fbpx

Monika Brodka – nienasycona

Monika Brodka: nienasycona
Zdjęcia: Weronika Ławniczak

„Kontrolująca, uparta, ostra, zimna” – powtarzają ci, którzy nigdy Brodki nie poznali. Z okazji jej urodzin przypominamy wywiad z archiwalnego numeru „Zwierciadła”, w którym po raz pierwszy opowiada o tym, dlaczego wyrobiła w sobie odruch kontroli, jak przeżyła śmierć dziadka i czego się boi.

Piszesz, śpiewasz, komponujesz, reżyserujesz teledyski, decydujesz o kształcie sesji zdjęciowych, chronisz swoją prywatność i świadomie kreujesz własny wizerunek. Jakie doświadczenia wyrobiły w tobie potrzebę kontroli?
Bardzo różne. Najprostszą odpowiedzią jest wskazanie na powód, dla którego lubię mieć kontrolę – z dbałości o jakość. Lubię spójność i konsekwencję. Poza muzyką bardzo interesują mnie sztuki wizualne, moda. Sesja zdjęciowa jest dla mnie nie tylko zabawą, ale szansą na pokazanie czytelnikom czegoś oryginalnego, niesztampowego. Zdarza się, że gazeta zaprasza mnie do wywiadu i sesji, bo szanuje to, co robię, moją muzykę czy określony utwór. A później okazuje się, że powinnam dostosować się do wizji nieznanej mi osoby, założyć określone stroje, pozwolić na pomalowanie sobie twarzy w określony, nie mój sposób. Jakby przebrać się za kogoś innego.

Jak sobie radzisz z zarzutami, że wchodzisz w kompetencje innych?
Trafiłam na wiele otwartych osób, które chętnie rozmawiają, współpracują, z którymi mogę uzgodnić wspólną wizję. Moim celem nigdy nie był i nie jest konflikt sam w sobie. Po prostu nie lubię obojętności, bylejakości, powtarzalności. Mam silne przekonanie, że mój wizerunek należy do mnie. Dlaczego ktoś inny powinien o nim decydować? Albo o tym, że na przykład mam się uśmiechać?

Nie chcesz się uśmiechać?
Nie na zawołanie, nie na życzenie, nie wtedy, gdy staje się to sztuczne. Przez lata miałam kompleks zębów i wolałam się nie uśmiechać, bo miałam krzywy zgryz. Udało mi się go naprawić, ale możliwe, że został we mnie ten odruch, by raczej się nie uśmiechać. Podziwiam artystki i artystów, którzy wiernie podążają za swoim głosem. Czasami media chciałyby, żeby ci na czas sesji stali się przedmiotem, który można dowolnie obrabiać zgodnie z linią magazynu, a nie z tym, kim artysta jest.

Powiedziałaś kiedyś, że masz duży problem z zaufaniem – to się łączy z kontrolowaniem?
Niektóre media kreują mój wizerunek jako zimnej, wycofanej osoby. Kim innym jestem prywatnie, a kim innym w życiu publicznym. Nie dzielę się tym, jak wygląda mój dom, z kim się spotykam i co robię zaraz po obudzeniu. W życiu prywatnym faktycznie potrzebuję czasu, by się do kogoś zbliżyć. Zaufanie to proces. Zawodowo jestem dużo bardziej zdecydowana – konsekwentnie i uparcie dążę do celu. I również zawodowo, pewnie dla swojego bezpieczeństwa, noszę pancerz obronny.

Co jest tym pancerzem?
To bardziej maska stanowczości. Bo chociaż mam w sobie siłę i jestem zdecydowana, to jest we mnie również obawa, że jak pokażę więcej swojej ciepłej, wesołej, prywatnej strony, ktoś to wykorzysta.

Monika Brodka: nienasycona
Zdjęcia: Weronika Ławniczak

Zawsze miałaś w sobie tę siłę, czy przyszła w wyniku konkretnych wydarzeń?
Wielkie znaczenie miał 2010 rok i wydanie płyty „Granda”. Byłam zdeterminowana, by pokazać właśnie taki materiał. Od poprzedniej płyty minęło sześć lat. Moja ówczesna wytwórnia i media nie bardzo się interesowały tym, co robię. Miałam w sobie ogromny upór, by wydać oryginalny materiał na własnych zasadach. Dokładnie wiedziałam, czego chcę, i bardzo w tę płytę wierzyłam. Na początku słyszałam sceptyczne głosy, że to niby trudniejsze i się nie przyjmie, że to zabieg marketingowy, że to tylko kreacja.

Ostatecznie płyta zachwyciła krytyków i publiczność.
A ja zyskałam dużo większą grupę fanów, którzy zostali ze mną przez lata. Płyta zaskoczyła i ruszyłam w długie trasy koncertowe. Dostałam wtedy ogromny zastrzyk siły i potwierdzenie, że warto być konsekwentną, słuchać siebie i swojej intuicji. To była również lekcja o tym, by nie odpuszczać, gdy wiem, jaki ma być efekt końcowy, by właśnie czasami kontrolować – nie po to, by komukolwiek utrudniać życie, ale po to, by osiągnąć najlepszy efekt. I teraz jeszcze silniej chcę robić rzeczy po swojemu, zgodnie ze swoim rytmem, pomysłem, nie uginać się, jeśli czuję, że to wbrew temu, kim jestem.

Co byś powiedziała młodej Brodce, która właśnie dostała się do „Idola”?
Nie zaczynaj tak szybko.

Dlaczego?
Wyjechałam do Warszawy, gdy miałam 16 lat. Połowę swojego młodego życia spędziłam, ciężko pracując. Mam luki w pamięci z tamtego okresu, nie pamiętam wielu dni, tygodni, miesięcy, bo było aż tak intensywnie. Pędziłam, szłam na wiele kompromisów.

Jaką cenę zapłaciłaś za ten pęd?
Czasami czuję coś na kształt wypalenia. Mam 30 lat, dosyć szybko sporo osiągnęłam, ale z pewnością ominęło mnie wiele doświadczeń, na które mieli czas moi nastoletni rówieśnicy.

Żałujesz swoich dwóch pierwszych płyt?
Czasami pojawia się we mnie ta myśl – teraz na pewno bym ich nie nagrała albo nagrała je inaczej. Z drugiej strony – to bezsensowne myśli, donikąd nie prowadzą. Bo czy byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz, a które bardzo lubię i cenię, gdyby właśnie nie te dwie pierwsze płyty? Pewnie nie. Dlatego nie, nie żałuję.

Po „Grandzie” mogłaś nagrać „Grandę II”, ludziom by się spodobało, a nawet wielu na to czekało. Zarobiłabyś łatwe pieniądze i grała koncerty przez zwykłe odcinanie kuponów, ale nagrałaś „Clashes”. Rewolucyjna zmiana.
Pewnie przez to straciłam jakąś część słuchaczy. Dla mnie „Clashes” to bardzo cenny materiał, zapis kilku lat mojego życia. W Polsce czwarta płyta, ale debiutancka dla świata. Moja pierwsza płyta wydana w tym samym czasie na wielu zagranicznych rynkach. Gdybym kalkulowała, to pewnie ta płyta byłaby inna, bardziej zwracająca na siebie uwagę. Ale chciałam oddać nastrój, w którym byłam.

Smutek?
Może odrobina smutku, nostalgii.

W utworze „Horses” śpiewasz o tym, że nie ma żadnego guru, który mógłby cię zabrać do domu. Słowa powstały podczas twojego pobytu w Nowym Jorku. Pamiętasz ten moment?
Ukochane miasto, do którego przyjeżdżałam wielokrotnie, ale na krótko. Obiecałam sobie kiedyś zamieszkać w Nowym Jorku. Udało się, gdy skończyłam trasę po wydaniu „LAX”. To było dla mnie bardzo samotne doświadczenie. Po wypiciu porannej kawy snułam się długimi godzinami po Manhattanie i Brooklynie. Nie lubię w restauracji jeść sama, więc wieczory najczęściej spędzałam w mieszkaniu tylko ze sobą. Devendra Banhart [amerykański muzyk rockowy – przyp. red.] pożyczył mi gitarę, brzdąkałam na niej. Pewnego wieczoru wymyśliłam melodię, tak powstał utwór „Horses”. Tekst jest połączeniem wyrwanych z kontekstu, abstrakcyjnych zdań, które łączą się w historię o zagubieniu, zwątpieniu, braku autorytetów. To dla mnie również opowieść o nieprzystawaniu do schematu, do ustalonych przez innych planów, które nigdy nie były naszym autonomicznym wyborem.

Jak sobie radzisz ze smutkiem?
Rozmową. Bliscy mnie znają i wiedzą, że muszę się wygadać, wyżalić, wybrać numer telefonu i wylać, co zalega w środku. Jestem panikarą. Gdy pojawiają się problemy, to wpadam w mały obłęd. Dlatego bardzo się cieszę, że otaczają mnie rozsądni ludzie, którzy potrafią mnie sprowadzić na ziemię racjonalnymi argumentami.

Monika Brodka: nienasycona
Zdjęcia: Weronika Ławniczak

Jak długo pracowałaś nad nową płytą, czyli koncertem „MTV Unplugged”?
Od lutego. Potencjał koncertowy mojego zespołu był bardzo duży, długie trasy, wiele utworów, różnych aranżacji – dlatego mam wrażenie, że przygotowywaliśmy się do tego wydarzenia od lat.

Tylko kilku polskich artystów nagrało płytę w ramach formuły MTV Unplugged. Czujesz się wyróżniona?
Bardzo. Dla mnie to wielka nobilitacja. Gdybym miała się cofnąć w czasie, to poszłabym na koncert Nirvany. Pierwsza kaseta, którą w życiu sobie kupiłam, to był właśnie koncert Nirvany „MTV Unplugged”. Wychowałam się na MTV, to czasami był jedyny dostęp do muzyki światowej, wywiadów z artystami. Chłonęłam ten świat namiętnie. Nagranie pierwszej koncertowej płyty właśnie w ten sposób jest spełnieniem marzeń. Sporo czasu zajęło ustalenie kolejności utworów. Najpierw jest duża dramaturgia, patos, później bardziej akustycznie, folkowo, intymnie, a jeszcze później bardziej rockowo, a nawet rock-
androllowo, pojawia się wręcz punkowa „Granda”, a na końcu wielki wybuch, powrót do korzeni. Do tego cover Nirvany.

Czego najbardziej nie lubisz w swojej pracy?
Ograniczonych budżetów przy teledyskach, trasach, koncertach, sesjach. Czasami chciałabym przenieść swoje marzenie w materialny byt, ale brakuje na to środków.

Jesteś nienasycona?
Jestem. Przez to, że chce się więcej, czasami łatwo zapomnieć o tym, co się ma, co się już wydarzyło i jest dobre.

Powiedziałaś kiedyś, że Polska jest małym i bezpiecznym rynkiem. Chcesz podbić świat?
Faktycznie jest tak, że w Polsce mogę kolejny rok grać w tych samych miejscach, na tych samych festiwalach. Czasami czuję, że doszłam do pewnej granicy. Mogłabym wpaść w rutynę, grać stare hity, zarabiać na emeryturę, ale chcę czegoś więcej. Nie chciałabym być drugą Beyoncé albo Rihanną i żyć w fortecy, odcięta, chroniona przed zewnętrznym światem. Ale na pewno chciałabym grać jeszcze więcej koncertów za granicą, być rozpoznawalna w świecie alternatywnego popu.

Pochodzisz ze wsi Twardorzeczka. Czasami wspominasz tatę muzyka i mamę, która miała szafę wypełnioną niezwykłymi ciuchami, które chętnie pożyczałaś. Co z nich znajdujesz w sobie?
Od mamy gospodarność, dbanie o własną przestrzeń, własny dom i zamiłowanie do gotowania, smaków. I zaradność. Jeśli chodzi o tatę, to z każdym rokiem widzę, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Mój tato ma 72 lata i właśnie jest ze swoim zespołem w trasie w Izraelu. Gdy myślę o swoim głodzie, nienasyceniu, o które pytałeś, to widzę tatę, który cały czas ma apetyt na muzykę, podróże, na życie. Ma w sobie miłość i pasję do tego, co robi. Pamiętam, że gdy wracał z pracy, to czasami opowiadał o tym, że się pokłócił, że postawił na swoim, był uparty i przez to ktoś był niezadowolony. I ten upór znajduję w sobie – właśnie wtedy, gdy jestem przekonana, czego chcę. Czuję się mieszanką silnej, stąpającej po ziemi mamy i wolnego ducha taty.

W utworze „Santa Muerte” śpiewasz do śmierci jak do starego kompana. Napatrzyłaś się na śmierć?
W tym utworze śpiewam o wspólnej drodze ze śmiercią po to, by się z nią oswoić, zapoznać. Słyszałam, że na całym świecie, niezależnie od wieku, płci i pochodzenia, na pierwszym miejscu u ludzi jest lęk przed śmiercią. Zaraz potem lęk przed publiczną kompromitacją.

A ty się boisz?
Tak.

Czego?
Śmierci moich bliskich, własnego umierania. Boję się ciężkich chorób, ale też konfrontacji z chorobą bliskich. Boję się cierpienia, bólu. Religia katolicka czasami ten lęk pogłębia. W Meksyku zdumiało i zachwyciło mnie, gdy zobaczyłam tańczące na pogrzebie dzieci. Przemarsz kolorowych, przebranych ludzi, którzy byli w żałobie. Nie było w tym braku szacunku dla bliskich, którzy odeszli, ale inne spojrzenie na żegnanie się. W utworze, o którym rozmawiamy, chciałam oddać tego ducha, ten pomysł na spotkanie ze śmiercią.

Pamiętasz, jak umarł twój dziadek?
Dokładnie. Umierał wiele lat z powodu czerniaka, przerzutów. Stawał się coraz chudszy, znikał w oczach. Odchodzenie dziadka było tak naprawdę najspokojniejsze w całej chorobie. Przez dwa dni po śmierci jego ciało leżało w domu. W tamtych czasach i na wsi to było naturalne. Inaczej niż obecnie i w miastach, gdy udaje się, że śmierci nie ma.

Co wtedy czułaś?
Specyficzny, nieprzyjemny zapach rozkładającego się ciała, który jednak wpisywał się w rytuał pożegnania z dziadkiem. Do domu przychodzili bliscy i sąsiedzi. Nie bałam się przytulić dziadka, pocałować jego zimnego policzka, to było naturalne.

Śpiewanie jest terapeutyczne?
Nie dla mnie, nie używam w tym celu muzyki ani słów piosenek. A jeśli już, to bardzo subtelnie, bez dosłowności i mówienia wprost.

To prawda, że potrafisz pół godziny wybierać lakier do paznokci?
Czasami dłużej, czasami krócej. Kolory, którymi się otaczam, są dla mnie niezwykle ważne, ich odcienie, niuanse, to, jak wpływają na nastrój. A jeśli mam już się zdecydować, by pomalować sobie paznokcie i widzieć co chwilę określony kolor, to nie może mnie on drażnić. Obecnie uwielbiam lekko przypłowiałe, przyduszone niebieskości i zielenie, żadnych mocnych pigmentów.

Powiedziałaś, że irytuje cię auto-tune na wokalu. Czym jest auto-tune na wokalu, a czym w życiu?
W muzyce auto-tune to urządzenie, które przestraja dźwięk, czasami pomaga ukryć fałsz. W życiu auto-tune to dla mnie dostrajanie się, próba sprostania oczekiwaniom mediów, słuchaczy, społeczeństwa. Te głosy nigdy się nie kończą i ulegając im, wpada się w pułapkę utraty własnej tożsamości. Odcinanie kuponów od płyty czy utworu, który stał się sukcesem, to też forma dostrajania się do oczekiwań innych, skupiania się nie na twórczości, ale na zarabianiu pieniędzy. Nauczyłam się, że większą cenę płaci się za udawanie kogoś, kim się nie jest, niż za stawianie na swoim.

Monika Brodka: ur. 7 lutego 1987 roku w Żywcu. W wieku sześciu lat zaczęła się uczyć gry na skrzypcach. W 2004 roku wygrała program „Idol” i wydała płytę „Album”, a dwa lata później „Moje piosenki”. W 2010 roku ukazała się „Granda”, która uzyskała status dwukrotnej platyny i została nagrodzona Fryderykiem w kategoriach: album roku pop i produkcja muzyczna roku. W 2014 roku album „Granda” uznany został za najlepszą płytę nagrodzoną Fryderykiem w ostatnich 20 latach w kategorii: muzyka rozrywkowa. W 2016 roku wyszła płyta „Clashes”. Potem kolejna „MTV Unplugged”.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>