ona.

Pandemia pokrzyżowała plany wielu filmowców. Jak wpłynęła na ciebie?
Miewałam już wcześniej chwile niepewności, w tym zawodzie to norma. Tym razem, podczas kwarantanny – kiedy to odwołano wiele planów filmowych – było inaczej. Pojawiły się nowe lęki i frustracje. Tak naprawdę wciąż nie wiadomo, jak to wszystko będzie wyglądać w przyszłości. I kiedy ta przyszłość nastanie. Od kiedy ją liczyć? Czy postpandemiczna rzeczywistość to świat, w którym już egzystujemy, a może jeszcze na coś czekamy? Myślę, że wszyscy jesteśmy w jakimś procesie transformacji.

Boisz się już mniej?
Boję się inaczej. Wiem, że dam sobie radę, nawet jeśli kina nie będzie. Wychowałam się otoczona silnymi kobietami. Moja matka [Valérie Schlumberger – przyp. red.], choć miewała romanse z kinem, całe życie była filantropką, a jednocześnie prawdziwą bizneswoman. Wciąż jest kobietą wielu talentów.

Jej biografia robi wrażenie. Wyzwolona, obdarzona silną osobowością. Urodziła pierwsze dziecko, twoją przyrodnią siostrę Marine, gdy miała 16 lat.
Mama rzeczywiście jest nietuzinkowa. Projektowała kostiumy do filmów, wydała kilka książek, zagrała w paru filmach, ale przede wszystkim… żyła.

Imponuje ci?
Bardzo. Choć może nie była klasyczną mamą… Całe życie miała na głowie dom i dzieci, ale miała też swoje marzenia. Nie odpuszczała sobie, nie rezygnowała z siebie. Musiała stawić czoła rodzicielstwu, gdy była bardzo młoda: zanim skończyła 21 lat, miała już trójkę dzieci, a przy tym realizowała swoje ambicje. Musiało to być bardzo trudne, tym bardziej że mama była – i wciąż jest – zaangażowana w pomoc najbardziej potrzebującym kobietom w Senegalu. Spędziła tam wiele lat, kocha zachodnią Afrykę.
Całe życie patrzyłam na jej walkę, w różnych wymiarach i aspektach, także walkę o siebie: o niezależność i wolność wyboru. Dlatego – wracając do pytania o strach – nie obawiam się, że nagle przestanę grać i stracę cel w życiu. Martwią mnie inne rzeczy: jak będzie wyglądać los mojego syna, jak go wychować, jakie wartości mu wpoić? Czy zazna pełnej i czystej wolności, takiej, jaka była mi dana? Czy moje dziecko zdoła jeszcze poczuć w pełni związek z przyrodą, z naturą?

Jesteś uważną matką?
Raczej tak. Choć to dopiero początek [George ma ponad trzy lata – przyp. red.]. Na pewno nie mam w sobie tyle luzu co moi rodzice. Świat był chyba bezpieczniejszy, gdy ja byłam dzieckiem.

Często powtarzasz w wywiadach, że miałaś tej wolności aż nadto.
I nie żałuję. Choć popełniałam błędy, autonomia dana mi już w dzieciństwie sprawiła, że musiałam dość wcześnie nauczyć się brania odpowiedzialności za swoje działania, wybory i słowa. Dość szybko stałam się dorosła. Miałam wolność absolutną, bo nikt się mną specjalnie nie zajmował. Może inaczej: nikt się ze mną nie pieścił, każdy zajęty był swoimi sprawami.

A to, że pochodzisz z wielodzietnej rodziny, miało znaczenie?
Oczywiście! Mam mnóstwo przyrodniego rodzeństwa, moi rodzice mają dzieci z innych związków, tak więc dorastałam w swoistym stadzie. I mam poczucie plemiennej przynależności. Jestem ostatnim dzieckiem mamy ze związku z tatą, więc zawsze czułam się „malutką siostrzyczką”, tym najmłodszym dzieckiem. Ubrania po starszym rodzeństwie były normą, często dość znoszone. Proszę mi wierzyć, nie byłam wychowywana na burżujkę. Dzięki temu dzisiaj nawet w worku wyglądam godnie. Pamiętam sprane portki po siostrze, które nosiłam jak nówki, z dumą udając, że tak właśnie miały wyglądać [śmiech]. Chyba ufano, że podpatrując rodzeństwo, jakoś dam sobie radę ze wszystkim, instynktownie załapię, o co chodzi z całym tym życiem.
Miałam wspaniałe dzieciństwo, przez nasz dom przewijało się mnóstwo ciekawych, intrygujących ludzi, podróżowałam, smakowałam nowych rzeczy, otrzymałam na starcie zdecydowanie więcej niż inni. Choć gdy myślę o tamtych latach, to muszę stwierdzić, że byłam dość smutnym dzieckiem, melancholijnym. Często czułam się samotna. Nie chodzi o rozwód rodziców, po prostu taka byłam. Skryta i zawsze gdzieś z boku obserwująca świat. Nie umiem tego nazwać, ale będąc ostatnim dzieckiem rodziców, gdzieś podświadomie czułam, że coś się na mnie kończy: jakaś epoka, czyjeś marzenie. Sama nie wiem…
Dziś czuję, że to na mnie spoczywa największa odpowiedzialność – pewnie ja z rodzeństwa pozostanę najdłużej sprawna, energiczna i dyspozycyjna. Życie to cykl, w wielopokoleniowej rodzinie doświadczasz tego jeszcze mocniej.

Jest dwa razy więcej ślubów, narodzin i chrzcin…
Pogrzebów i rozwodów również.

Jak to się stało, że w tak wielkiej rodzinie jesteś pierwszą aktorką od wielu pokoleń?
Chyba pierwszą aktorką w ogóle. Aktorstwo to była moja bardzo świadoma i niezależna decyzja.

Zaraz, zaraz, twój dziadek Jérôme Seydoux zarządza firmą Pathé, czyli francuskim gigantem na rynku kinematograficznym – produkuje filmy, które trafiają na prestiżowe festiwale, a potem do kin.
To prawda, tyle że dziadek nie miał wpływu na mój wybór. Ani nie zachęcał mnie bardziej niż inni, ani nie zniechęcał. Jego praca zawsze owiana była tajemnicą. No, może nie tyle tajemnicą, ile po prostu wydawała nam się wszystkim dość nudna. Dziadek nie opowiadał o kolacjach z gwiazdami, często za to raczył nas opowieściami o zapleczu finansowym wielu produkcji, ich logistyce i organizacji. Choć pewnie anegdoty z planu się zdarzały, ale i tak ich nie zapamiętałam. Rzadko się widywaliśmy, był bardzo zajęty. Poza tym jako dziecko chciałam śpiewać.

I co się stało?
Okazało się, że nie mam talentu [śmiech].

Cierpiałaś?
Niezbyt długo. Martwiłam się jedynie, że nie znajdę pasji. A bez pasji – tak podejrzewałam – zginę… Zawsze miałam niesamowitą swobodę, mogłam robić, co chciałam, wracać, kiedy chcę, do domu, który zwykle, bez względu na porę, był pełen gości. Nie miałam przeciwko czemu się buntować, co było trochę trudne do udźwignięcia. Wszyscy moi rówieśnicy mieli wspólne pokoleniowe doświadczenie w postaci jakiegoś sprzeciwu. Ja byłam najczęściej znudzona. Bo wielu rzeczy dość wcześnie zaznałam. Bałam się, że w związku z tym będę sobie cały czas przesuwać granice.

Z tego znudzenia?
Tak. Żeby coś poczuć. Dlatego potrzebowałam pasji, której będę mogła się chwycić. I tak pojawiło się aktorstwo.

Dlaczego aktorstwo?
Trudno powiedzieć. Uwielbiałam się przebierać. W zawodzie aktora cały czas jesteś w kostiumie. Nawet jak nie jesteś, to… trochę jesteś. Poza tym, odkąd pamiętam, towarzyszył mi pewien lęk – chodziło o doświadczanie, przeżywanie, o bycie tu i teraz. Mam z tym problem. Często mam wrażenie, że nie dość czuję, nie dość odbieram, za mało doświadczam. I że ta moja egzystencja jest dość prosta i powierzchowna. Na co dzień nie mam czasu zatrzymać się, wczuć się w coś tak naprawdę. Aktorstwo daje mi szansę wyrównać te emocjonalne braki. Mam czas na analizy, dylematy, rozkminki. I jeszcze mi za to płacą. Przeżywam przygody i wyzwania, których w życiu nie dane by mi było nigdy doświadczyć. I nie mówię o strzelaninach w filmie o Bondzie czy scenach pościgu w „Mission: Impossible” – to oczywiście też – bardziej chodzi mi o to, że film stawia przede mną sytuacje i ludzi, którzy pogłębiają moje przeżywanie świata. Sprawiają, że czuję więcej, inaczej, bardziej świadomie.

Skoro jesteśmy przy Bondzie, premierę najnowszej części jego przygód, „Nie czas umierać”, zapowiedziano na 20 listopada. Twoja postać – Madeleine Swann – powraca. Nie każdej towarzyszce Jamesa Bonda dane było pojawić się w więcej niż jednej części…
To prawda, udało się to chyba tylko Eunice Gayson.

Która wystąpiła jako Sylvia Trench w pierwszym filmie o 007, czyli w „Dr No” w 1962 roku. Zagrała także w drugiej części, czyli „Pozdrowieniach z Rosji”. Potem długo nic i proszę, Madeleine Swann znów rusza do akcji.
Chyba przyszły takie czasy, że i Bond musi porzucić klisze. Nie tak dawno zresztą zastanawiałam się nad tym, jak to jest, że biały, hetero­normatywny facet, który większość kobiet traktuje instrumentalnie, wciąż cieszy się takim powodzeniem. I to w świecie, w którym tyle się dziś mówi o równouprawnieniu, poszanowaniu praw mniejszości i środowisk LGBTQ. To ciekawe, prawda?
Madeleine nie jest typową dziewczyną Bonda. Jej funkcja nie jest czysto dekoracyjna. I choć nie uważam, że moje poprzedniczki nie miały nic do zagrania, to cieszę się, że ja mam więcej materiału do pracy niż one.

Jak myślisz, z czego to wynika?
Na pewno nie chodzi o mnie prywatnie, o to, że ja, Léa Sey­doux, wydałam się producentom ciekawsza czy bardziej zdolna, i dlatego pozwolili na rozwój granej przeze mnie postaci. Myślę, że współczesne czasy wymusiły to na twórcach opowieści o Bondzie: coś w przedstawianiu losów agenta 007 i jego stosunku do kobiet musiało ulec zmianie. Bond nie stanie się nigdy feministą, ale po drodze musiał spotkać takie kobiety, jak Madeleine czy wcześniej Vesper [graną przez Evę Green – przyp. red.], by jego światopogląd mógł ulec pewnej transformacji. A tak w ogóle to jedną z moich ulubionych kobiecych postaci w cyklu o Bondzie pozostaje May Day.

Brawurowo zagrana przez Grace Jones w „Zabójczym widoku” w 1985 roku.
To musiał być obyczajowy szok! Grace jest na granicy płci: niezwykle pociągająca, zmysłowa i kobieca, choć w taki pierwotny czy wręcz zwierzęcy sposób, a przy tym bardzo męska, fizyczna. Podoba mi się ten miks. Dzięki takim artystkom jak Jones, dzięki ich obecności w świecie sztuki, nie tylko tej filmowej, ja mam dzisiaj nie 5, ale 50 kwestii dialogowych w drugiej odsłonie serii przygód o Bondzie. Mam tego świadomość i jestem wdzięczna wielu aktorskim pokoleniom, bo właśnie te kobiety wydeptywały nam ścieżki w czasach, gdy wcale nie było to tak oczywiste.

Grasz też w nowym filmie Wesa Andersona „Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”. To wasza trzecia współpraca po „Grand Budapest Hotel” z 2014 roku. Po drodze zrealizowaliście jeszcze przezabawne filmy reklamowe dla domu mody Prada.
Z Wesem pracuje się zawsze tak samo – nieważne, czy chodzi o reklamę, czy o film pełnometrażowy. To artysta, który dokładnie wie, czego chce. Jest precyzyjny. Jak każdy wizjoner – musi taki być, inaczej ugrzązłby w swoich alternatywnych światach. Jego propozycje są autorskie, sugestywne, dowcipne. Kocham z nim pracować, to jest zawsze wielka sztuka, nawet jeśli powstaje na zamówienie. Fakt, że w świecie, w którym wszystko się komercjalizuje, są ludzie, którzy potrafią żyć i pracować w zgodzie ze sobą, a przy tym cenią ich miliony, napawa mnie wielką nadzieją.

Léa Seydoux, urodzona w 1985 roku francuska aktorka filmowa i telewizyjna. Czterokrotnie nominowana do Cezara, podczas 66. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes otrzymała specjalne wyróżnienie za rolę w filmie „Życie Adeli” Abdellatifa Kechiche’a. Grała m.in. u Quentina Tarantino w „Bękartach wojny”, u Woody’ego Allena w „O północy w Paryżu”czy u Jorgosa Lantimosa w „Lobsterze”. Jako zabójczyni na zlecenie zmierzyła się z Tomem Cruise’em w „Mission: Impossible– Ghost Protocol”. Dwukrotna dziewczyna Bonda. Dwa razy grała u Wesa Andersona: w „Grand Budapest Hotel” i w czekającym na polską premierę filmie „Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”. Jest ambasadorką marki Louis Vuitton.
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze