Michał Piróg: „Uważam, że trzeba robić swoje”

Michał Piróg, fot. Adam Pluciński / MOVE

W jego przypadku nie ma mowy o letnich uczuciach. Widzowie go uwielbiają albo nie znoszą. Nowa edycja programu „Top Model”, którego jest prowadzącym, to dobry pretekst do rozmowy.

Jak się masz?
Świetnie. To dobry moment. Wiele się u mnie zmieniło.

Na przykład?
Zdecydowałem się w końcu, że wezmę udział w programie „Azja Express”. To jednak nie praca. Przed kamerą byłem zwykłym uczestnikiem, za nic nie odpowiadałem, miałem się tylko dobrze bawić. Fajne doświadczenie, a dla mnie dodatkowo sprawdzian, bo po ponad dziesięciu latach od poważnego wypadku zdecydowałem się wrócić do aktywności fizycznej. Pomyślałem: „Dobra, przekonamy się. Strzeli mi kręgosłup, nie strzeli?”. Przeżyłem, więc uznałem, że skoro tak, to może trzeba wrócić do teatru. Teraz gramy po 25 spektakli w miesiącu. Non stop podróżujemy po Polsce. Pracuję jak nienormalny i jestem zadowolony. Po powrocie z Indii nakręciliśmy jeszcze program „Mistrzowskie cięcie”. No i przeprowadzka, w Azji poczułem, że potrzebuję takiej zmiany.

Daleko?
Cztery ulice od mojego poprzedniego mieszkania. Jeśli mieszkać w mieście, to tylko w centrum. Są ludzie, którzy szukają spokoju, potrzebują natury, a są ludzie tacy jak ja.

Czyli jacy?
Tacy, którzy boją się, że coś ich ominie. I trochę leniwi. Nie wyobrażam sobie, że wracam po pracy do domu, jeszcze bym gdzieś poszedł, gdzieś coś grają, ale muszę tam jechać godzinę. To nie dla mnie. Nie poszedłbym.

Uważasz, że jesteś szczęściarzem? Jesteś wdzięczny losowi?
Dla mnie to nie jest kwestia wdzięczności. Pamiętam, jak byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, przeprowadziłem się z Kielc do Krakowa. I jak zobaczyłem park i przepiękną kamienicę w Krakowie. Pieniędzy nie miałem wcale, zarabiałem śmieszne kwoty, ale wymyśliłem sobie, że będę mieszkać tylko tam. Zacząłem wypytywać wszystkich, których znałem, czy przypadkiem nie słyszeli o kimś, kto tam mieszka i kto chciałby tam coś wynająć. Ktoś słyszał. Okazało się, że mieszkanie do wynajęcia jest, tylko że w strasznym stanie. Ale właśnie dzięki temu stać mnie było na to, żeby je wynająć. W końcu się dogadałem, że będę płacić jeszcze mniej, ale remonty i naprawy będą na mojej głowie. Ulica Retoryka, przy Wawelu i Plantach. Pięknie. Inna sprawa, że miałem w oknie dziurę, jakby ktoś z armaty strzelił, i wiało jak cholera. Tak więc wracając do twojego pytania – nie czuję wdzięczności, raczej upieram się przy pewnych rzeczach. Nawet ich nie wymuszam, same do mnie przychodzą. A ja nigdy nie bałem się po nie sięgać.

Jak długo jesteś w show-biznesie?
To znaczy od kiedy pracuję przed kamerą?

Sama jestem ciekawa, co uważasz za początek.
Ja bym liczył jednak od momentu, kiedy zacząłem pracować w teatrze. Albo raczej od momentu, kiedy dowiedziałem się, że są widzowie, którzy przychodzą specjalnie na te spektakle, w których występuję.

Jak się dowiedziałeś?
Od bileterów. Pytali, kiedy, w których obsadach gram, bo ludzie chcą wiedzieć. Wcześniej strasznie się cieszyłem, że w ogóle występuję na scenie, a po tym poczułem też, że to ma sens, znaczenie. Że to nie była fanaberia, tylko dobrze wybrany zawód.

Ile miałeś wtedy lat?
Dziewiętnaście.

Byłeś w zespole Kieleckiego Teatru Tańca. Ty, samouk. Skończyłeś co prawda w liceum klasę o profilu teatralnym, ale nigdy nie chodziłeś na lekcje tańca.
Miałem potworny tupet [śmiech]. Uczyłem się z kaset VHS. Z koleżanką, która była tancerką tańca towarzyskiego. Podejrzewam, że liczba błędów technicznych, które popełnialiśmy, była niezliczona. Mnie interesował modern jazz. Któregoś dnia wybrałem się do KTT i zobaczyłem spektakl dokładnie w tej technice, w której chciałem pracować. Poszedłem więc do choreografki Elżbiety Szlufik i powiedziałem, że bardzo chciałbym spróbować swoich sił w jej zespole. Usłyszałem oczywiście to, co musiałem usłyszeć. W ogóle nie brali pod uwagę, że w takim wieku mógłbym zacząć profesjonalnie tańczyć, ale też zachęcili mnie, żebym dołączył do grupy amatorów, która działała przy teatrze i do której mógł się zapisać praktycznie każdy.

Czułeś, że chcą cię w ten sposób zbyć?
Nie. Nie poczułem się w żaden sposób urażony, od razu zacząłem tańczyć w tej przyteatralnej grupie, a po kilku miesiącach dostałem propozycję, żeby przejść do grupy adeptów teatru, w której ćwiczyło się układy do repertuaru. W ten sposób trafiłem po raz pierwszy jako tancerz na scenę. W tym czasie do Kielc przyjechał choreograf, który miał robić nowy spektakl. Oglądał grupę profesjonalną, ale zdecydował się też spojrzeć na adeptów, czy może któryś z nich się nadaje. Zauważył mnie, najpierw zaproponował mi mniejszą rolę, a potem, już w czasie prób, jedną z solowych. Następny spektakl to była już główna rola.

Błyskawiczna kariera.
To tak ładnie brzmi, ale też pamiętam, jak dostałem swój pierwszy rachunek za telefon komórkowy, stawki były wtedy zabójcze. Rachunek wynosił jakieś 600 zł, a ja zarobiłem w teatrze 360. Pracowałem w knajpie, byłem kelnerem, barmanem, na wszystkich możliwych promocjach rozdawałem ulotki, odchudzałem ludzi w kieleckim Klubie Kwadransowych Grubasów, prowadziłem zajęcia fitness, jogi. Cały czas musiałem pracować, żeby mnie było stać na pracę w teatrze. Spałem po trzy, cztery godziny dziennie. Cały czas na adrenalinie. Zresztą nadal tak mam. Wcale mi nie minęło.

Jak trafiłeś do telewizji?
Zbieg okoliczności sprawił, że zacząłem pracować jako współchoreograf i tancerz w programie TVN „Droga do gwiazd”. Kręciliśmy w krakowskim Łęgu, ta historia z kamienicą przy Retoryka jest z tamtego okresu. Ale przez cały ten czas jeździłem z teatrami po Polsce, po Europie, uczyłem się. Byłem już po audycjach u Jana Fabre’a, miałem się przeprowadzać za granicę, pojawiła się ciekawa propozycja pracy. Ale się zakochałem, wszystko się zrobiło poważniejsze, niż mi się wydawało, i zdecydowaliśmy, że najwygodniej będzie, jeśli pomieszkam jakiś czas w Warszawie. Tylko że tu nie było sceny tańca z prawdziwego zdarzenia. Zostawały wyjazdy, chałtury, musicale. I telewizja. Najpierw dostałem propozycję od MTV. Program z Edytą Herbuś. Jakiś czas potem był „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Zgodziłem się, chociaż to był już moment, kiedy uznałem, że kończę z innymi aktywnościami, że muszę się skupić na teatrze. Kusiło mnie, bo to był program stricte dla tancerzy, pomyślałem więc, że podpiszę kontrakt na jedną edycję, spróbuję, co mi szkodzi, a potem będę się najwyżej ewakuował. Podpisałem na jedną, po czym, oczywiście, na drugą. A po drodze miałem wypadek, który przesądził o dalszym ciągu. Okazało się, że do tego teatru już nie da się uciec.

Co się stało?
Nie chcę o tym za wiele mówić. Pech, przypadek. Prowadziłem zajęcia, podłoga była niezaimpregnowana, wywróciłem się. Dyskopatia dziewięciu dysków, paraliż nóg, niedowład kończyn górnych, głowa ruchoma, ale też nie w stu procentach.

Podobno w szpitalu usłyszałeś, że już w ogóle nie będziesz chodzić.
Od dziecka nie przyjmowałem do wiadomości, że czegoś nie mogę. Nienawidziłem, kiedy ktoś mi tak mówił. Do dzisiaj tego nie znoszę.

Czyli nie przyjąłeś do wiadomości diagnozy.
Wiedziałem z doświadczenia, że lekarzom w takich sprawach się nie wierzy. Jak miałem dwa lata, coś podobnego powiedzieli mojej mamie. Sam tego nie pamiętam. Wiem tylko, że to była reakcja poszczepienna i że lekarz mówił, że mogę skończyć na wózku.

Wierzyłeś, że tym razem też się uda.
Na początku byłem totalnie załamany. Przede wszystkim dlatego, że ból był nie do zniesienia, więc pierwsze, co ci przepisują lekarze, to cztery razy dziennie domięśniowo mocne przeciwbólowe środki plus psychotropy. Przez dziewięć miesięcy brałem te psychotropy i środki przeciwbólowe i popijałem je alkoholem. Przynajmniej zasypiało się od razu, bo bez alkoholu jednak się nie dało. Chcieli zrobić mi operację, która skutkowałaby usztywnieniem kręgosłupa. Pomyślałem: „OK, to jest opcja ostateczna, ale trzeba zacząć szukać innych”. Właśnie kręciliśmy drugą edycję „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Po nagraniach podeszła współpracująca z nami dziewczyna. Zapytała, czy wierzę w naturalne metody leczenia, medycynę chińską. Tak trafiłem do ludzi, którzy doprowadzili do tego, że zacząłem chodzić. Zaczęli od diagnozy, dlaczego u młodej wyćwiczonej osoby kręgosłup rozsypał się jak domino. I leczyli przyczyny, a nie skutki wypadku. Zacząłem chodzić po trzech tygodniach od rozpoczęcia kuracji.

Zaraz, zaraz. Mówisz o nagraniach do „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Byłeś praktycznie unieruchomiony i pracowałeś?
Tak. W końcu byłem jurorem, wystarczyło się oprzeć o stół, nie musiałem się za bardzo ruszać. Wszyscy naokoło twierdzili, że jestem trochę sztywny [śmiech]. A ja właśnie wtedy pomyślałem, że właściwie ten program jest bardzo fajny.

Oglądałeś tych wszystkich supersprawnych młodych ludzi i po ludzku nie czułeś zazdrości?
Przecież mogło być gorzej, mogłem trafić za biurko. Program to była jednak namiastka mojego zawodu, jedyna możliwość pozostania w tym świecie. Paradoksalnie oglądanie uczestników było pomocne. Bardziej zły byłem na to, że nie mogę im czegoś pokazać, a nie że oni się ruszają, a ja nie. Co skutkowało u mnie podenerwowaniem, a z tego podenerwowania wyniknęła mobilizacja.

Czy 20 lat w show-biznesie, o których mówiłeś, to dostatecznie dużo, żeby poznać wszystkie jego mechanizmy i pułapki? Nie boisz się tego żywiołu?
Nie. W ogóle. To jest moja praca. Taka sama, kiedy idę do szkoły i uczę ludzi tańczyć.

Za nauczycielem nie biegają paparazzi. Ciebie ludzie zaczepiają na ulicy, zdarzają się różne komentarze. Przywykłeś?
Moja znajoma powiedziała mi nie tak dawno, że jak zaczęła ze mną więcej przebywać i pojawiać się w moim towarzystwie, to na początku myślała, że coś z nią jest nie tak. Że może się czymś ubrudziła, bo ludzie tak dziwnie się na nią patrzyli. A potem się zorientowała, że gapią się na mnie. Pytała, czy mi to nie przeszkadza. A ja, że nie, że zupełnie nie zwracam na to uwagi. Czy przywykłem? Raczej nigdy nie przyzwyczaiłem się do sytuacji, w której ludzie mówią ci tylko to, na co mam ochotę, i zachowują się wobec mnie tylko tak, jak bym chciał. Jako dzieciak miałem kręcone włosy i ciemną karnację. I jak pojechaliśmy do Francji, do rodziny mojej mamy, wszyscy brali mnie za Araba. Do tego stopnia, że nie chcieli mnie wpuścić do basenu. Jak byłem nastolatkiem, to ludzie bez przerwy się na mnie gapili i mieli do mnie jakieś ale. Bo już wtedy miałem tatuaże i kolczyki. W latach 90. jak tańczyłeś, to znaczyło, że jesteś pedałem. To było jedyne skojarzenie.

Twój coming out w telewizji, w programie Kuby Wojewódzkiego, był zaplanowany?
Wojewódzki zapytał wprost. Najpierw: „Czy to prawda, że jesteś Żydem?”. Pomyślałem: „Jakie to durne, nie na miejscu pytanie!”. Drugie dotyczyło mojej orientacji seksualnej. Tego się spodziewałem.

To nie było na żywo, nagrywaliście, mogłeś przerwać.
Nie chciałem tego cenzurować i rozumiem, dlaczego Kuba o to zapytał, po to ma swój program. Po nagraniu trwała dyskusja, Kuba też się upewniał, czy to puszczać. Dla mnie to było proste: „Ty dzisiaj nie puścisz, to ktoś inny za jakiś czas puści, zapyta albo sam wymyśli i napisze”. Pomyślałem: „Kości zostały rzucone, zobaczymy, co się wydarzy”.

I co się wydarzyło? Miałeś poczucie przełomu?
Zabawne, że większą sprawą okazało się nie to, że jestem gejem, tylko to, że jestem Żydem w telewizji. Że to budzi większy niesmak. Co do drugiej kwestii o przełomie nie mogło być mowy. Jeśli ktoś nie wiedział o mojej orientacji, to na pewno nie dlatego, że cokolwiek ukrywałem. Nigdy nie siedziałem w szafie. Jak wracałem do domu z chłopakiem i towarzyszyła nam Edyta Herbuś, paparazzi robili zdjęcia, jak na pożegnanie obejmuję Edytę. Tym, jak całuję się z chłopakiem, nikt nie był zainteresowany.

A twój prywatny coming out?
Nie jestem pewien, czy można to podciągnąć pod tę kategorię – mama po prostu zapytała, czy wolę chłopaków. Odpowiedziałem, że tak. Ona liczyła na większą rozmowę, ja stwierdziłem, że nie ma o czym rozmawiać. Miałem wtedy niecałe 15 lat. Mama, oczywiście, się martwiła, że nie będę miał dzieci, że na starość zostanę sam. Klasycznie: „Jak ludzie cię będą traktowali?”, „Czy ktoś nie zrobi ci krzywdy?”.

Ty się nie bałeś?
Myślę, że od małego byłem przygotowywany przez rodziców do… nie wiem, jak to ująć. Moja mama dźwigała ciężar rodzinnego sekretu i wiedziała, że ten sekret może w którymś momencie wyjść na jaw i uderzyć w poczucie pewności moje i mojego brata. Zresztą sama chyba też tak była wychowywana. Ja zawsze czułem, że coś wisi w powietrzu. Prababcia nigdy nie pozwalała nam na przykład bawić się przy takim jednym skwerku. Teraz wiem, że to miejsce pogromu żydowskiego. Zawsze były jakieś niedopowiedzenia. Ale o co naprawdę chodzi, dowiedziałem się w sumie przypadkiem.

Jak?
Miałem 18 lat, przyjechałem do cioci, siostry mojej mamy, do Nicei, ze swoim ówczesnym chłopakiem. Siedzimy przy stole przy kolacji. Cioci syn spotykał się wtedy z dziewczyną, która była Arabką. I w czasie tej kolacji wyszedł wątek à propos krewnego tej dziewczyny. Ciocia coś nam o nim opowiadała, aż w końcu się oburzyła: „Mnie, Żydówce, nie będzie mówił, czy mój syn może się spotykać z Arabką, czy nie”. Pierwszy odezwał się mój chłopak: „Żydówce? Ale w jakim sensie?”. No to ja po nim: „No właśnie, w jakim?” [śmiech].

Pytałeś rodziców, dlaczego ci wcześniej nie powiedzieli?
Jak wróciłem, zrobiłem im awanturę, dlaczego ukrywali to tak długo. Wściekły byłem przede wszystkim o to, że ktoś za mnie decyduje, kim jestem i co będzie dla mnie lepsze. Mama miała swoje argumenty. Właściwie dopiero po tym, jak w programie u Wojewódzkiego publicznie powiedziałem, jak jest z naszym pochodzeniem, przeżyła transformację. Całe życie bała się o tym mówić, a teraz, takie mam wrażenie, po raz pierwszy dostała pozwolenie na bycie sobą. Zaangażowała się w życie gminy żydowskiej, jeździ na wakacje z wnuczką do Izraela. Oczywiście, było kilka niemiłych sytuacji, kilka osób zgłaszało do mamy pretensje. Ale widzę, że ogólnie jest szczęśliwa.

Całkiem niedawno orła na tle tęczowej flagi jeden z polityków uznał za profanację godła i zgłosił zajście do prokuratury. Oglądasz takie rzeczy i czujesz się tu niechciany? Czujesz się outsiderem?
Nie. Uważam, że trzeba robić swoje.

To znaczy?
Angażować się w sprawy, na które masz wpływ. Zawsze angażowałem się w jakieś społeczne inicjatywy, ale telewizja dała mi tę możliwość, że o pewnych rzeczach mogę mówić nie przy stoliku do jednej osoby, tylko do całkiem dużej grupy ludzi. Tak się złożyło, że zostałem wybrany na ambasadora ds. wykluczeń społecznych z ramienia Komisji Europejskiej. Jeździsz, oglądasz. I zyskujesz świadomość. My tu jemy w restauracji obiad, a kilka kilometrów stąd żyją i umierają ludzie, którzy nie mają szans wydostać się z zamkniętego ośrodka. To są outsiderzy. Swoją drogą miałem robić ostatnio reklamę dla bardzo dużej międzynarodowej firmy. Zgodziłem się pod warunkiem, że wypłata zostanie zamieniona na sprzęt dla ośrodka dla uchodźców pod Warszawą. I wiesz co? Firma zrezygnowała ze współpracy. Argumentem było to, że w takiej sytuacji politycznej to byłby dla nich strzał w kolano.

Uważasz, że Polska to twoje miejsce na Ziemi?
Nie mam pojęcia. Gdzie jest moje miejsce, będę wiedział pewnie dopiero wtedy, kiedy będę umierał.