fbpx

Marilyn Monroe – Ołowiany motyl

Marilyn Monroe - Ołowiany motyl
fot. BEW

Gdyby żyła obchodziłaby dzisiaj 94. urodziny. Z tej okazji przypominamy materiał, który ukazał się w zeszłorocznym sierpniowym wydaniu magazynu „Zwierciadło”. Wspominamy w nim życie oraz karierę aktorki.

Normo Jeane, widzę Cię! Stoję przed Tobą, ja, Marilyn Monroe, Gwiazda kina. A Ty mnie nie widzisz? Bo ja Ciebie stale… Czy to nie zabawne – nie wiem, kim jestem tymczasem tysiące kobiet pragną być mną! Co Ty na to, Normo Jeane? Ty też przecież chcesz od dziecka, chcesz być sławną aktorką! Żaden problem, zaraz to załatwimy. Proszę bardzo, oto podkład, puder, tusz i sztuczne rzęsy.

Marilyn ma czarny i czarujący pieprzyk jak „muszka” XVIII-wiecznej damy z Europy. I włosy tak rozjaśnione, że prawie białe. To jej znak rozpoznawczy. Godzinami siedzi przed lustrem i nakłada makijaż. Gdy się rozpłacze, musi wszystko zmyć i malować się od początku. Głowę wkłada pod wodę nieraz po kilka razy i suszy, i fryzurę układa wciąż od nowa, bo przeistoczenie powinno być perfekcyjne. Dlatego wszędzie się spóźnia, na bankiety, na plan filmowy, na randki. O czym myśli, gdy tak uporczywie patrzy w lustro, czyli w oczy Normy Jeane z Los Angeles, którą była przez pierwsze 20 lat swego życia, zanim obcięła długie ciemne loki? Szaroniebieskie oczy Normy są przerażone. Ale Marilyn czuwa, przyszpila wzrokiem wizerunek w szklanej tafli, aż tęczówki błękitnieją. Teraz uśmiechają się obie. Uśmiech Normy nie jest idealny, dolna warga dominuje, ale Marilyn, po korekcji zgryzu, ma usta cudowne, właśnie takie, o jakich marzą kobiety. I mężczyźni, oczywiście! Bo M.M. jest wcieleniem marzeń! Norma Jeane, brzydka i przerażona, znika z powierzchni lustra. Chowa się głębiej… Poczucie podwójnej osobowości nigdy nie opuści Marilyn Monroe. Gdy wreszcie wychodzi ze swojego mieszkania, w którym wszystko jest białe jak w laboratorium, pozostawia w białym domu czarne myśli.

Czarna dziura

Jako dziecko byłam nieszczęśliwa. Nikt mnie nie kochał, własna matka oddała mnie zaraz po urodzeniu rodzinie zastępczej, przychodziła tylko w weekendy. Potem ta rodzina wzięła sobie inne dzieci, a mnie przekazano ciotecznej babce, której nie znałam. Tak, popchnęłam przybraną siostrę na gorący piec, ale byłam strasznie samotna i nikt tego nie zauważał. Potem oddawano mnie z rąk do rąk, nawet do sierocińca. Gdy miałam 16 lat, wyszłam za mąż za chłopaka z sąsiedztwa, żeby do kogoś należeć. To był dobry chłopak, wstąpił do marynarki i pojechał na wojnę. A ja pracowałam w fabryce samolotów i tam mnie odnalazł reporter gazety; wtedy pierwszy raz spojrzałam w obiektyw i coś zrozumiałam…

Taką mniej więcej historię M.M. opowiadała dziennikarzom przez całe życie. O niekochanej, okłamywanej, przerażonej i samotnej dziewczynce. Czy wszystko było prawdą? Zapewne nie, M.M. miała skłonność do fantazjowania. Jednak wiadomo na pewno, że jej matka nie była w stanie opiekować się dzieckiem z powodu problemów finansowych oraz psychicznych. Ojciec zaś odszedł od rodziny, zanim dziecko przyszło na świat. Zresztą, co do ojcostwa pewności nie ma. Marilyn lubiła opowiadać, że miał wąsik, jak Clark Gable. A jeśli to był właśnie on? Przecież matka była montażystką w Hollywood!

Warunki dorastania dziewczynki nie sprzyjały budowaniu tożsamości. Nie była pewna niczego i uważała, że nic nie jest warta, skoro nikt jej nie chce. Jej psychika, stale konfrontowana z zagrożeniem bezpieczeństwa, nie rozwinęła się prawidłowo. Miała stałe dojmujące poczucie braku czegoś najważniejszego. Nie pomogły setki godzin terapii, psychoanaliz, nawet szpital psychiatryczny. Jedno, co na chwilę koiło duchowy ból, to tulenie jej w ramionach, kołysanie, opowiadanie na okrągło, jaka jest cudowna, utalentowana, najpiękniejsza na świecie. Z czasem potrzebne były alkohol i prochy, coraz więcej alkoholu i prochów, żeby podnieść poczucie wartości, pokonać paraliżujący strach, a potem, żeby uspokoić rozszalałe nerwy, przywołać sen… Zerwanie we wczesnym dzieciństwie więzi emocjonalnej z matką (i z kolejnymi opiekunami, jak to było w przypadku Normy Jeane Mortenson – tak brzmi prawdziwe nazwisko M.M.) bywa przyczyną zaburzeń osobowości typu borderline. Wieczny niepokój, skrajne nastroje, skłonność do agresji lub autoagresji i ta pustka w sercu, którą co chwilę wypełnia lęk, dyżurny demon.

Kobieta dziecko

Pamiętasz, Normo? Gdy byłaś dziewczynką, do nocy siedziałaś w kinie, nikt cię zresztą nie szukał. Przed tobą był wielki ekran, a ty taka mała, całkiem sama. Ale to właśnie uwielbiałaś. To, co na ekranie, bo było takie prawdziwe, nawet popcorn przestawał istnieć. Chciałaś poczuć życie. A teraz ja żyję na ekranie, widzisz mnie?

To, co było nieszczęściem Normy, stało się siłą napędową kariery Marilyn. Norma kręciła się wokół czarnej dziury, jaką w sobie czuła, Marilyn kręciła film za filmem. Obiektyw ją stwarzał za każdym razem, wydobywał z mgły niedoistnienia. Wszyscy, którzy ją wspominają, powtarzają to samo: mogła być niewyspana, chora, wściekła, pijana – gdy poczuła na sobie oko kamery, przeistaczała się w motyla, który czarował otoczenie. Jej głos przestawał być piskliwy, mówiła powoli, chwilami szepcząc, uśmiechała się nieśmiało, patrzyła zniewalająco, szła, jakby płynęła. Bezwiednie wysyłała komunikat: „Jestem właśnie dla ciebie, weź mnie, uratuj…”. Była kwintesencją tej szczególnej kobiecości, która działa jak magnes – kobieta dziecko. Emanowała naturalnością tak bardzo, że aż przekraczała granicę naturalności i stawała się teatralna. W powietrzu iskrzyło. Jej dziwna energia udzielała się innym. W jej towarzystwie mężczyźni czuli się wezwani, kobiety czuły się przegrane, a wszyscy mieli ochotę klaskać. Arthur Miller, czołowy dramaturg amerykański, który był trzecim mężem M.M., zapamiętał, że gdy zobaczył ją po raz pierwszy na jakimś przyjęciu, stała w drzwiach i wyglądała na zagubioną, ze strachu ledwo mówiła. Jednak niedługo potem wyznała mu, że bardzo potrzebuje wsparcia, przyjaźni i nie chce być traktowana jak seksualny gadżet, ciało do wzięcia. I wtedy Millerowi zdało się, że w tym seksownym ciele mieszka piękna dusza, której on może pomóc.

Pigmalion i Galatea

Jednak Arthur Miller był żonaty i dzieciaty, a M.M. miała męża, już nie owego marynarza, teraz bejsbolistę. Włoch z pochodzenia, Joe DiMaggio, był w tamtych latach sławnym sportowcem, przyjacielem Franka Sinatry i wielu ustosunkowanych ludzi show-biznesu. I kochał ją do obłędu! Najchętniej zamknąłby ją w domu i trzymał z dala od tej hollywoodzkiej fabryki snów, która produkowała gwiazdy, ale i frustratów, narkomanów, pijaków. Marilyn, która miała już za sobą musical „Mężczyźni wolą blondynki” i „Słomianego wdowca” (ze słynną sceną na stacji metra, z suknią poderwaną przez podmuch wentylatora), poczuła się więziona, także przez swoją wytwórnię filmową 20th Century Fox, która trzymała ją na wilczej umowie. Elizabeth Taylor brała setki tysięcy dolarów! Ona jakieś grosze. Czmychnęła więc do Nowego Jorku, porzucając także zaborczego męża. To Arthur Miller poradził jej, by stała się prawdziwą aktorką, profesjonalistką, to znaczy rozpoczęła naukę w słynnym Actors Studio. 1955 rok to był milowy krok w jej karierze. Zdeterminowana, pracowała jak szalona, nie spóźniała się, planowała dzień. Przekraczała swoje ograniczenia, z których największymi były brak koncentracji i niemożność zapamiętywania dialogów. Powtarzała tekst setki razy w domu i dziesiątki razy podczas ćwiczeń w studiu. Była w euforii i w rozpaczy na przemian. „Tak, jesteś wybitnie zdolna” – potwierdzał Lee Strasberg, szef Studia, a żona reżysera Paula, osobista nauczycielka gry aktorskiej, dyktowała jej każdy krok i przytulała do swej szerokiej piersi. Przytulała i zapewniała Marilyn, że jest wyjątkowa i niepowtarzalna, zawsze mając dla niej w kieszeni jakieś uspokajające piguły. To był niezwykle intensywny okres w życiu aktorki, która z trudem wytrzymywała takie napięcie. Bo jeszcze przecież założyła z Miltonem H. Greene’em własną firmę producencką! I brała udział w licznych sesjach – to Greene fotografował ją jak nikt przedtem i nikt potem; dojrzał w niej pełnię możliwości i zatrzymał jej twarz na tysiącach odbitek, wartych dziś setki tysięcy dolarów. Oprócz pracy były jeszcze przyjęcia, romanse i niemal codzienna psychoterapia, która miała pomóc w poszukiwaniu siebie. Była sławna, była na wielkich plakatach, kochała Miltona Greene’a i kochała Arthura Millera, z którym miała potajemny romans. Ale kochała też Marlona Brando, kolegę z Actors Studio, bo ją uwielbiał i rozumiał. Kochała wszystkich tych facetów, którym się podobała, bo zachwyt jest zaraźliwy, bo szczęście trzeba cały czas podkręcać, inaczej zniknie. Do tego jeszcze chciała wiedzieć jak najwięcej, czytać mnóstwo książek, kształcić umysł, a DiMaggio… on nie rozumiał nawet „Małego Księcia”! Rozwiodła się. Miller rozwiódł się także. Wzięli ślub: sławny pisarz i ikona kina! Presja niebotycznej popularności sprawiła, że ukryli się w wiejskim domu Millerów, gdzie Marilyn ćwiczyła… życie rodzinne! Gotowała, ale i czytała całe dnie, nawet pisała wiersze. Była bystra, nikt nie miał wątpliwości co do jej inteligencji, jej dowcipy wypowiadane głosem niepewnej dziewczynki mogły uchodzić za szczyt wyrafinowania. Jednak nie znała kanonu dzieł, myliła pojęcia, robiła kardynalne błędy językowe, zapominała, co kto powiedział. Wstydziła się tego bardzo i dlatego potrzebowała swojego Pigmaliona, by ją stworzył. Dopóki trwała namiętność, Miller się starał, a ona słuchała go, pokonując ze wszystkich sił swoje koszmarne rozkojarzenie, pragnęła mu dowieść, że jest jego godna. Gdy jednak fala miłosnego szaleństwa opadła, Millerowi znudziło się intelektualne niańczenie roztrzepanej, targanej sprzecznymi nastrojami żony. Nadzwyczajność wywietrzała, M.M. okazała się codziennym kłopotem, a jej infantylność nie była już wzruszająca. Co robić z kobietą, która histeryzuje z tego powodu, że wędkarze łapią ryby, odkupuje te ryby i wrzuca je z powrotem do wody? Albo próbuje wsadzać do ziemi świeżo ścięte przez kosiarkę kwiaty? „Proszę, nie zabijajcie niczego”, sztukę pod takim tytułem napisał Arthur Miller właśnie w tamtym czasie, bohaterka miała oczywiste cechy M.M. Jednak życie to nie literatura i pisarze to wiedzą najlepiej. Dramaturg nie sprawdził się w roli reżysera domowego, wtrącał się także do kariery M.M., doprowadził do zamknięcia jej firmy producenckiej, a Greene’a, oddanego Marilyn i uczciwego jak nikt w tej branży, zmusił do odejścia. „Teraz znaczy wiecznie” i „Nadzieja, nadzieja, nadzieja” – te natchnione, wygrawerowane na ich ślubnych obrączkach napisy – przestały być aktualne. Monroe wracała do Hollywood, by przeżyć ostatni, najtrudniejszy etap życia. Miała wzlecieć jeszcze wyżej, a potem już spadać na ołowianych skrzydłach, aż do brutalnej sceny finałowej.

O dwóch takich, co zgasili gwiazdę

Normo, jesteś tam jeszcze na dnie lustra? Widzisz, jak ta fryzjerka spaliła mi włosy? Wyglądają jak sfilcowana wełna… Moja skóra, spójrz, jest jak tektura. I ten gruby makijaż, żeby ukryć siateczkę tych okropnych czerwonych naczynek na twarzy. Oczy mam całkiem szare, to twoje oczy, Normo. A moje słynne sterczące piersi… Wiesz, że muszę już używać wkładek do stanika? Obgryzam paznokcie i nie golę nóg. Nie ogarniam tego chaosu we mnie. Tyle lat wysiłku i gdzie obie jesteśmy? Bez rodziny, bez dzieci, bez miłości. Tak bardzo chciałam mieć dziecko, które nie będzie podobne do ciebie, Normo Jeane! Ale wciąż je traciłam albo się go pozbywałam w gabinetach. A kiedy teraz mogłabym je mieć, jego ojciec nie chce o tym słyszeć. Mnie także już nie chce. Pobawił się, jak wszyscy, i rzucił jak lalkę. Monroe Doll…

M.M. latami prowadziła zapiski dziennikowe w rozmaitych zeszytach, terminarzach, na luźnych kartkach. To była jej praca nad sobą, ale też bogaty materiał o jej kontaktach, rozmowach, tajemnicach, nie tylko osobistych. Część z tego zaginęła, a przede wszystkim zeszyt z okresu, gdy była kochanką braci Kennedych, prezydenta Johna Kennedy’ego i zaraz potem (niektórzy uważają, że równocześnie) prokuratora generalnego Roberta Kennedy’ego. To oni, mężczyźni ze szczytów władzy, mieli apetyt na M.M. A ona, wciąż szukająca mentora i męża, poddała się ich woli. Jej instynkt samozachowawczy jak zwykle nie działał jak należy. W ostatnich latach zarabiała krocie, gwiazdorzyła, czyli przekraczała wszystkie granice przyzwoitości. Aktorzy, wybitni, wspominają współpracę z nią jako horror. Clark Gable, słynny Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”, był tak wyczerpany po „Skłóconych z życiem”, że doznał śmiertelnego wylewu. M.M., stale na prochach, które popijała drinkami, cierpiała na bezsenność, na koszmarne bóle wątrobowe i na potwornego kaca po orgiach, na które ją ściągał szwagier Kennedych Peter Lawford. To było mafijno-polityczne towarzystwo związane z show-biznesem, latające rządowymi helikopterami, upojone władzą i pieniędzmi. To oni nakręcali politykę przełomu lat 50. i 60., ówczesne wojny, zimne i gorące. Marilyn, ubrana tylko w blask swojej sławy, traciła wśród nich resztki zdrowia i reputacji. Na koniec straciła i życie. Jej romanse z największymi politykami były tajemnicą poliszynela. Jej dom pod Los Angeles oraz nowojorski apartament były na podsłuchu. Tak samo zresztą jak telefony obu braci. Mafia i sfery rządowe trwały w miłosno-nienawistnym klinczu. FBI potajemnie współpracowało z mafią, były, ale wierny DiMaggio także, wszystkie strony zatrudniały detektywów. Kennedy zrozumieli, że są osaczeni, kariera jednego i drugiego wisiała na włosku. Zdawało się w tamtej chwili, że jest to włos Marilyn Monroe… M.M., ulubienica dziennikarzy, mogła ich pogrążyć, ponadto Robert obawiał się zamachu na swoje życie. Taśmy z nagraniami odtajniono dopiero po latach. Dziś wiadomo, że śmierć M.M. została poprzedzona kłótnią z Robertem, który gorączkowo szukał podsłuchu. Istniał też zeszyt Marilyn z zapisem tajnych planów politycznych USA, z których zwierzał się w swej pysze prokurator generalny. A głupia Marilyn w swej naiwności je spisywała! Tylko dlatego, by nie wydać się nieuważną słuchaczką temu wspaniałemu mężczyźnie, który mówił, że ją kocha. Tak, była już mocno naćpana tego wieczoru, ale alkoholu nie było w jej krwi. On krzyczał: „Gdzie TO jest?!!!”. Ona wołała, żeby się wynosił.

Fatalny zeszyt zniknął z zamykanej szafki. Marilyn zniknęła z życia obu braci. Zniknęła z lustra, w którym szukała siebie i nie odnalazła. Kazano kłamać jej gosposi, kazano milczeć lekarzom. 36-letnie ciało, już niepotrzebne, zanim trafiło do lodówki i na stół sekcyjny, leżało kilka godzin w kostnicy w schowku na szczotki. Potem były same spekulacje; poziom barbituranów w organizmie aktorki i ich kompozycja były takie, że mogły zabić słonia. A co dopiero motyla… Jak jej to zrobili? Nieelegancko. Zresztą, czy to ważne? Norma Jeane i tak nie mogła dłużej żyć. Po to, by Marilyn Monroe żyła wiecznie na ekranach powszechnej wyobraźni.

Marilyn Monroe, właściwie Norma Jeane Mortenson, ur. w 1926 r. W latach 40. porzuciła pracę w fabryce i zaczęła karierę jako pin-up girl, potem trafiła do branży filmowej. Jej kariera nabrała rozpędu w latach 50. Przełomem okazała się rola w „Niagarze” z 1953 r., docenili ją krytycy, film był także przebojem kasowym i potwierdził jej status seksbomby. W latach 1953 i 1954 znalazła się na liście gwiazd przynoszących wytwórniom największe dochody. W 1955 r. założyła własną firmę producencką i zaczęła studiować aktorstwo w słynnej szkole Actors Studio u Lee Strasberga w Nowym Jorku. W 1960 r. nagrodzono ją Złotym Globem za rolę w filmie „Pół żartem, pół serio”. Jej ostatni ukończony film to „Skłóceni z życiem” z 1961 roku. Była trzykrotnie zamężna, w tym z dramaturgiem Arthurem Millerem (od 1956 do 1961 r.). Jej karierę przerwała nieoczekiwana śmierć w 1962 r.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>