Mudhoney: Vanishing Point – recenzja płyty

mudhoney-vanishing-point
mat.prasowe

Krytycy zawsze lubili Mudhoney, ale w odpowiednio małej skali. Fani
ich wielbią, ale w skali jeszcze mniejszej.

mudhoney-vanishing-point
mat.prasowe

Doskonały dowód na to twierdzenie to wtorkowy koncert w warszawskiej Stodole, która dla grupy ze Seattle, wymienianej się w jednym szeregu z Pearl Jamem, Soundgarden i Nirvaną – choć na samym końcu, po chwili zawahania – wypełniła się w niewielkim ułamku. Ci, którzy przyszli, starsi czy młodsi, którzy mogliby „Superfuzz Bigmuff” znać tylko z opowieści dziadków, bawili się jednak doskonale. Podobnie muzycy. Bo chyba właśnie tylko o to chodzi dziś w ich muzyce.

Mudhoney nie zarabiają dzięki niej na życie. Są magazynierami, pielęgniarzami, raz po raz sięgającymi po instrumenty. Nie mają już złudzeń własnego gwiazdorstwa. Choć są powszechnie chwaleni, ich komercyjna wartość jest zbyt niska, by przynieść jakikolwiek większy dochód. Ich trasy to mordercza pogoń przez kontynenty z koncertami w każdy kolejny wieczór. Ich nowe albumy z XXI wieku – w tym wydany po pięcioletniej, najdłuższej w historii grupy przerwie „Vanishing Point” – brzmią jak nagrane w garażu demówki pionierów stylu, który kiedyś nieporadna krytyka ochrzciła mianem grunge’u. Na luzie, jakby od niechcenia, z mnóstwem niedociągnięć i wizytówkowym fałszem na wokalu, który w talent show odpadłby już w przedbiegach. Marketingowcy dawno stracili nadzieję, że Mudhoney da się wypromować tak, by wypłynęło na szersze wody. Mark Arm i spółka mają zresztą w poważaniu rynek muzyczny, czemu dają wyraz w tekstach. „I don’t care if you think I’m a prick” – śpiewa Arm, a to tylko losowo wybrany wers z całej gamy podobnych deklaracji.

Z „Vanishing Point” Mudhoney niczego nie zwojują. Zamiast tego dorzucą kilka koncertowych szlagierów, na które z wytęsknieniem czekać będą fani: „Slipping Away”, „I Don’t Remember You” czy „I Like It Small”. Pozostając poza wszelkimi nurtami i niszami, wciąż tkwić będą na swoim
małym postumencie gdzieś na przedmieściach Seattle. Bez pretensji czy roszczeń.

Mudhoney „Vanishing Point”, wyd. Sup Pop

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>