fbpx

Marek Niedźwiecki – głos, który zna cała Polska

Marek Niedźwiedzki: Australijczyk
Marek Niedźwiecki (fot. Rafał Masłow)

Marek Niedźwiecki odchodzi z Programu Trzeciego Polskiego Radia. Przypominamy archiwalny wywiad, w którym opowiedział nam o stacji, w której spędził ponad trzy dekady i która sprawiła, że jego głos zna cała Polska.

Jak pachnie studio radiowe?
Stare radio pachniało kurzem. Kurz i rozgrzane magnetofony, na których kręciły się taśmy.

To właśnie ta magia?
Ktoś mnie kiedyś zapytał, czym się różni radio od telewizji, a ja, nie namyślając się wiele, odpowiedziałem, że jak w studiu radiowym zapala się czerwone światełko przy mikrofonie, to od tej chwili mogę zrobić ze słuchaczami wszystko. A w telewizji odwrotnie, kiedy w kamerze zapala się czerwone światełko, to ze mną można zrobić wszystko. Coś w tym jest. Oczywiście, nie wiem, na czym dokładnie polega magia radia, gdybym to wiedział, byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Ale wiem, że to coś dosięgło mnie już w dzieciństwie. Wychowałem się w małym miasteczku, w Szadku, w takich czasach, że na początku nie mieliśmy jeszcze telewizora. I to radio było łącznikiem dla całej rodziny, siadaliśmy w niedzielę i razem słuchaliśmy Teatru Polskiego Radia. Na Jedynce, bo Trójka nie docierała wtedy jeszcze do mniejszych miejscowości. Szybko stałem się samodzielnym, wymagającym, powiedziałbym, że trochę upierdliwym słuchaczem. Co tydzień wysyłałem kartki pocztowe, głosując na listę przebojów Radia Rytm. Myślałem, że jestem kompletnie anonimowy, a po latach okazało się, że te charakterystyczne żółte kartki ze znaczkiem po 40 groszy lądowały w redakcji na tablicy korkowej. Przywieszali je, bo przypominały małe dzieła sztuki, pracowicie powypisywane kolorowymi flamastrami.

Co by pan robił w życiu, gdyby nie został radiowcem?
Nie byłoby mnie. Pamiętam, jak koleżance z oddalonej od Szadka 12 kilometrów Zduńskiej Woli zwierzałem się w liście, że chciałbym pracować w radiu. Choć to prawda, że wtedy było to marzenie z tej samej kategorii co lot w kosmos.

Nigdy nie myślał pan, żeby pójść w ślady taty? Masarnia nie wchodziła w grę?
Nigdy w życiu. Nie jestem wegetarianinem, ale nie byłbym w stanie zabić zwierzęcia. Poza tym boję się widoku krwi. Nawet jak pobierają mi krew do badania, zwykle mdleję. Nie byłem fanem wizyt w masarni. Mama prosiła: „Idź, zawołaj tatę na obiad”. Pamiętam zwisające tusze krów, świń i tatę w fartuchu. Choć podobno jak byłem mniejszy, pracownicy stawiali mnie na stole, prosili, żebym powiedział wierszyk albo zaśpiewał piosenkę, a w zamian bardzo uradowany dostawałem kawałek kaszanki. Tak naprawdę w szkole średniej marzyłem o anglistyce, ale bałem się, że mnie nie przyjmą, a czasy były takie, że jak się nie dostałeś na studia, to automatycznie szedłeś do wojska. Wybrałem w końcu politechnikę. Wydział budownictwa, nie najtrudniejszy – mechanika czy chemia nie wchodziła w rachubę, nie dałbym rady. I rzeczywiście, z wykształcenia jestem magistrem inżynierem technologii organizacji budownictwa, mógłbym być szefem budowy. Chociaż na Politechnikę Łódzką poszedłem tylko przez radio.

Jak to?
Moja starsza siostra studiowała tam włókiennictwo i ja, jeszcze będąc w liceum, przywoziłem jej czasem z Szadka od rodziców wałówkę. I to ona mi powiedziała: „Widzisz to pudło? Tam, obok zegara? To studenckie Radio Żak”. I ja wtedy wymyśliłem sobie, że koniecznie muszę się do Żaka dostać. Udało się od razu po tym, jak rozpocząłem studia. Już w październiku był pierwszy nabór i ja się dałem nabrać. To był pierwszy raz, kiedy usiadłem, trudno powiedzieć, że w studiu, raczej w zwykłym pokoju wygłuszonym opakowaniami po jajkach, żeby głos nie odbijał się od ścian, jako że mikrofony były dość słabe. Ale magia już była. Byłem spikerem, prowadzącym, czytałem koncert życzeń. Nigdy nie miałem takiej myśli, że mógłbym robić co innego. Poważnie. Jeszcze w Szadku chodziłem po lesie i układałem całe audycje w głowie. Prowadziłem zeszyty – notowałem to, co mówili prezenterzy Radia Luxembourg czy American Forces Network, radiostacji dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie. Notowałem składy zespołów, tytuły, ciekawostki, robiłem swoją prywatną encyklopedię. Od zawsze chciałem być panem Markiem z radia, mimo że nigdy nie byłem przebojowy.

A jaki pan był?
Raczej nadwrażliwy, a na zewnątrz cichy, spokojny, nie wadziłem nikomu. Rumieniłem się przy byle okazji. Taki chłopak z prowincji.

Kiedy przestał pan tak o sobie myśleć?
Chyba nigdy nie przestałem. Jak idę na bazarek obok swojego domu, kupuję jabłka u pana Krzysia, a całą resztę u pani Alicji, to czuję się, jakbym był w małym mieście. Znamy się tyle lat. Dziś kupiłem pół kilo podgrzybków, chyba ostatnich w tym sezonie. Z domu do pracy mam kilkanaście minut jazdy, jestem w radiu kilka godzin, potem pochodzę po okolicy, zwykle po Łazienkach, bo tu ładnie, a staram się robić 10 tysięcy kroków dziennie.

Mnie rutyna, powtarzalność dni przeraża.
A ja ją lubię. Budzę się zawsze o szóstej, bez budzika, nawet po zmianie czasu. Zaczynam dzień od Trójki, śniadanie, pranie, potem idę na wspomniany bazarek. W drodze do pracy włączam radio i to jest jedyny moment, kiedy słucham konkurencji.

Jakich stacji?
Radia Pogoda, Chilli Zet, RMF Classic. Jak jadę w dłuższą trasę, to też przesłuchuję, co grają i mówią inni.

I jak? Podoba się panu?
Czasami mnie coś zaskoczy, czasami zdenerwuje. Nie chcę być upierdliwym gościem, który krytykuje kolegów, poza tym każdy pracuje na swoje nazwisko, ale jednak mówi się zespół „Jurytmiks” i jak ktoś mówi „Ełrytmiks”, to jednak trochę mnie to boli.

Zostawił pan kiedyś Trójkę. Na dwa lata.
Wtedy, w 2007 roku, czułem, że muszę tak postąpić. Ale była to decyzja z serii „na przekór mamie odmrożę sobie uszy”. Czekały tu na mnie rzeczy, mój kwiatek w doniczce był podlewany. Wróciłem do siebie.

Dyrekcja Polskiego Radia znowu może się zmienić. Znowu może pan stanąć przed trudną decyzją. Nie boi się pan tego?
Nie myślę o tym. Świat daje mi dostatecznie dużo powodów do zmartwień. Zamachy, spadające samoloty, teraz straszą, że wędliny powodują raka, a ja całe życie jem wędliny. Dzieci, które urodzą się w tym roku, zobaczą, co będzie za 50 lat, jak to się wszystko potoczy, a ja się cieszę, że nie zobaczę.

Jest pan wymagający wobec ludzi?
Absolutnie nie. Nawet z asertywnością bywa u mnie kiepsko, choć i tak jest dużo lepiej, niż było. To chyba przychodzi z wiekiem, jestem coraz mniej cierpliwy, nie mam już tyle siły, żeby poprowadzić dużą imprezę w hali sportowej. Kiedyś zupełnie nie potrafiłem odmówić, na pewno bym otworzył, kupił od sympatycznych dziewczyn kartki na rzecz jakiejś fundacji, odpowiedziałbym na ankietę sympatycznego pana. Dzisiaj po prostu nie otwieram, jeśli ktoś nie był umówiony. Choć nie zawsze ta moja asertywność działa.

Marek Niedźwiedzki, rocznik 1954, dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy. Pracował z początku dla Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej, następnie wygrał konkurs na spikera w Radiu Łódź, podejmując także współpracę z Programem Pierwszym Polskiego Radia. Do radiowej Trójki trafił w roku 1982. Najbardziej znaną prowadzoną przez niego audycją była „Lista przebojów Programu Trzeciego”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze