Marek Kondrat: „Żyję niespiesznie i lubię bezpieczną rutynę”

Marek Kondrat, fot. Rafał Masłow

Pewnego dnia aktorstwu powiedział „stop” i się tego trzyma. Zajął się winem i kulturą jego picia, bo jak mówi: „Mniej wódczanej doraźności i zaklinania starych grzechów, a więcej myślenia i rozmów o tych, co przyjdą po nas, ma sens”. Dziś obchodzi 69. urodziny. Marek Kondrat żyje niespiesznie i lubi bezpieczną rutynę. W rozmowie z Hanną Halek zdradza, jak się nią nie znudzić.

Po latach wróciłeś do Krakowa. To wina wina?
Życia może raczej, chociaż jak tak sobie myślę, to chyba nic mnie przez nie jakoś specjalnie nie prowadzi. Adaptuję się w podsuniętych przez życie miejscach i… się nie bronię. Teraz Kraków? Proszę bardzo. I przyznaję, że z tej krakowskiej bajki jestem zadowolony. To dobre miejsce na mój wiek, bo daje mi poczucie, że żadna ciężarówka nie przejedzie mnie nagle na pasach.

A w ludziach co tu dobrego?
Od kilku lat mam tu nieduże grono znajomych i się ich trzymam. Nie ładuję się w nowe sytuacje towarzyskie, które wymagają jakiejś nadaktywności, próby pozyskania czyjejś aprobaty czy zadawania sobie pytań, na które koniecznie trzeba znaleźć jakąś odpowiedź. Tym się nie zajmuję.

To czym się tu tak naprawdę zajmujesz?
Codziennością, powtarzalno-rutynowymi zajęciami. Mam dwa szczeniaki wymagające opieki i stałych spacerów. One zajmują się sobą, a ja nimi. Poza tym mam firmę, w której zatrudniam kilkanaście osób i która jest realizacją założeń, które gdzieś tam sobie kiedyś postanowiłem. Albo o nich powiedziałem nieopatrznie, a jak się powiedziało, to…

…nie wolno rzucać słów na wiatr?
Tak, tego robić nie należy. Co poza tym? Sporo czasu zajęła mi książka „Winne strony” i pewna dyscyplina, która się z jej napisaniem wiązała. I myślę, że ta dyscyplina jest chyba najtrudniejsza dla człowieka i jego zakodowanej wolności w sobie. Ale dałem radę.

Marek Kondrat, fot. Rafał Masłow

W książce cytujesz Owidiusza: „Wino otwiera serce na miłość”. A jeśli ktoś nie pije?
To inaczej musi sobie to serce otwierać. W książce nie polemizuję z innymi próbami mierzenia się z życiem. Każdy scenariusz uważam za dobry, jeżeli wynika z jakiejś świadomości działania, z każdą minutą życia też coraz bardziej wyzbywam się chęci porównywania i prób wpływania na kogoś, więc nawet gdy opowiadam o winach, to podkreślam, że najlepsze z nich jest to, które akurat tobie smakuje. Nie jestem ortodoksem, a w książce próbuję opowiedzieć, że wino to nie jest wyłącznie napój alkoholowy, jak chce polski ustawodawca, bo ma ono jakieś zaplecze, jest przy człowieku od wieków i z czegoś to wynika. I że tam, gdzie rośnie, to jakoś nam się na ogół podoba, zgadza się z klimatem, reakcjami międzyludzkimi, jedzeniem, satysfakcją z chwili i powtarzalnością, która dla mnie jest warunkiem bezpieczeństwa, o ile mnie nie znudzi. W czasie, w którym się teraz znajduję, wszystko się fajnie zagęszcza, wiąże, z siebie nawzajem wynika.

I to jest bonus w tej grze?
Jak najbardziej, bo gdyby upływ czasu wiązał się wyłącznie ze zmianą fizjonomii i utratą sił, byłoby marnie. To, o czym mówię, jest natomiast ekwiwalentem, który sprawia, że człowiek się uspokaja i zyskuje wyobraźnię dotyczącą o wiele większej przestrzeni, niż on sam potrafi siebie w niej umieścić. Po czym stwierdza, że mnóstwo haseł czy uczynków, które wydawały mu się kiedyś milowe, są jednymi z wielu. Więc tu przychodzi jeszcze wniosek – to czego dokonuję, nie musi być wiekopomne.

Ale jesteś znany. Myślisz, że masz jeszcze szansę to odwrócić i pobyć szarą eminencją życia?
Mam teraz silny odruch poszukiwania pewnego incognito i być może wynika on z nadmiaru, który miał miejsce. Nie lubię już być w centrum uwagi, ale nie jestem w stanie spełnić tego do końca, bo pewne historie, które podejmuję, siłą rzeczy wpychają mnie w sytuacje otwarte. Wolałbym być dziś anonimowym człowiekiem, który opowiada o winach, bo widzę, że ludzie mają skłonność do przylepiania etykietki: „Łatwiej mu, bo jest znany”. Jestem w stanie to zrozumieć, aczkolwiek nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, tak jak żadnego związku z nią nie miał fakt, że byłem synem znanego aktora, gdy zostałem aktorem, bo to nie był żaden glejt do uprawiania zawodu, z którym dziś nie czuję zresztą żadnego związku. Nie da się do końca pozbyć z człowieka pewnych wyuczonych odruchów. Staram się nie myśleć źle o swojej byłem profesji, ale chcę wyzbyć się związku emocjonalnego, bo ten zawód cały jest przecież emocją, a nie intelektem. Jest tak, jak podkreślał mój mistrz Gustaw Holoubek: „Do serca trzeba dochodzić głową, a nie zdawać się wyłącznie na emocje”. Ja w każdym razie widzę szczęśliwe okoliczności związane z moim rozstaniem z aktorstwem, choć jego entourage do dziś bywa dla mnie nieznośny, bo cały czas ktoś chce zaglądać mi w życie. No, ale tu także ograniczam swoje emocje i wino też mi w tym pomaga. Po jednym kieliszku jestem tak tolerancyjny, że hej.

Z kim byś się wina nie napił?
Z każdym można się napić. Mam, oczywiście, typy, których nie zaprosiłbym do domu. Wkurzam się na przykład, gdy widzę deklarowane i nieuzasadnione egzaltacje w imię tzw. wyższych celów. Żenują mnie ludzie opowiadający ci natychmiast i łatwo o rzeczach intymnych. Ale potem myślę sobie: „Nic się nie stało”. I cześć.

Nie wierzę, że czasem nie tupniesz.
Czasem coś mi w środku podskoczy, ale staram się to powściągać, czyli to raczej kierunek uniku. I wiesz co? To jest wszystko wbrew pozorom cały czas rozmowa o winie. To są te profity płynące nie z butelki i jej zawartości, ale z całej cywilizacji tę butelkę otaczającej, w tym ludzi, których poznałem pod wieloma szerokościami geograficznymi. Co z kolei sprawia, że nie mam w sobie deklarowanych odruchów patriotycznych, ograniczających się do zjawisk typu sztandar, wypowiedź w imieniu, pieśń i romantyczna pięść. Na tym się wychowałem i dobrze to pamiętam, ale czas, który spędziłem przy winie, otworzył mi świat szerzej, pokazał tych, którzy żyją prosto, dziś, wczoraj, gdzieś i mają podobne problemy do moich, w tym jeden główny, który nazywa się życie.

Marek Kondrat, fot. Rafał Masłow

A już myślałam, że…
Spokojnie. Wiem już, że czas można pokonać ładnie jak ci ludzie, których spotkałem z powodu wina. Ludzie, którzy określają cały świat tym, co robią, i organizują życie za pomocą rzeczy drobnych, acz ostatecznie nieśmiertelnych. Bo w wykopanej przez nich w skale piwnicy następne pokolenie złoży butelki, a potem wykopie kolejne kilka metrów i tak dalej… Jest to więc ich odcinek powinności na to akurat życie. A w międzyczasie przyjedzie jakiś facet z Polski i powie: „O rany boskie, jakie to piękne!”, i już wie, że też może się w ten ciąg przyczynowo-skutkowy włączyć. Zabawa w życie trwa więc dalej! W Polsce mogłoby być podobnie, może warto mimo całego świata i jego problemów robić też przy okazji swoje? Włożyć wysiłek w coś, co będzie trwało, na czym będzie można budować dalej? Wspominam o tym, bo widzę tu deficyt konsekwencji. Nie macham sztandarem, ale tu płacę podatki i uważam to za wystarczającą ilość patriotyzmu, którą bezpośrednio wpływam na rzeczywistość.

Myślisz, że gdyby ludzie pili tu wino zamiast wódki…
Jestem za! Mówię to z uśmiechem, ale ja w to naprawdę wierzę, że kultura alkoholowa ma na nas ogromny wpływ. Jesteśmy, niestety, wychowani na zupełnie innym trunku. Agresywnym, nieszukającym zgody i sprawiającym, że musimy się przepoczwarzyć, by – tak nam się wydaje – być sobą. Ale wóda jest krótka. Już po secie stajemy oko za oko, wet za wet. Ogarnia nas niski stan, w którym nagle wyłażą na jaw jakieś nasze złogi, coś takiego, co dałoby się rozwiązać, gdyby się piło kieliszek wina do kolacji, który pomaga w rozmowie, we wzajemnym oswojeniu, w zwykłym posiedzeniu sobie, poza pracą i obowiązkami. Oddmuchując hierarchiczność wina i jego ekskluzywność, chciałbym, byśmy nie byli spanikowani tym, że jest ono czymś dziwnym i niedostępnym, bo flaszka za trzy dychy to nie tak źle jak na cały wieczór. I mam nadzieję, że to, co robię, jest początkiem tego tunelu w skale, który powstanie za parę pokoleń. Mniej wódczanej doraźności i zaklinania starych grzechów, a więcej myślenia i rozmów o tych, co przyjdą po nas, ma sens. I niewykluczone, że jest to sens jedyny.

Wywiad pochodzi z miesięcznika Zwierciadło 12/2015.