fbpx

Jason Mraz „Love is a four letter word” – recenzja

Jason Mraz „Love is a four letter word” - recenzja
materialy prasowe

Łatwa, lekka, przyjemna – muzyka na „Love is a four letter word” jest jak „Lato z Radiem”.
Bardzo dużo czasu zajęło Jasonowi Mrazowi nagranie tej płyty. Zaczął w 2009 roku, chwaląc się fanom, że piosenki układają się w całość, a codziennie przybywają nowe wersy zwrotek. Od tamtej pory artysta wchodził do studia, wychodził z niego, nagrywał, miksował, poprawiał, kasował, publikował przecieki w sieci, zaprzeczał im, zmieniał. Wreszcie w kwietniu bieżącego roku światło dzienne ujrzał album „Love is a four letter word”, a my mogliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto było czekać.

Kim jest Jason Mraz? Pamiętacie recenzję płyty „lovestrong” Christiny Perri?

Otóż Mraz (którego ze względu na słowiańskie korzenie możemy śmiało spolszczyć do Mroza) to Perri w spodniach. Czyli w skrócie: nie mają tu czego szukać ci, którzy cenią sobie oryginalność. Zawiodą się miłośnicy wielowarstwowych metafor. Śmiechem parskną wielbiciele skomplikowanych aranżacji. 34-latek z Virginii jako artysta zajmuje się głównie składaniem obietnic miłosnych i rozliczaniem się z nich względem płci pięknej. Robi to w towarzystwie zwykłego pop-rockowego instrumentarium, któremu lideruje gitara akustyczna i melancholijne „uuuu” w refrenach. Czasem wzbogaca je np. harmonijka ustna („Frank D. Fixer”). Kompozycje utrzymane są w średnim tempie. Ot, muzyka, jakiej na rynku wiele. Ładna, ale raczej szybko przemijająca.

Jason Mraz „Love is a four letter word”, Warner Music

ZAMÓW

E-WYDANIE

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>