Maja Ostaszewska: Staram się mieć do siebie dystans

Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists)

Choć często obsadza się ją w rolach kobiet pozornie słabych, daje im siłę, jasność i autoironię. Ma swój wyraźny, niezależny głos. Połączyć podzielone? Uważa, że to misja możliwa.

W serialu „Diagnoza” grasz kobietę, która straciła pamięć. Jak się przygotowujesz do takiej roli?
Miałam dużo spotkań z neuropsychologiem, sporo czytałam o emocjonalności takich osób. W pierwszym sezonie jest scena, w której ktoś nagle pokazuje mojej bohaterce zdjęcia dzieci, być może jej dzieci. Ona nic nie czuje. Ma totalne poczucie winy. Ludzie bez pamięci czują ogromny stres. Chcą wiedzieć, kim są, ale boją się tej wiedzy. Zachowują się irracjonalnie. Są łagodni, wzbudzają empatię i nagle wybuchają. Pojawiają się im projekcje. Anna, którą gram, dowiaduje się, że jest neurochirurgiem. Miałam ciekawe lekcje z konsultantami medycznymi. Na planie nie mamy dublerów, wszystko robimy sami. Oglądamy przebiegi prawdziwych operacji. Nauczyłam się kilku szwów chirurgicznych, jak operować narzędziami. Lubię role wymagające szczególnych przygotowań.

Jesteś dociekliwa?
Taką mam osobowość. Lubię się dobierać do postaci, nawet wejść odważnie w niewygodę. Lubię postaci złożone. Wyruszam z nimi w podróż. Chcę wiedzieć jak najwięcej.

Z Harper z „Aniołów w Ameryce” w spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego wyruszasz nawet w przestrzeń kosmiczną. Lubisz tę postać?
Uwielbiam. Jest nieszczęśliwa, ma męża kryptogeja, który nie poświęca jej uwagi, jest uzależniona od leków, ale jest też marzycielką. W mroku zawsze odnajdzie coś jasnego. Warlikowski często obsadza mnie w rolach kobiet niby-wykolejonych, niby-przegranych, ale widzących trochę więcej, umiejących dotknąć tajemnicy, mających w sobie światło. Tak było z Trudą w „Krumie”, Kordelią w „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”, Odettą we „Francuzach”. Krzysztof ma genialną intuicję. Jego spektakle powstają bardzo długo, ale kiedy startujemy z premierą, poruszany temat jest jednym z najbardziej palących w Polsce czy w Europie. „(A)pollonia” ciągle jest porażająco aktualna. Kiedy zaczynaliśmy próby „Francuzów” wg Prousta, nie mogliśmy wiedzieć, jak silne będą lęki o rozpadającą się Europę, wartości, do których jesteśmy przywiązani. Na całym świecie widzowie są przejęci, płaczą. W kwietniu zaczynamy próby do „Pakujemy manatki” Hanocha Levina: pogrzeby, tematyka trumienna i wszyscy myślą o wyjeździe… Ale Warlikowski ma też dystans, ironię. Sama lubię się śmiać nawet w trudnych sytuacjach. Staram się mieć do siebie dystans. Moje bohaterki też go chyba mają.

>> Czytaj także: Małgorzata Foremniak – najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą

A lubisz siebie zaskakiwać?
Żeby aktorstwo było świeże, musimy szukać nowego, dawać się zaskakiwać. Mam szczęście do reżyserów, którzy tak pracują. U Krystiana Lupy, mojego mistrza, proces twórczy zawsze zaczynał się od improwizacji. W moim ukochanym filmie „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej sekwencje terapeutyczne były w dużej mierze improwizowane. Zrobiłam kurs psychodramy, by wiarygodnie pozorować sesje terapeutyczne dziewczyn. Nie były aktorkami. Małgośka fenomenalnie pracuje z amatorami. Prowadzi ich jak w dokumencie, jakby ich podglądała. Musiałam wykreować silną, charakterystyczną bohaterkę i nie zagrywać się przy tych całkowicie naturalnych dziewczynach. Nazwałabym to aktorstwem przezroczystym: bardziej jesteś, niż grasz.

To twój najważniejszy film?
Jakoś mi najbliższy. Ważnym doświadczeniem był „Katyń”. Wychowałam się na filmach Andrzeja Wajdy. „Panny z Wilka” oglądałam parędziesiąt razy. W Katyniu został zamordowany mój pradziadek, a bohaterka, którą grałam, miała historię podobną do mojej prababci. Nie uwierzyła, że jej mąż został zabity, została sama z córką. Tak jak moja bohaterka pojechała szukać go pod granicę. Ale trudno porównywać „Body/Ciało” i „Katyń”. Każdy film wnosi coś nowego do mojego życia. Każdy jest nauką. Bardzo świadomie decyduję, w jakie projekty wchodzę. Nie chcę odcinać kuponów, powtarzać się. Potrzebuję wyzwań, poczucia, że się rozwijam.

Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists)

Pierwszym reżyserem, z którym spotkałaś się na planie, był Steven Spielberg…
Zdałam egzamin do szkoły teatralnej, a po miesiącu trafiłam na casting do „Listy Schindlera”. Sporo studentów zagrało wtedy u Spielberga i wszyscy mamy go w CV [śmieje się]. Jest uroczym człowiekiem, szanującym każdego niezależnie od trudności zadania. Miałam scenę z Benem Kingsleyem, moim idolem. Kiedy miałam 12 lat, ojciec zabrał mnie na „Gandhiego”. Grając, Kingsley zlał się z postacią Gandhiego. Właśnie był, a nie grał. Taki rodzaj aktorstwa pokochałam. Gandhi do dziś pozostał dla mnie idealnym bohaterem walki o wolność i niezależność. Odważnej, konsekwentnej, ale całkowicie pozbawionej agresji. Myślę o nim dzisiaj, w obliczu podziałów, jakie są w Polsce i na świecie, głębokiego kryzysu wartości. Już nie możemy tylko milczeć, zamykać się w swoich światach. Słyszę często od kolegów, że wypowiadają się poprzez swoją twórczość, to wystarczy. Ja czuję, że już nie. Bycie osobą publiczną to rodzaj przywileju i odpowiedzialności. Dlatego tak bardzo angażuję się w sprawy społeczne, obywatelskie, działam charytatywnie. Uważam, że powinnam mówić.

Popularność to misja?
Przez lata słowo „misja” kojarzyło mi się z kabotyństwem, dziś rozumiem je jako świadomość środków, którymi dysponujemy. Możemy docierać do ludzi, starać się otwierać ich serca. Artyści powinni mieć wrażliwość na drugiego człowieka, na niesprawiedliwość, sprzeciw wobec okrucieństwa, rosnącej fali nacjonalizmu, ksenofobii. Paradoksalnie ludzie chętniej słuchają nas niż specjalistów. Od 20 lat współpracuję z fundacjami walczącymi z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Angażowałam się w walkę przeciwko potwornemu traktowaniu zwierząt w chowie przemysłowym, ubojowi bez ogłuszania, w kampanie antyfutrzarskie. Wielokrotnie współpracowałam z prof. Andrzejem Elżanowskim, który wnosi swoją wiedzę, a ja wiem, jak ją przekazać, by zwrócić uwagę na problem.

Kiedy ujęłaś się za kimś po raz pierwszy?
To we mnie było od zawsze. Pewnie dlatego, że sama doświadczyłam agresji i nietolerancji ze strony dzieci. Nie chodziłam na religię. Trochę inaczej wyglądałam. Straszyły mnie piekłem, księdzem, duchami. Wszystkie dzieci wywołują duchy i myśmy też to robili. Okazało się, że duch „nie chce odejść”. Dzieci uznały, że to moja wina, bo jestem niechrzczona. Okropnie mnie straszyły. Również z powodu inności zrzuciły mnie ze schodów, miałam pęknięty łokieć, złamany nos. Miałam 11 lat. Rodzice zawsze dużo ze mną rozmawiali. Dlatego, odkąd pamiętam, jestem wyczulona na nietolerancję. Musimy z nią walczyć poprzez rozmowę, uświadamianie, edukację. Kiedy ojciec [Jacek Ostaszewski, muzyk, współzałożyciel grupy Osjan] rozpoczął współpracę z Ośrodkiem Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu, a w Karkonoszach, w Przesiece, powstawał ośrodek buddyjski, wynieśliśmy się tam razem z rodzinami wielu przyjaciół. Kwitło cudowne życie towarzyskie, wędrowało się od domu do domu. Trzymaliśmy się razem. Artyści, nauczyciele buddyjscy, mnisi. Odwiedzali nas barwni ludzie z całego świata. Chodziliśmy ubrani kolorowo. Ludzie nie rozumieli naszej inności, może się jej bali.

>> Czytaj także: Katarzyna Nosowska – być jak Hiroshima i Nagasaki

Jeździłaś z ojcem na koncerty?
Tak. Kiedyś zabrał nas do Jarocina. Podekscytowani w ogóle nie chcieliśmy spać, a koncert był strasznie późno. Siedzieliśmy z rodzeństwem za sceną i… zasnęliśmy w trakcie koncertu. Mój brat Kuba, który jest muzykiem, kompozytorem, więcej jeździł z ojcem na Jazz Jamboree. Ja jeździłam na warsztaty, które ojciec prowadził. Przyjeżdżali na nie aktorzy z całego świata. Mogłam ich podglądać. W Przesiece mieszkaliśmy trzy lata.

>> Czytaj także: Paulina Młynarska – w wędrówce z gwiazdy na gwiazdę

A twój rodzinny Kraków?
Oglądałam spektakle Kantora, wszystko, co działo się w Starym Teatrze. Odkąd pamiętam, rodzice zabierali mnie do filharmonii. Oglądałam filmy Herzoga, Bergmana. W liceum chodziłam ubrana na czarno, czytałam Dostojewskiego, Baudelaire’a, Lautréamonta. Byłam dość egzaltowana. Kiedy zdałam do szkoły, wydawało mi się, że od razu będę grała Nastazję Filipowną. A kazano mi wykonywać banalne ćwiczenia: pokazać, jak się pije kawę, albo skakać jak małpa po gałęzi. To było rozczarowujące i strasznie mnie denerwowało. Irytowałam część tradycyjnych profesorów. Byłam dość pyskata, miałam własny, mocno ukształtowany jak na młodą osobę gust. Odrzucałam propozycje rozwiązań aktorskich, w które nie wierzyłam. Przez pierwszy rok byłam na wylocie. Dzisiaj wiem, że to była świetna szkoła, że to umiejętność – w pełnym szacunku dla człowieka, z którym się nie zgadzam – przeprowadzić zadanie tak, by nie mieć poczucia zdrady samej siebie. A poza tym, już po buddyjsku, dobrze z pewnej pychy zejść niżej i wrócić do tych pierwszych, podstawowych kroków. W szkole fantastycznie prowadzili mnie ukochani profesorowie: Ania Dymna, Jan Peszek, Olga Szwajgier, no i Krystian Lupa. Pozwolili zrozumieć, że aktor musi dać sobie przyzwolenie na błąd, kompromitację, nawet porażkę. Choć długo się tego uczyłam. Dzisiaj nie czuję potrzeby spełniania oczekiwań wszystkich, „oto nasza ukochana wymagająca artystka”… Kiedy coś takiego do mnie dociera, robię coś na przekór. Na przykład wchodzę w jakiś projekt komercyjny. Musimy ciągle wybijać się ze strefy komfortu. Poszukiwać.

Całą krakowską grupą przyjechaliście do Warszawy. Z Grzegorzem Jarzyną współtworzyliście TR Warszawa, odmieniając oblicze teatru. Teraz jesteś w zespole Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Same indywidualności. Łatwo być w takiej grupie?
Jestem bardzo szczęśliwa, że jestem w tym zespole. To moi przyjaciele, jesteśmy ze sobą blisko. Kiedy nie mamy prób czy wyjazdów, potrafimy całymi tygodniami siebie nie widzieć. Ale możemy na siebie liczyć, bo łączą nas pewne wartości, zarówno te artystyczne, jak i społeczne. Świat nas obchodzi. Są w tym zespole koledzy, którzy wspaniale się wypowiadają: Magda Cielecka, Maciej Stuhr, Andrzej Chyra, Jacek Poniedziałek. Magda Popławska angażuje się w sprawy zwierząt. To dla mnie ważne, bo jednak nie całe środowisko rozumie, że powinno się zabierać głos. Gdybyśmy wszyscy zaczęli głośno mówić, coś by się zmieniło. Mój ukochany autor, John Maxwell Coetzee, pisze o programowej ignorancji. Można by zrozumieć, że nie wiedziałeś. Ale nie, że nie chcesz wiedzieć, kiedy temat leży na stole.

Zawsze ci się chce? Masz siłę?
Wiele zawdzięczam moim dzieciom. One mnie motywują. W tych jasnych główkach, w ich postrzeganiu świata w pozytywnych barwach jest nadzieja. Bardzo wierzę w najmłodsze pokolenie. Kiedy jestem załamana, rozmawiam ze swoimi dziećmi. Prof. Paweł Machcewicz kilka lat temu zaprosił mnie do współpracy z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nagrałam film promujący przyszłą ekspozycję, po czym audioprzewodnik po wystawie. Chciałam dobrze poznać muzeum. Jeździłam tam wiele razy. Kiedyś zabrałam dzieci. Zrozumiały, że wojna to coś najstraszniejszego i trzeba zrobić wszystko, aby do niej nie doprowadzić. Zrozumiały, chociaż nie pokazałam wszystkiego, bo nie są jeszcze gotowe np. na tematy związane z Holokaustem czy Wielkim Głodem na Ukrainie. Obejrzały część ekspozycji o narodowym socjalizmie i faszyzmie. Na koniec usłyszałam: „Mamo, przecież ten nacjonalizm, ten faszyzm jest strasznie głupi, kompletnie bez sensu…”. To proste, cudowne dziecięce zdanie pokazało, że one zupełnie nie rozumieją takich motywacji. Tak jak nie rozumieją ksenofobii, homofobii. Uczą się w szkole polsko-francuskiej. Od początku doświadczają wielokulturowego świata. Oby szybko rosły. Najważniejsze, by rozmawiać. Często zbyt wiele energii skupiamy na tym, co złe, co kto haniebnego powiedział, tłuczemy to w mediach społecznościowych. Tracimy czas na spór.

To co robić?
Marek Edelman mówił, że jak jest źle, należy skupić się na zrobieniu czegoś dobrego, nawet małego, krok po kroku. Nie odpowiadajmy agresją na agresję. Zachowajmy jasność. Kiedy pod Teatrem Powszechnym były protesty Obozu Narodowo-Radykalnego (o którego delegalizację ciągle apeluję) przeciwko spektaklowi „Klątwa”, spędziłam tam trochę czasu. Któregoś razu przyjechała ich młodzieżówka. Zobaczyłam bardzo młode dziewczyny i chłopaków, poprzebieranych. Zobaczyłam w ich oczach zaciętość, która wynikała z zagubienia, niewiedzy. Protestowali, nawet nie bardzo wiedząc przeciwko czemu, bo nikt z nich nie widział spektaklu. Mają potrzebę wspólnoty, potrzebują idei. Są przestraszeni, niepewni. Potrzebują wykreować wroga, żeby móc się zjednoczyć w grupie. Zastanawiałam się, dlaczego nie znaleźli dla siebie innego miejsca. Może nikt ich nie porwał? Nie zaproponował nic innego, żeby poczuli się bezpiecznie? Pomyślałam, że lepiej byłoby z tą młodzieżą pogadać niż mówić, jacy są okropni, bezmyślni. Zamiast wykpić, lepiej spróbować zrozumieć.

Chciałabyś zszywać społeczeństwo? Tak jak się nauczyłaś zszywać rany?
Tak, chociaż to niełatwy czas. Bliska jest mi buddyjska idea pracy nad sobą dla dobra innych. Inaczej świata nie zmienimy. Musimy być zawsze otwarci na dialog, konsekwentni. Mieć otwarte oczy na wszystko, co podłe, niegodziwe, ale nie możemy stawać się sfrustrowani. Musimy zarażać pozytywną energią. Potrzebne są czułość, wzruszenie, umiejętność dostrzeżenia piękna. Czasem wystarczy pójść na spacer i zobaczyć, jak jest pięknie. Wróciłam teraz z Dolomitów, gdzie byłam z rodziną. Symbolicznie znalazłam się ponad problemami, ponad smogiem, w którym się dusimy. Znów poczułam przestrzeń. Oddech. Miałam chwilę dla siebie i ludzi, których kocham. Doładowałam baterie i wróciłam „gotowa na wszystko”…