Moje „Małe kobietki”

Moje „Małe kobietki”
Kadr z filmu „Małe kobietki” (Fot. materiały prasowe UIP)

Greta Gerwig wyciągnęła z ukochanej książki mojego dzieciństwa to, co najlepsze, a do tego naprawiła rzeczy, które mnie w niej najbardziej bolały. Nowa ekranizacja prozy Louisy May Alcott jest nie tylko najlepszą z dotychczasowych. To po prostu świetny film!

Po pierwsze, obsada. Genialna! I nie chodzi tu tylko o Meryl Streep w roli skąpej, ale też momentami przenikliwej ciotki March. Sairoise Ronan w roli Jo, Florence Pugh jako Amy, Emma Watson jako Meg a nade wszystko Timothée Chalamet jako Laurie – sprawili, że odżyły we mnie wspomnienia lektury sprzed lat.

Bo powiedzieć, że jako 15-latka zaczytywałam się w „Małych kobietkach”, to nie powiedzieć nic. Ja żyłam tą książką! Ileż radości mi dostarczyła! Ileż łez wylałam z jej powodu! Najpierw przez (uwaga, spoiler dla tych, co jej nigdy nie czytali!) śmierć Beth – moim zdaniem zupełnie niepotrzebną, bo dlaczegóż to nie mogła sobie żyć spokojnie u boku matki do końca swoich dni, nawet jeśli była słabego zdrowia? Potem z powodu rozwinięcia wątku Jo, bohaterki, z którą najbardziej się utożsamiałam. Przecież Jo miała być z Lauriem i miała zostać wielką pisarką, nie nauczycielką w szkole dla chłopców! A starszy od niej i trochę fajtłapowaty profesor Bhaer moim zdaniem wcale nie pasował do niej lepiej niż towarzysz dziecięcych zabaw. Ale ostatecznie najwięcej łez wylałam nad tym, że sama nie mam rodzeństwa, a zwłaszcza takich sióstr i takiego domu, w którym każdy jest inny, ale też każdy ma przestrzeń, by rozwijać swoje pasje, mimo że realia epoki nie do końca na to pozwalają. Siostry March nie byłyby takimi, jakie są, bez czułej matki i wierzącego w nich ojca, no i bez siebie nawzajem.

Po drugie, cudownie oddany rys postaci. Ronan i Pugh, które za swoje role są nominowane do Oscara, sprawiły, że jeszcze bardziej polubiłam ich bohaterki. Podobno dzięki nowej adaptacji Amerykanki odkryły na nowo Amy, do tego stopnia, że stała się ona wręcz ich ulubioną postacią z książki. I za to też należą się brawa reżyserce i autorce scenariusza w jednym – Grecie Gerwig. Amy, najmłodsza z sióstr, zawsze charakteryzowana jako próżna i pewna siebie, już w pierwowzorze miała w sobie energię, która mi się podobała. Ale Gerwig ją uwypukliła, bardziej niż Louisa May Alcott. Amy, ponieważ miała talent artystyczny, postanowiła, zostać wielką malarką, ale chciała być malarką albo genialną albo żadną. Bardzo ceniłam ją za to, że potrafiła przyznać, że wprawdzie malować umie, ale do geniuszu jej daleko. W filmie pokochacie ją za bezpretensjonalność, szczerość, ale też humor i samoświadomość, a także za takie teksty jak: „Zawsze byłam mądra, po prostu do tej pory byłaś zbyt zajęta skupianiem się na moich wadach” albo „Wierzę, że można wybrać, kogo się kocha. Miłość to kwestia decyzji” czy wreszcie: „Nazywam się Amy March. Zapamiętaj to imię”.

Z kolei Ronan jako Jo jest taką Jo, o jakiej zawsze marzyłam. Wygadaną, a nawet bezczelną, wesołą, mądrą i gotową walczyć ze stereotypami na temat kobiet. „Mam dość słuchania o tym, że kobieta jest stworzona jedynie do miłości” – mówi ze złością. Jest też wzruszająca w momencie, kiedy przyznaje, że czuje się bardzo samotna i zostawiona przez wszystkich. Tęskni za tym, co było, za jednością sióstr, za domem pełnym ciepła i młodzieńczą wiarą w to, że może wszystko. Bardzo mi była bliska w tej scenie. Dlatego cieszę się, że Greta Gerwig dała jej lepszą przyszłość niż Louisa May Alcott.

Po trzecie, choć Gerwig jest wierna książce Alcott w nieomal każdej kwestii, sprawia jednocześnie, że decyzje autorki na temat tego, jak pokierować dalszymi losami sióstr, stają się dla nas bardziej zrozumiałe i słuszne. Jo rzeczywiście wychodzi za profesora Bhaera, ale jest on tu nie tylko jej rówieśnikiem („Jaki on przystojny, Jo!” – mówi z zachwytem niania), ale też mężczyzną zdecydowanym i gotowym o nią walczyć. Poza tym zostaje pisarką, a do tego dyrektorką szkoły dla… dziewcząt i chłopców, w której zresztą zatrudnia całą swoją rodzinę. Gerwig daje też prawo do głosu i obrony swoich decyzji Meg – najstarszej siostrze, która ku rozczarowaniu wielu młodych czytelniczek nie została jednak aktorką, ale żoną przy mężu. Ustami Emmy Watson mówi do krytykującej jej decyzję siostry: „Moje marzenia są inne od twoich, co nie znaczy, że są mniej ważne”. Gerwig zdaje się mówić nam wszystkim: „Nie poddawajcie się, walczcie o swoje, nawet jeśli jest wam czasem trudno, tak jak i trudno było siostrom March, a jednak i im się udało”.

Po czwarte, ten film jest apoteozą codzienności i siostrzeństwa – i to nie tylko tego na bazie więzów krwi. Oglądając go, rozumiemy, że prawdziwą rewolucję, jaką robi w filmie Jo, a jaką zrobiła w rzeczywistości Louisa May Alcott, jest to, że kobiece radości, rozterki i wzruszenia nareszcie zyskały rangę tematu godnego uwagi. Godnego bestsellerowej książki i godnego tak pięknego, mądrego i ciepłego filmu.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>