fbpx

Maggie Smith – sarkastyczna starsza pani

Maggie Smith - sarkastyczna starsza pani
Maggie Smith (fot. BEW PHOTO)

Prowadziłam normalne życie do czasu „Downton Abbey”. Nikt o mnie nie słyszał – wyznała ostatnio, nie bez pewnej kokieterii. Maggie Smith zachwyca bowiem na ekranie od dobrych 60 lat. Ma dwa Oscary, trzy Złote Globy i tytuł szlachecki. Największą sławę przyniosła jej jednak rola hrabiny o ciętym języku, którą zagrała… w wieku 77 lat. Jak wiele w niej samej jest z Violet Crawley?

Zadziorne, zrzędliwe, surowe, ale i cudownie ironiczne starsze panie (czasem mówi o nich nawet: torby lub prukwy) to jej aktorska wizytówka. Jest w tych rolach tak autentyczna i tak barwna, że nie sposób uwierzyć, że to tylko gra.

Jako Violet Crawley, w którą wcielała się przez pieć lat w serialu „Downton Abbey”, a ostatnio także w pełnometrażowym filmie, sypie sarkastycznymi uwagami jak z rękawa, robi miny godne aktorek kabaretowych, nie cierpi wulgarności, ale z zadziwiającym spokojem przełyka rodzinne skandale (jak mówi: „nie szukaj logiki wśród brytyjskiej arystokracji”). Jako panna Shepard – mieszkająca w furgonetce impertynencka staruszka z filmu „Dama w vanie” jednocześnie irytuje i wzrusza. Jako profesor Minerva McGonagall z serii o „Harrym Potterze” łączy w sobie zewnętrzną surowość z wewnętrznym ciepłem. W „Gosford Park” jest niestroniącą od intryg i plotek arystokratką, z kolei w „Hotelu Marrigold” – życiową malkontentką, która planuje emeryturę w dalekich Indiach. Do twarzy jej w habicie siostry przełożonej w „Zakonnicy w przebraniu”, a w „Lawendowym wzgórzu” z godnością nosi nawet koszulę nocną, a do tego bywa cudownie złośliwa i wyniosła. – Nie toleruję głupców i oni nie tolerują mnie, dlatego bywam nieprzystępna. Może dlatego dobrze mi wychodzą rolę oschłych i nieprzystępnych starszych pań… – powiedziała w jednym z wywiadów.

„Dama w vanie”, reż. Nicholas Hytner, 2015 rok. (fot. BEW PHOTO)

Ale to tylko część prawdy. Maggie Smith ma bowiem talent nadawania swoim bohaterkom wspaniałej wyrazistości, tak że wyłaniają się nawet z dalekiego tła na pierwszy plan. Nicholas Hytner, reżyser „Damy w vanie” ujął to tak: „W jednej scenie jest w stanie przekazać więcej niż niektórzy aktorzy w całym filmie. Potrafi być jednocześnie bezbronna i nieustraszona, ponura i przezabawna. Każdego dnia wnosi na plan energię i ciekawość charakterystyczne dla młodych aktorów, dopiero zaczynających swoją przygodę z filmem”.

Z pasji i tęsknoty

Ta niegasnąca iskra sprawia, że jest ciągle głodna wyzwań zawodowych i nie zamierza przechodzić na emeryturę. Mimo że w grudniu tego roku skończy 85 lat i mimo licznych problemów zdrowotnych. W 1998 roku lekarze zdiagnozowali u niej chorobę Gravesa-Basedowa – schorzenie autoimmunologiczne, które daje objawy podobne do tych przy nadczynności tarczycy. U aktorki spowodowało charakterystyczny wytrzeszcz oczu, a także poważne kłopoty ze wzrokiem, które dokuczają jej do dziś. W 2007 roku wykryto u niej raka piersi. Kiedy kręciła kolejną część cyklu o Harrym Potterze – „Harry Potter i Książę Półkrwi” – przechodziła właśnie chemioterapię i straciła wszystkie włosy, ale nie chciała zawieść widzów. Tygodnie spędzone w przyczepie na planie okazały się koszmarem. – Byłam zupełnie łysa, jak ugotowane jajko. Musiałam więc nosić perukę. Pojawiły się bolące rany na głowie, które sprawiały mi ogromny ból. Płakałam i wyłam z cierpienia – wspominała. – Rak jest okropny, bo zabiera człowiekowi wiatr z żagli i sprawia, że nie wiadomo, co kryje przyszłość. Dodatkowo na planie zachorowałam na półpaśca i muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie cierpiałam na coś tak bolesnego. Cóż, nieszczęścia chodzą po ludziach. Ale przedstawienie musi trwać dalej – podsumowała.

Jest nie tylko pasjonatką tego, co robi, ale też tytanem pracy. Po śmierci męża aktorstwo stało się jej sposobem na samotność i radzenie sobie ze stratą. – Wypełniony pracą dzień sprawia, że nie myślę o tym, że jestem sama – powiedziała w jednym z wywiadów. Podobnych słów użyła jej przyjaciółka – aktorka Judi Dench w wywiadzie dla kwietniowego SENSu, która też nie może sobie znaleźć miejsca po śmierci ukochanego męża, aktora Michaela Williamsa. Smith pierwsze małżeństwo zakończyła rozwodem, ale w kolejnym znalazła prawdziwe ukojenie. Scenarzysta Beverley Cross był miłością jej życia. Wychowywali razem synów aktorki i – jak wspominają ich znajomi – byli nierozłączni. – Cały czas za nim tęsknię. To jest aż niedorzeczne! Ludzie mówią, że z czasem jest lepiej. Ale to nieprawda! – mówiła w jednym z wywiadów. – To okropne, ale co można zrobić? Kiedy akurat nie pracuję i zostaję sama, jest naprawdę ciężko. Kiedy przebywam wśród ludzi, jest nieźle, udaje mi się o tym nie myśleć, ale gdy wracam do siebie, ta cisza mnie przytłacza.

Witajcie w Downton

Być może, aby zostać świetną aktorką, trzeba przeżyć i wielką miłość, i wielką stratę – w każdym razie Maggie Smith z pewnością pomogło to stworzyć dwie genialne kreacje w ciągu ostatniej dekady. Mowa o hrabinie Violet Crawley i pannie Shepard. Zapytana, do której z nich jest jej bliżej, zripostowała: – Do żadnej, ale jeśli już musiałabym wybrać, to, o dziwo, wskazałabym damę w vanie, a nie damę w kapeluszu. Było mi o wiele prościej być panną Shepard, bo ona w ogóle nie zwraca uwagi na to, jak wygląda. To wielka ulga po godzinach strojenia się w niewygodne suknie i siedzenia w gorsecie.

Jednak stroje to nie wszystko, choć garderoby postaci z „Downton Abbey”, do którego nawiązuje aktorka, i przepych wnętrz rzeczywiście robią wrażenie. Ten serial to kręcony z niesamowitą dbałością o detale portret epoki edwardiańskiej. A także obraz brytyjskiego społeczeństwa w momencie największych przemian – kryzysu gospodarczego, obu wojen światowych, upadku wielkich arystokratycznych rodów i rewolucji przemysłowej. To zderzenie tradycji z nowoczesnością, dawnych zasad z nowym porządkiem. Na tym tle postać grana przez Maggie Smith – owdowiała hrabina, stojąca na straży dawnego porządku, ale też gotowa na radykalne zmiany, jeśli w grę wchodzi dobro jej rodziny i wioski – wydaje się najbardziej symboliczna, wyrazista i najbardziej złożona. Tak jakby aktorka wkładała w nią samą siebie – nie tylko użyczając jej własnej mimiki czy głosu, ale też czerpiąc z własnych przeżyć.

Widzowie w równym stopniu pokochali serial, co nestorkę rodu. Produkcja zdobyła około 30 nagród (w tym Złotego Globa, Emmy i Europejską Nagrodę Filmową dla Maggie Smith) oraz ponad 100 nominacji. Została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa w związku z najlepszą oceną krytyki za rok 2011. Finałowy odcinek szóstej serii w samej Wielkiej Brytanii oglądało 7 milionów osób. A to oznacza trzy rzeczy: wielkie zainteresowanie, wielkie pieniądze i wielką rozpoznawalność. Jak przystało na angielską damę, Maggie Smith lubi utyskiwać zwłaszcza na to ostatnie: – Dziwnie jest być rozpoznawalną. Przez wiele lat radziłam sobie bez tego. I to niezwykłe uczucie. Czasami bardzo miłe, a czasami męczące.

W talk show Grahama Nortona mówiła, że podczas niedawnej wycieczki do Paryża była wręcz oblegana przez turystów, w tym przeważnie przez Amerykanów. – Pewna kobieta z Brazylii podczas oficjalnej kolacji, zaśmiewając się, spytała mnie: „Co to jest weekend?” (jedna z legendarnych kwestii hrabiny – przyp. red.). Przez moment myślałam, że rzeczywiście chce się tego dowiedzieć.

Pytana o to, jak radzi sobie z popularnością, odpowiada krótko: – Uciekam od razu. To naprawdę bardzo trudne. Nie wiem, jak radzą sobie z tym wielkie gwiazdy filmowe. Być może nigdy nie wychodzą z domu.

Bardziej wyrozumiała jest dla młodszych fanów, dla których zawsze pozostanie profesor McGonagall z „Harry’ego Pottera”. Choć kiedy jakiś chłopiec z przejęciem spytał ją, czy naprawdę dzięki magii zmieniała się w czarnego kota, z miną, której nie powstydziłaby się Violet Crawley, odpowiedziała: „Weź się w garść”.

Podobno do dziś nie obejrzała ani jednego odcinka serialu, ale też od produkcji dostała box ze wszystkimi sezonami, więc kto wie… Długo również opierała się przed wzięciem udziału w pełnometrażowym filmie „Downton Abbey”, który wszedł do naszych kin na początku jesieni. Po pierwsze, była już zmęczona graniem tej samej postaci, a po drugie, uważała, że jej bohaterka musiałaby mieć w nim już ze 110 lat, co czyniłoby ją już raczej upiorem. Dała się jednak przekonać, dodając, że jeśli producenci będą chcieli nakręcić kontynuację, hrabina może pojawić się w niej już jedynie w trumnie.

Co za Życiorys!

Na sugestię, że mogłaby spisać swoje wspomnienia, odpowiada, przewracając oczami: „Nie mogę wyobrazić sobie gorszego pomysłu. Przecież ja nie mam o czym pisać”. Czyżby znów kokieteria? Maggie Smith, a raczej Dame Margaret Natalie Smith, to w końcu jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek, i najbardziej utytułowanych. Jej kariera rozciąga się na ponad sześć dekad. Urodziła się 28 grudnia 1934 roku. Jeszcze w dzieciństwie wraz z rodzicami i rodzeństwem przeprowadziła się do Oksfordu. Chodziła tam do liceum i tam, w wieku 16 lat, rozpoczęła zajęcia z aktorstwa w miejscowym teatrze. Rok później zadebiutowała na deskach Oxford Playhouse jako Viola, bohaterka Szekspirowskiego „Wieczoru Trzech Króli”. Pierwszą dużą rolę filmową zagrała w dramacie „Nowhere to Go”, za którą dostała pierwszą z 18 nominacji do nagrody BAFTA (Brytyjskiej Akademii Sztuk Filmowych i Telewizyjnych). Potem było jeszcze lepiej. Była Desdemoną w „Otellu” u boku Laurence’a Oliviera i za tę kreację została nominowana do Oscara. Musiała jednak na niego poczekać, ale krótko, bo do 1970 roku, kiedy nagrodzono ją za główną rolę w filmie „Pełnia życia panny Brodie”. Wcieliła się w nauczycielkę w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt, sympatyzującą z faszystami. Kolejnego Oscara oraz pierwszego Złotego Globa zdobyła w 1979 roku za drugoplanową rolę w „Suicie kalifornijskiej”. Grała tam zresztą brytyjską aktorkę, której nie udało się dostać Oscara. Kolejny Złoty Glob przypadł jej za rolę w „Pokoju z widokiem”. Doceniano i nominowano ją jeszcze w związku z wybitnymi kreacjami w „Herbatce z Mussolinim”, „Kwartecie” i „Tajemniczym ogrodzie” Agnieszki Holland.

Dwukrotnie wyszła za mąż – za aktora Roberta Stephensa, z którym ma dwóch synów, także aktorów: Toby’ego Stephensa i Chrisa Larkina (grali razem w serialu „Piraci”). I za scenarzystę Beverleya Crossa, który napisał m.in. „Zmierzch tytanów” (grała tam Tetydę). W 1990 roku aktorka otrzymała tytuł szlachecki od królowej Elżbiety II.

Hey, Jude!

Kiedyś powiedziała: „Oczywiście, że są role dla starszych aktorek, tylko Judi Dench jako pierwsza kładzie na nich łapę”. I uwielbia powtarzać tę kwestię, ilekroć jest pytana o to samo, choć przyznaje, że „ukradła ją” od aktorki Joan Plowright.

Z Judi Dench poznały się w 1958 roku, gdy jako młode aktorki dzieliły garderobę w londyńskim teatrze The Old Vic. Od tej pory nic nie było w stanie je poróżnić, nawet sukces. Zagrały razem w kilku filmach: „Pokoju z widokiem”, „Lawendowym wzgórzu”, „Herbatce z Mussolinim”,„Hotelu Marigold”, „Drugim Hotelu Marigold”… W tym ostatnim jest scena, w której bohaterki grane przez Dench i Smith droczą się ze sobą. Dialog kończy się od słów Smith w roli Muriel: „Jestem starsza i mądrzejsza. – Starsza o całe 9 dni. – To tyle, ile trwa żywot osy”. W rzeczywistości ich daty urodzenia dzieli 19 dni – Judi Dench przyszła na świat 9 grudnia 1934 roku. Zawodowo i prywatnie przyjaciółki towarzyszą sobie praktycznie od początku swoich karier. Wielką przyjemnością jest oglądać je na ekranie, a jeszcze większą – we wspólnych wywiadach. O tym, jak bliska łączy je więź, świadczy choćby dokument „Nothing like a dame” (w Stanach – „The tea with the dames”), gdzie o swojej karierze opowiadają też dwie inne znakomite brytyjskie aktorki, którym również nadano tytuły szlacheckie: Eileen Atkins i Joan Plowright.

„Hotel Marrigold”, reż. John Madden, 2011 rok. (fot. BEW PHOTO)

Mags i Jude – bo tak o sobie mówią – świetnie się czują w swoim towarzystwie i nie szczędzą sobie żartobliwych uwag. Na zdjęcia do Włoch, gdzie kręciły wspólnie „Herbatkę z Mussolinim” Franca Zeffirellego, wybrały się całymi rodzinami. – Były to tak naprawdę wielkie wakacje. Grałyśmy w scrabble, piłyśmy prosecco, śmiałyśmy się cały czas i… zachowywałyśmy niewłaściwie. Włosi mieli nas dosyć – powiedziała w jednym z wywiadów Smith. W 2002 roku wystąpiły w sztuce „The Breath of Life” na West Endzie. Bilety rozchodziły się w tak szybkim tempie, że dwukrotnie przekładano termin zdjęcia spektaklu z afisza.

Obie najlepiej czują się w filmach kostiumowych lub rozgrywających się w kameralnym otoczeniu. Obie – mimo licznych ofert – nie przeprowadziły się do Hollywood i nie poddały żadnym operacjom plastycznym. Obie zyskały uznanie krytyków, ale i ogromną popularność, przy czym tę drugą dopiero po sześćdziesiątce. Judi Dench jako M, szefowa Jamesa Bonda, a Smith dzięki wspomnianemu „Harry’emu Potterowi” i „Downton Abbey”. Kiedy czyta się komentarze pod artykułami o nich czy filmikami z ich udziałem, co chwila pojawiają sie takie oto zachwyty: „Chciałbym, by była moją babcią”, „Pokłońcie się królowej”, „Ogromny szacunek”, „Uwielbiam ją, jest dla mnie wzorem” albo nawet… „Maggie Smith to moja Beyoncé”.

Sama Smith podkreśla, że chciałaby mieć w sobie tyle ciepła, światła i łagodności co jej przyjaciółka. – Zdaję sobie sprawę z tego, że potrafię być trudna, ale cóż zrobić, nie mogę się już zmienić, ja nawet boję się tego, a z wiekiem lęk narasta. Za każdym razem kiedy postanawiam sobie, że od dzisiaj będę jak Jude i wszystko stanie się słodkie, jasne i radosne, mój wewnętrzny tchórz mówi: „to się nie uda, Jude ma w sobie ogromny spokój”. Myślę, że gdybym w tym wieku nagle zaczęła być miła dla ludzi, tylko bym wszystkich wystraszyła. Zaszłam już za daleko, by się cofnąć.

Humor w najlepszym wydaniu

Z wielu rzeczy, jakie wiadomo o Maggie Smith – a wiadomo niewiele, bo gwiazda bardzo strzeże swojej prywatności i na bardziej wścibskie pytania udziela zwykle wymijających odpowiedzi – wiadomo, że lubi żartować. I jest to zawsze humor w najlepszym, bo brytyjskim wydaniu. I w przeciwieństwie do swoich bohaterek nigdy nie bywa sarkastyczna. Najczęściej lubi żartować ze swojego wieku. – Cóż, sądzę, że doszłam już do pewnej granicy. Jestem pewna, że nie ma już ról dla aktorek w wieku przekraczającym mój – mówiła niedawno, gdy znów zagadnięto ją o brak propozycji dla starszych aktorek. Z kolei pytana o to, co robi w wolnym czasie, lubi odpowiadać: „odpoczywać, czytać i po prostu egzystować”. Mieszka w Chelsea w Londynie i kocha podróżować, głównie do Włoch, a najchętniej do Wenecji. Lubi chodzić do teatru i galerii, unika kin („nie lubię ludzi jedzących obok mnie popcorn”). W rzeczywistości wygląda o wiele młodziej niż jej bohaterki, ma krótką, modną fryzurę i o wiele mniej rzucający się w oczy strój – lubi proste fasony i delikatne kolory: beże, czernie, granaty. Do tego delikatna, klasyczna biżuteria. Zero ostentacji, sama klasa. Tak, to chyba w skrócie definicja damy…

?>