Maria Peszek: Muzyka mnie zasysa

Maria Peszek, fot. Warner Music

Ze sceny śpiewa o sprawach, o których rzadko kiedy śpiewa się popowe piosenki. Maria Peszek opowiada o tym, jak rodzi się nienawiść i skąd w człowieku bierze się potrzeba niszczenia.

Kim jest „samotny tata” z jednej z twoich piosenek?
Tam, gdzie chodzę na spacery po parku, niedaleko mojego mieszkania, zobaczyłam ogłoszenie na słupie „Samotny tata szuka samotnej mamy”. Plus kilka słów, że Internet zawodzi, trudno poznać kogoś wartościowego, może uda się w ten sposób. Bardzo mnie to wzruszyło, pomyślałam, że to piękny pomysł na piosenkę. I ją napisałam. A parę tygodni później ta historia miała swój ciąg dalszy. Znowu szłam tamtą drogą, patrzę, jest odpowiedź: „Nie jesteś sam!”.

A „Żołnierzyk”? „To, co z niego zostało, w worku mi przysłali, w worku na śmierci. Jak mięso. Jak śmieci”. To o Ukrainie?
Widziałam zdjęcie z wystawy World Press Photo, zatytułowane – jeśli dobrze pamiętam – „Wdowa” – młoda dziewczyna szaleje z rozpaczy, a u jej stóp leży worek na ciało ze skrawkami, „worek na śmierci”. Ale to nie jest piosenka o Ukrainie. Ani o Syrii, ani o Iraku, bo to byłaby publicystyka, coś bardzo doraźnego, a mnie jednak chodzi o poezję. Publicystyka jest doraźna i wywołuje agresję, a poezja porusza i trwa. Śpiewam o bezsensowności zabijania w ogóle. Piosenkę „Krew na ulicach” napisałam jeszcze przed atakami w Paryżu. Napisałam, a potem stało się to, co się stało, i mnie samą to przeraziło.

Przyzwyczaiłaś publiczność, że każdy twój kolejny album to zupełnie inna bajka, inna odsłona. Mam wrażenie, że „Karabin” to ciąg dalszy „Jezusa Marii Peszek”. Sama zresztą nawiązujesz do tytułu poprzedniego albumu – śpiewasz „Jaka ze mnie gwiazda? Chyba że Dawida. Jezus Maria Peszek, syn i córka Żyda”.
Ktoś mi zwrócił uwagę, że na „Karabinie” jest zdecydowanie mniej „ja”. Wcześniej śpiewałam: „nie ogarniam”, „śni mi się”, a teraz poza tą jedną piosenką prawie nie używam czasowników w pierwszej osobie. Ale moje płyty nie powstają dlatego, że wychodzę z założenia, że oto teraz pokażę wam coś zupełnie innego niż dotychczas. Cały proces twórczy bierze się z potrzeby wypowiedzi na tematy, które nie dają mi spokoju. I musi to być coś na tyle mocnego, żebym chciała na półtora roku wpakować się w proces produkcji płyty. Kieruję się intuicją, daję się jej prowadzić. Myślę, że w ogóle na tym polega rola artysty – to taki trochę przeczuwacz, ktoś, kto odbiera podskórne drżenia, a potem przekłada to na swój język, swoimi środkami wyrazu. Mnie wciągnął temat nienawiści. Skąd się bierze w człowieku taka ogromna, nieprzeparta potrzeba niszczenia? W tym sensie moja nowa płyta to może faktycznie kontynuacja, bo zaczęło się od percepcji „Jezusa…”. Niektóre reakcje na tamten materiał do dzisiaj trudno mi pojąć, skala emocji była niewyobrażalna. Jak to się już przetoczyło, na zimno próbowałam zrozumieć, co się takiego stało, jak działa ten mechanizm, jak się nakręca.

„Boję się słów jak naboje” – ale przecież ty też potrafisz celnie strzelać. Ci, których oburzył „Jezus Maria Peszek”, zarzucali ci bluźnierstwo. Że opluwasz tradycyjne wartości, burzysz porządek rzeczy.
A mnie się wydaje, że bardziej chodzi o zgrzyt. Niezbyt często zdarza się, żeby ktoś śpiewał popowe kawałki na takie tematy. Przypisuje się mnie do alternatywy, ale to jednak w jakimś sensie pop, piosenki z dobrymi melodiami. Pozostaje kwestia, czy kobieta w ogóle może mówić takie rzeczy. Że nie chce mieć dzieci. Czy Polka może deklarować, że nie chce ginąć za ojczyznę? Ale jeśli ktoś uważnie wsłucha się w słowa, to będzie wiedział, że śpiewam do ludzi, uzmysławiając im, że wszystko zależy od nich samych. Każdemu zostawiam wybór. Jeśli śpiewam „Ej, Polacy katolicy”, to dodaję „zapominamy”, a nie „zapominacie”. A zapominamy o tym, że słowo może stać się ciałem, ale i może zabijać. I chodzi o nas, a nie jakichś was, nawet jeśli sama jestem ateistką. Mam poczucie, że to bardzo pacyfistyczna wypowiedź. Chciałam zrobić płytę o nienawiści, rzuciłam się na łeb na szyję w ten temat, a wyszła mi płyta o wolności. Pilnowałam się, żeby nie było w tym wszystkim agresji.

Tylko że kiedy śpiewasz o polskim hejcie, kiedy cytujesz fragmenty postów na twój temat, ta agresja i tak wylewa się z każdego słowa.
To też jest wypowiedź pacyfistyczna, ale środki są dostosowane do naszych czasów. O ile 40 lat temu można było protestować wobec agresji, wsadzając kwiaty w lufy karabinów, o tyle teraz, i to wiem na pewno, takie gesty już nie zadziałają. Żyjemy w czasach, kiedy codziennie odcinane są setki głów i jeszcze się to filmuje. Gdybym zaśpiewała: „Ktoś mi dzisiaj powiedział, że jestem nieładna”, to kogo by to obeszło, kto by tego wysłuchał? Nie ten język, nie ten przekaz. Zdecydowanie wolę prawdę. I skoro ktoś pisze mi, że mnie spali czy że mnie zatłucze, to trudno mi nie sięgać po te drastyczne środki.

Internet to ściek.
Kiedy wyszedł singiel, natychmiast rozdzwoniły się telefony z pogróżkami. Do mojego menedżera [i partnera życiowego – przyp. red.], czyli do Edka. Jak można do kogoś zadzwonić i grozić mu śmiercią? Bardziej mnie to zadziwia, niż dotyka.

Edkowi dedykujesz wzruszające „Tu i teraz”. Prosisz, żeby obiecał ci, że nie umrze przed tobą. W branży muzycznej uchodzicie za idealną parę. Zaprzeczeniem tego, o czym pisze szwedzka feministka Maria Sveland, że „za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta ze zmęczonymi nogami i migreną, a za każdą odnoszącą sukcesy kobietą jest rozwód”.
To może tak z daleka wyglądać, że za mną, osobą rozpoznawalną, stoi mój partner. Są takie klisze, że ktoś w związku musi być bliżej ziemi, jest bardziej odpowiedzialny za stronę organizacyjną. Albo to kwestia środowiska, w którym się obracam, albo zmieniających się czasów, ale nie widzę wokoło samych takich jednostronnych układów. Przeciwnie. Chociaż Edek sam siebie nazywa człowiekiem cieniem, on także jest artystą, współtworzy płyty. Odpowiada za ich stronę wizualną. I kiedy przychodzi jego kolej, moment, w którym to on włącza się w proces twórczy, ja wtedy stoję za nim, muszę ogarniać to, co bliżej ziemi.

Maria Peszek, fot. Warner Music

Deklarujesz, że chodzisz na wybory, że dla ciebie to właśnie jest postawa patriotyczna. Ale czy są politycy, którzy rzeczywiście reprezentują twoje poglądy? A może głosujesz na mniejsze zło?
Nie rozumiem tych, którzy tłumaczą, że zostają w domu, bo nie ma kogo wybrać, to jest dla mnie jakaś dziwaczna postawa, dowód niedojrzałości: na złość mamie odmrożę sobie uszy. Patrzysz z założonymi rękami, co się dzieje w twoim kraju. Zawsze głosuję, nawet jak jestem na drugim końcu świata, ostatnio głosowałam w Wietnamie, w Hanoi. Mam wyraźne, sprecyzowane poglądy, o tym też mówią moje piosenki, ale jednocześnie bardzo źle znoszę, jak ktoś naciska mnie w sprawie poparcia dla jakiegoś ruchu, idei, akcji. Odpowiadam: „Absolutnie nie”. I jeśli pytasz, na kogo głosuję, to nie odpowiem. To bardzo intymna sprawa.

To są twoje granice intymności? Rozmawiam z Marią Peszek, która ze sceny śpiewa, że nie chce być mamą. Niektórzy latami nie są w stanie się do tego przyznać w zaciszu własnego domu.
Wiem, że mój wizerunek sceniczny może mieszać się z prywatnym. Że uchodzę za kogoś totalnie otwartego, kogo można zapytać o wszystko. Chociaż muszę ci powiedzieć, że odczuwam to bardziej ze strony dziennikarzy. Ludzie, których spotykam na koncertach, ale też ci, którzy podchodzą do mnie na ulicy, nie przekraczają tych granic. Bo to jasne, że mam swoje granice i że wyznaczam je sama. I też mogę je sama zmieniać. A polityka to brudna sprawa, jak zacznę się na ten temat wypowiadać, stracę wiarygodność jako artystka. To droga bez powrotu.

Nie brakuje ci teatru?
Dziesięć lat nie zajmuję się teatrem, ale rozumiem, skąd się bierze to pytanie. Z byciem aktorem jest trochę tak jak z byciem księdzem, nie można nim ot tak, przestać być. Ale na aktorstwo nie mam czasu ani energii. Muzyka mnie zasysa.

Co działa na jej korzyść?
I tu zataczam koło, bo znowu chodzi przede wszystkim o wolność. W teatrze byłam odtwórcą, puzzlem wyobraźni reżysera. Wspaniałe doświadczenie, ale w pewnym momencie przestało mi wystarczać. Teraz stwarzam swój własny świat. Wychodzę na scenę i robię, dosłownie, swoje. Poza tym na koncertach jestem bliżej ludzi. Niby z teatrem też wyjeżdżaliśmy na spektakle gościnne, ale to absolutnie nie to samo.

Jeździsz po kraju. Po miejscach, do których być może nigdy byś nie trafiła, gdyby nie wykupione bilety na twoje koncerty.
To jedna z bardziej niesamowitych stron tego, co robię. Mam do czynienia z ludźmi czasem z bardzo odległych i bardzo małych miejscowości. Żywy, dobry osobisty kontakt. Podpisuję płyty, gadam, patrzę.

I co widzisz? Jaka jest ta Polska A, B, C i D, o której śpiewasz?
Ludzie uśmiechają się znacznie częściej niż parę lat wcześniej. Takie przynajmniej miałam odczucia, kiedy jeździliśmy z poprzednią płytą, zobaczymy, jak będzie teraz. Ale mam też na myśli te najbardziej podstawowe rzeczy. Kiedyś musieliśmy w ogóle inaczej planować trasy, bo potrzeba było więcej czasu na dojazdy, hotele były inne niż teraz. Ale też otwartość ludzi była mniejsza. Ostatnim razem zagraliśmy sto paręnaście koncertów. Z początku myśleliśmy, kurczę, co to będzie, takie poważne tematy, a to był mój największy sukces koncertowy. Tak że „Don’t judge a book by its cover” [z ang. „nie oceniaj książki po okładce”, to także cytat z piosenki z nowego albumu – przyp. red.]. Publiczność jest wspaniała i coraz wspanialsza. Ja zresztą mam niezachwianą wiarę w ludzi.

Kiedy piszą o tobie „znana polska skandalistka”, to…
Wiem, że to fajnie brzmi, że wygodnie przyczepić komuś taką etykietkę i że dzięki temu lepiej się sprzeda gazeta.

A ty jak o sobie myślisz?
Ja myślę, że jestem Marią Peszek.