Małgorzata Buczkowska – bez histerii

Małgorzata Buczkowska wciela się w rolę Marii w nowym serialu "Zasada przyjemności" (Fot. Aldona Karmarczyk /Van Dorsen Artists
Małgorzata Buczkowska wciela się w rolę Marii w nowym serialu "Zasada przyjemności" (Fot. Aldona Karmarczyk /Van Dorsen Artists

Lubi mieć wszystko poukładane, zaplanowane, a wybrała zawód, który planowaniu nie sprzyja. – rzeczywistość aktorów jest taka, że nie wiemy, co będzie jutro. jednego
dnia mamy pracę, następnego już nie – mówi. W nowym serialu „Zasada przyjemności” gra Marię, policjantkę, która, tak jak ona sama, do końca walczy o swoje.

W „Zasadzie przyjemności” strzelasz, kopiesz, skaczesz i biegasz, jakbyś wychowała się na siłowni.
Przechodziłam siedmiotygodniowe mordercze przygotowanie do takiego wysiłku: treningi z bronią, krav maga, jazda rajdowa samochodem. Przez ten czas byłam otoczona niemal samymi facetami, najlepszymi w tych dziedzinach. Przyglądałam się, jak się zachowują, słuchałam, jak ze sobą rozmawiają, podpatrywałam ich świat.

Jesteś typem podglądacza?
Ciekawość to moja podstawowa cecha, to z jej powodu wybrałam aktorstwo. Kiedy siedzę sama w restauracji, zawsze lustruję ludzi dookoła, przysłuchuję się ich rozmowom, badam mowę ciała.

Miałaś z aktorstwem styczność w młodości?
Mieszkałam na warszawskiej Pradze, chodziłam tam też do podstawówki. Do szkoły przyjeżdżał Jan Machulski ze swoją małżonką i prowadzili dramy, na których my jako dzieci mogliśmy się odnajdywać w różnych sytuacjach, odgrywając je. Złapałam bakcyla. W efekcie poszłam na egzamin do ogniska Machulskich, gdzie zaczynali też m.in. Kasia Figura czy Cezary Pazura, ale nie szłam tam z myślą o wielkiej karierze. Byłam dziewczynką, która wspinała się na drzewa, nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc nastawiałam się na znalezienie sobie czegoś, co wypełni mi czas.

Co znalazłaś?
Pamiętam, że z jednym przedstawieniem zostaliśmy zaproszeni do Berlina na teatralne spotkania młodzieży. Były lata 90., Berlin jawił się jeszcze jako powiew dalekiego Zachodu. Przeżyłam to bardzo. To był moment, kiedy poczułam, że na ten wyjazd zasłużyłam, bo zrobiliśmy coś dobrego, co zostało docenione.

Wyjazd dał ci pewność, że chcesz grać?
Miałam takie założenie po szkole, że jeżeli przez dziesięć lat utrzymam się na rynku, to będę mogła o sobie mówić :„Jestem aktorką”. Od początku zdawałam sobie sprawę, że to nie będzie łatwe, bo to nie jest wdzięczny zawód. Co roku aktorstwo kończy mnóstwo ludzi, a na rynku nie ma miejsca nawet dla połowy. Nigdy się nie oszukiwałam, że jest inaczej.

Ale wierzyłaś, że akurat tobie się uda?
Tak, miałam głęboką nadzieję, zresztą nie bez podstaw. Już w połowie czwartego roku studiów trafiłam na deski Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Grałam tam duże, skomplikowane role, kształcąc w ten sposób warsztat aktorski. Pracowałam w fantastycznym zespole, w którym mogłam się wiele nauczyć.

A wątpliwości?
Zdarzały się kryzysy związane z brakiem pracy, ale kryzys to ciekawy czas weryfikacji.

Co ci pomaga przetrwać takie momenty?
Uciekam w ciszę, w modlitwę, bardziej przypatruję się sobie. Rodzina jest dla mnie ostoją, pozwala zachować dystans. Religia przestrzenią, w której znajduję ukojenie.

Pamiętasz, co chciałaś osiągnąć, kiedy już zostałaś aktorką?
Jestem z pokolenia, które marzyło o teatrze. Wychowałam się na Czechowie, Turgieniewie i Dostojewskim. Ich język i ten rodzaj tęsknoty obecny w bohaterach jest mi bliski, bo przypomina mi babcię, która pochodziła z Krymu. Ja te postaci dobrze rozumiałam.

Musiałaś się ucieszyć na wyjazd do Odessy na plan „Zasady przyjemności”.
Przeciwnie – bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że będzie mną targało wiele emocji. I tak było, kiedy odkrywałam swoje korzenie. Poczułam bardzo mocno, że jest coś takiego jak geny, kiedy słyszałam język, który był mi wyjątkowo bliski. Pokochałam to miejsce, w którym ludzie zachowywali się jak ja: byli otwarci, serdeczni, pomocni i zaangażowani. Taka była też babcia. Jeśli coś robiła, to na 150 procent.

Nauczyła cię rosyjskiego?
W dzieciństwie mówiła do mnie czasami w tym języku, przymusowe lekcje miałam też w szkole. Ale ja się wtedy znajomości rosyjskiego wstydziłam. Kiedy na kartkówce rusycystka przesadzała mnie, żeby nikt ode mnie nie ściągał, chciałam nie umieć tego języka, nie znać go.

To się przełożyło na twoje uczucia do babci?
Nie, ale nie rozumiałam, dlaczego jest inna. Nie tylko mówiła w odmienny sposób, ale też wyglądała i poruszała się inaczej. Pamiętam doskonale jej wzrok, jakby czegoś wypatrujący. Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy. Była fascynującą postacią. Grała na gitarze, śpiewała rosyjskie romanse. Kiedy była młoda, chciała śpiewać, ale rodzice się na to nie zgodzili, bo to nie było godne zajęcie dla dziewczyny z ich klasy społecznej. Dużo po niej odziedziczyłam, spędzałam z nią przecież mnóstwo czasu. Uwielbiałam ją odwiedzać, zwłaszcza przed jej śmiercią, kiedy karmiła mnie opowieściami z przeszłości. Czułam wtedy, że wkrótce odejdzie, ona pewnie też. Zapisywałam piosenki, które improwizowała, i historie z czasów wojny, gdy zakochali się w niej Tatar i Kozak. Uczyła mnie krymskich tańców.

Kiedy wstyd, o którym mówiłaś, zamienił się w fascynację?
To stało się w szkole teatralnej na zajęciach z Edwardem Lubaszenką. Robił z nami „Braci Karamazow”. Kiedy on czytał ich w oryginale, trafiła mnie strzała Amora i pożałowałam, że kiedykolwiek mogłam się wstydzić tej kultury i tego języka. Ale to nie spowodowało, że zaczęłam się go dalej uczyć, bo nie czułam, że jest mi do czegoś potrzebny. Jeżeli coś przychodzi do mnie, to tu i teraz staram się skupiać na tym najlepiej, jak potrafię.

Aktorzy często skarżą się na szufladki, w które ich ktoś wkłada. Sprawdzasz się w określonych typach ról i potem wciąż dostajesz podobne propozycje. Brzmi znajomo?
Od roli w „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka nosiłam piętno aktorki, która specjalizuje się w histerycznym płaczu. Ja takich zadań nie lubię. Nie są dla mnie źródłem oczyszczenia ani przyjemności. Po jakimś czasie postanowiłam, że z tym koniec.

Jak długo tkwiłaś w tej szufladce?
Wierzę, że cezurą będzie właśnie „Zasada przyjemności”, bo reżyser Darek Jabłoński zobaczył we mnie siłę, której ja w ogóle nie widziałam. Przekonywał mnie, że ona we mnie jest. Uwolniłam ją na treningach.

Początki były trudne?
Kiedy pierwszy raz zjawiłam się na strzelnicy i usłyszałam odgłos wystrzału, uczepiłam się mojego instruktora – zupełnie obcego mi mężczyzny – i nie chciałam go puścić. Trzymałam go tak mocno, że miał ślady, kiedy w końcu się wyswobodził. Patrzył na mnie wtedy z przekonaniem, że z tej dziewczyny nic nie będzie. Wyszłam na zewnątrz, usiadłam przy stoliku, schowałam głowę w rękach. Od zastanawiania się, jak ze strzelania można czerpać przyjemność, rozbolała mnie głowa.

Twoja bohaterka Maria, utalentowana muzyczka, uwielbia odgłos wystrzałów.
Na początku miałam problem, żeby ją zrozumieć. Nie umiałam jej rozgryźć. To kobieta łobuz.

Sama też byłaś łobuzerką.
Moja babcia miała o to ciągłe pretensje. Chciała, żebym tańczyła w balecie, a ja wybierałam sztuki walki. Mówiła, że zachowuję się jak „malczik”. Nie przepadałam za chodzeniem w spódnicach, ale jak przychodziła babcia, mama kazała mi ją wkładać i był problem, bo wychodziły na jaw siniaki na nogach.

Co jeszcze macie z Marią wspólnego?
Tak jak ona mam instynkt, który każe mi walczyć do końca. Tylko że w moim zawodzie niewiele ode mnie zależy. Mogę być świetna, najlepsza, ale nie pasuję do partnera, więc wypadam. Strasznie trudno jest się z tym pogodzić. W innych zawodach awans bierze się z rosnącego doświadczenia.

Rola w serialu "Zasady przyjemności" wyzwoliła w Małgorzacie Buczkowskiej siłę, której istnienia nie podejrzewała. (Fot. Aldona Karczarczyk/ Van Dorsen Artists
Rola w serialu „Zasady przyjemności” wyzwoliła w Małgorzacie Buczkowskiej siłę, której istnienia nie podejrzewała. (Fot. Aldona Karczmarczyk/ Van Dorsen Artists

Miałaś ochotę zajmować się w życiu czymś zupełnie innym?
Wiele razy. Problem z aktorstwem jest taki, że każdy czuje się kompetentny, by je oceniać. Nie czytam komentarzy w Internecie, bo nie czuję się gotowa, żeby wszystko, co przypadkowi krytycy mają mi do zarzucenia, przyjąć. Jestem osobą, która lubi mieć poukładane życie. Stąpam po ziemi, lubię dyscyplinę, jestem zadaniowa. A rzeczywistość aktorów jest taka, że my naprawdę nie wiemy, co będzie jutro. Jednego dnia mamy pracę, następnego już nie. Taki styl życia jest trudny, zwłaszcza kiedy ma się rodzinę.

Pokazujesz dzieciom swoje trudne role?
Najstarszy syn Franek ma 13 lat, to za wcześnie, żeby oglądać filmy, w których występuję. Dobieramy dzieciom z mężem repertuar świadomie.

Przecież wystarczy, że wpiszą nazwisko mamy w wyszukiwarkę.
To już się zdarzyło i mieliśmy długą rozmowę, że na pewne rzeczy jest jeszcze za wcześnie. Pamiętam, jak Franek miał dwa lata, a ja niańczyłam go, jednocześnie ucząc się tekstu. Powtarzałam sobie moją rolę na głos, kiedy on układał klocki. Powiedziałam wtedy coś bardzo poważnie, a on spojrzał na mnie przerażony i zapytał, co robię. Już wtedy musiałam mu jakoś wytłumaczyć, że to nie mama powiedziała, tylko postać. Potem grałam w jakimś miłym serialu. Poprosiłam go, żeby przegadywał ze mną kwestie. Szybko się ich nauczył na pamięć i podrzucał mi dialogi partnera, dzięki czemu lepiej rozumiał, że kogoś udajemy, jesteśmy kimś innym.

Dzieci podłapują fascynacje rodziców?
Ani ja, ani mój mąż [Ksawery Szlenkier – przyp. red.] nie namawiamy, żeby szły w nasze ślady. Kiedyś, jak były małe, i mówiliśmy, że idziemy grać, to pytały, na czym [śmiech]. Teraz, oczywiście, wiedzą więcej. I wybiorą kiedyś własną drogę.

Małgorzata Buczkowska rocznik 1976; aktorka. W teatrze debiutowała w 1998 r. w rodzinnych Kielcach, w kinie ( „Chopin. Pragnienie miłości”) – cztery lata później. Najbardziej znana jest z ról w filmach Juliusza Machulskiego („Ile waży koń trojański?”, „Kołysanka”), Mariusza Grzegorzka („Jestem twój”) czy Agnieszki Smoczyńskiej („Fuga”). Jest w związku z aktorem Ksawerym Szlenkierem.