fbpx

Mary Komasa – czułe punkty

Mary Komasa - czułe punkty
Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)

Mary Komasa nie ma nic przeciwko temu, żeby stać się głosem swojego pokolenia. Śpiewa przecież o straconych złudzeniach rówieśników, wolności i odpowiedzialności. W tej ostatniej widzi ratunek dla świata.

Wierzysz, że sztuka wciąż może coś uruchamiać w ludziach? Nie tylko zainicjować dyskusję, sprowokować refleksję, ale doprowadzić do realnych zmian?
Jestem o tym przekonana. Wierzę, że sztuka uruchamia wrażliwość i ułatwia komunikację ze światem. Głęboko wierzę w sens treści, które mam do przekazania, tak jak każdy artysta z dobrymi intencjami. Ile razy sama wyszłam z opery, płacząc?! Sztuka potrafi dotknąć naszych najgłębszych lęków i tęsknot. Robi to bez pytania, bez wahania, dotyka bezpośrednio naszych czułych punktów. Wiesz, 13 października, czyli w dniu wyborów, grałam premierowy koncert w Krakowie. Widzowie płakali nie tylko podczas występu, ale i po. Bo sztuka wciąż ma moc uruchamiania emocji! Wyłączyliśmy wrażliwość, więc teraz trzeba spojrzeć wstecz i odnaleźć w sobie guzik, który uruchomi ją z powrotem.

Czuję, że w odróżnieniu od pierwszej płyty, przepełnionej młodzieńczymi ideałami, na drugiej ukazujesz siebie również jako świadomą swoich praw i obowiązków obywatelkę.
O to chodziło! Wiele osób pyta mnie: „Dlaczego na twój drugi album musieliśmy czekać aż cztery lata?”. To nie jest tak, że przez ten czas nic nie robiłam – między innymi realizowałam wraz z moim mężem, Antonim Komasą-Łazarkiewiczem, muzykę do seriali i filmów. Mieliśmy mnóstwo pracy. Poza tym jestem typem człowieka, który nie lubi się do niczego zmuszać. Czekałam. Nie chciałam siebie cisnąć. Sztuka, którą uprawiam, nie znosi kompromisów. Przez wiele lat uciekałam przed niektórymi ważnymi pytaniami. Niby wiedziałam, co myślę, ale bałam się konfrontacji ze sobą samą. Przekraczając trzydziestkę jakiś czas temu, doszłam do ściany. Poczułam, że uniki są niedojrzałe. Osłabiają mnie.

Tym bardziej że dość wcześnie weszłaś w tzw. dorosłość.
To prawda. Miałam 23 lata, gdy wzięłam ślub i zostałam macochą na pełny etat dla dwóch córek Antoniego, a sama przecież dopiero rozpoczynałam dorosłe życie. Byłam obarczona wieloma problemami i w ogóle nie interesowałam się polityką, po części dlatego, że nie musiałam, ale po części, bo tak było mi wygodniej. Uważałam, że to mnie nie dotyczy. Przynależę do pokolenia ’85. I jak się okazało, cała generacja dość długo nie miała świadomości obywatelskiej – moi rówieśnicy omijali ten aspekt codzienności. Ja przynajmniej miałam wymówkę – dom, dzieci… Ale to marna wymówka! Nie zadawaliśmy sobie podstawowych pytań przez lata: Co ja robię na tym świecie i jaka w związku z tym ciąży na mnie odpowiedzialność? Nie chodzi o wolność, ale o powinność. Dziś wiem, że mój głos jest ważny. Nie obarczam osób trzecich odpowiedzialnością za moje działania i wybory. Być może to właśnie moje pokolenie będzie musiało dokonać zmian, uruchomić inne myślenie dotyczące ekologii, tolerancji czy sztuki. Świat się rozpada. To idealny czas dla artystów, by mogli tworzyć, ale koszmarny dla ludzi chcących po prostu żyć. I o tym są moje piosenki.

Stałaś się głosem pokolenia?
Nie mam nic przeciwko! Utwór „Degenerate Love” mówi o tym, że moje pokolenie, choć dorastało w kraju bez komuny, nie dostąpi raju na ziemi. Nie ma nieba, które nam obiecano. Wychowywałam się w wolnym kraju, moje dzieciństwo nie różniło się zbytnio od dzieciństwa moich rówieśników w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii: też obchodziłam urodziny w McDonaldzie, a potem słuchaliśmy wszyscy tych samych płyt i oglądaliśmy podobne seriale. I co? I nic. Bo nic nikomu nie jest i nie będzie dane w prezencie.

A może jednak twoja postawa to jest coś, co wyniosłaś z domu?
Na pewno, bo zostałam wychowana w duchu empatii i odpowiedzialności wobec drugiego człowieka. Tyle że długo musiałam pracować nad tym, by pokochać siebie. Zawsze uważałam, że nie ma co za bardzo nagradzać się za własne osiągnięcia. Skromność przede wszystkim. Dziś umiem patrzeć sobie w oczy z zadowoleniem – staję przed lustrem i najzwyczajniej w świecie lubię siebie. Nie znaczy to, że nie jestem krytyczna wobec własnych działań i umiejętności, ale nie poprzestaję na samej krytyce. Wiem, że dopóki nie zaczniemy kochać siebie, nie będziemy umieli pokochać innych. A niesienie pomocy – ludziom, zwierzętom, planecie – jest kluczowe i świadczy o postępie cywilizacyjnym! Jestem idealistką i wierzę, że każdy z nas też może taki być! Popatrz, Greta Thunberg jeszcze rok temu siedziała sama, zastanawiając się, jak ruszyć tłumy, a dzisiaj popiera ją tyle osób!

Ale to wszystko wymaga konsekwencji, cierpliwości, pokory…
Masz rację. Żyjemy w dobie aplikacji mobilnych. Patrzę na moje pasierbice i widzę, że jeśli nie dostaną czegoś natychmiast, to przestają się tym interesować – 18-latkom starcza cierpliwości i zainteresowania na 30 sekund, bo tyle trwają filmiki na Instagramie.

Wspomniałaś o ekologii. Na co dzień żyjesz w Berlinie, który słynie z zastosowania najlepszych ekologicznych rozwiązań w miejskiej przestrzeni: rośnie tu ponad 20 mln drzew i każde otoczone jest urzędniczą opieką!
Wiem dobrze, o czym mówisz, mam kompostownik w mieszkaniu, pięć różnych śmietników i cały czas wymieniam lub oddaję butelki [śmiech]. Nie mam też auta, jeżdżę komunikacją miejską, a jak trzeba, to chodzę 12 km dziennie. Jeśli miałabym zrobić bilans, to wszystko, co zarabiam, wydaję na swój luksusowy styl życia, bo ekologia wciąż sporo kosztuje, o ile ktoś zdecyduje się być i żyć eko na co dzień, a nie tylko w weekendy. Z Polski wyniosłam wolność, ale to Berlin nauczył mnie, jak ją spożytkować. Berlin nauczył mnie dyscypliny.

Czy dla kogoś żyjącego w ten sposób Polska może być wciąż bliska i zrozumiała?
Oczywiście. Mam tu rodziców i rodzeństwo, a także wielu przyjaciół. Wracam tu za każdym razem z radością, tylko czasami telefony od męża uświadamiają mi smutną prawdę – rozmawiam z Antonim, który mówi: „Już powinnaś być dawno w domu! Słyszę to w twoim głosie, za długo jesteś w Polsce!”.

Co to znaczy?
Nigdy nikogo nie atakuję ani nie oceniam. Jest to po części kwestia wychowania, a po części wiąże się z życiem w Berlinie, chyba najbardziej lewicującym miejscu Europy, jeśli nie świata. Żyję w gejowsko-tureckiej dzielnicy i nigdy nie widziałam tutaj bójki. W Polsce wciąż jest inaczej. Jesteśmy cały czas poranieni: zapatrzeni w przeszłość nie potrafimy myśleć perspektywicznie. Ale skoro nie umiemy rozmawiać z dziećmi o seksie, to jak mamy je nauczyć miłości i szacunku do innej osoby? Boli mnie to. I to Antoni czuje w moim głosie, gdy telefonuję z Polski.

Mówisz o dyscyplinie, a przecież Berlin dla wielu jest synonimem hedonizmu i buntu.
Mnie Berlin nauczył poszanowania dla odmienności i niezależności innych. Tego, w co można wolność i niezależność przekuć. To się wiąże zarówno z dyscypliną, jak i ze świadomością. Oczywiście, zawsze można iść do Berghain [kultowy klub słynący z kapryśnej selekcji przy drzwiach i imprez techno trwających nawet trzy dni – przyp. red.]. Klub jest czynny non stop, można tańczyć, pić i ćpać o każdej porze. Wielu moich znajomych dało się złapać na tak pojmowaną wolność. Tyle że według mnie z wolnością ma to niewiele wspólnego – dla mnie Berghain oznacza zniewolenie. Berlin, który znam i cenię, jest idealnym miastem dla ludzi lubiących mieć swoje rytuały, chcących żyć po swojemu. Mieszkam tu od 11 lat, to miasto miało duży wpływ na mój styl życia i sposób bycia. Nie mam przeciwko czemu się buntować. Pragnę współgrać z ludźmi, którzy tutaj żyją.

I chyba dobrze ci to wychodzi, a w zasadzie wam: od lat pracujesz z mężem, który jest kompozytorem filmowym.
Pracuję i żyję z człowiekiem, który też jest twórcą, więc rozumie moje lęki, frustracje, ambicje, marzenia. Ja też go rozumiem i staram się być zawsze wyrozumiała. Żadne z nas nie jest też zazdrosne o wzajemne sukcesy – nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Kibicujemy sobie i pomagamy. A to nie jest łatwa praca – spełniamy się w niej, ale też często po drodze spalamy. Dużo nas kosztuje nie tylko to, by realizować się w sposób szczery i uczciwy, ale też, by namówić innych do współpracy. To szalenie emocjonujące.

Antoni to bez wątpienia mój największy przyjaciel, powiernik. Ostatnią płytę nagrywaliśmy w różnych częściach Europy: w Berlinie, Amsterdamie i Wielkiej Brytanii. W Londynie w ciągu pięciu dni musieliśmy nagrać wokale do dziesięciu piosenek. Nie stać nas było na więcej, a i tak nie było luksusów: studio przypominało małą kuchnię w bloku, prócz mnie z mikrofonem musiało się w niej zmieścić dwóch producentów z konsolą i mój mąż. Tempo było szalone, a na dodatek to był trudny prywatnie dla mnie czas – zmagam się z endometriozą i akurat byłam na dwa miesiące przed operacją. Tylko Antoni wiedział, przez co przechodzę. Zaraz po nagraniach rozłożyłam się na całego, ale przez te pięć dni dawałam z siebie wszystko. Mąż był moim największym wsparciem.

A czy jest też trochę tak, że dzięki jego córkom masz dostęp do tego, o co chodzi ich pokoleniu – o co walczą, jakie mają ideały, czego się boją?
Tak, ale wciąż to ja jestem najbardziej cool w naszym domu! Zwykle przekraczam najwięcej granic i mam najfajniejszego Instagrama [śmiech]. Trzy lata temu powiedziałam dziewczynom, że jest taka streetwearowa marka Vetements i za moment będzie absolutnie na topie. Dzisiaj wszyscy chcą się tam ubierać albo kopiują ciuchy z tą metką i noszą się w takim stylu. To jest akurat śmieszny przykład, na co dzień po prostu żyjemy ze sobą dobrze i tyle. Dziewczyny są wyrozumiałe wobec mnie, doskonale wiedzą, że mogę być emocjonalnie i fizycznie wyczerpana po wielu godzinach nagrań. Wymagam pewnie od nich wiele, ale też wiele daję z siebie. I mam świadomość, że ciąży na mnie odpowiedzialność wychowawcza. Chyba najbardziej lubię to poczucie, że mogę poszerzać ich horyzonty. Nie tylko modowe!

Pytanie na koniec: widziałaś „Boże Ciało” [film brata Mary, Jana Komasy – przyp. red.]? Jest polskim kandydatem do Oscara!
Oczywiście, ale musiałam pojechać specjalnie na festiwal filmowy do Gdyni, gdzie produkcja pokazywana była premierowo. Brat pewnie dysponował linkiem, ale nie chciał mi go udostępnić! I teraz powiem coś, co będzie powrotem do początku naszej rozmowy – dla mnie „Boże Ciało” jest jak dialog: mojego brata z widzem, ale też ze mną czy z naszym rodzeństwem i z rodziną. Ten film jest jak ostatnia, najświeższa wiadomość od Janka. To swoisty dowód: sztuka potrafi mieć moc sprawczą, potrafi uruchamiać dyskusje i uczucia, polerować wrażliwość, a nawet doprowadzać do zmian w myśleniu. „Boże Ciało” to niezwykle szczery i osobisty obraz stworzony przez mojego brata. I choć jesteśmy wszyscy sobie bliscy, to wiadomo, że są emocje czy refleksje, do których nie mamy wzajemnie dostępu. Dzięki „Bożemu Ciału” wiem o bracie trochę więcej. I wiem także, jakie mamy szczęście w życiu – każde z nas zajmuje się sztuką.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>