Poezja i hałas: Blisko Pola – recenzja

Poezja i hałas: Blisko Pola - recenzja

Pewnego piątku minionej zimy – a był to wyjątkowo mroźny piątek – w jednym z łódzkich hoteli – konkretniej tym, w którym kilka tygodni później spał Justin Bieber – odbył się nietypowy koncert.
Trochę granie do kotleta, trochę próba przebicia się ze swoim repertuarem do szerszej publiczności. Owszem, grupa Blisko Pola pasowała tam jak świni siodło. Na ich twarzach widać było zresztą pewną frustrację, bo publiczność była wyjątkowo oporna. Choć altowiolistka Ewa Kozioł boso spacerowała pomiędzy słuchaczami, próbując wciągnąć ich w jakąkolwiek interakcję, a pozostali muzycy: wokalista i gitarzysta Piotr Kwietniewski, grający na klarnecie i syntezatorze Paweł Cieślak oraz perkusista Piotr Gwadera dawali z siebie wszystko, elegenckie panie i równie przypudrowani panowie korzystający z luksusów hotelowego lobby nie dali się porwać. Ich strata.

Blisko Pola ścierają się z podobnymi problemami od 2008 roku. Wydany własnym nakładem kolejny album „Odkąd odpływamy ogień ogromny ogród”, tak jak i poprzednie nie zdobędzie większej popularności. To po prostu muzyka bardzo trudna, nie do słuchania we wspomnianych już okolicznościach. Wymagająca skupienia, a nie kotleta. Jej klasyfikacja gatunkowa jest zresztą równie trudna, jak odbiór. Bartek Chaciński napisał o niej, że „woli w niej swobodne podgrywanie klarnetu i altówki na rockowym tle niż przepoetyzowaną końcówkę” i w tym jednym zdaniu zawarł krótkie streszczenie jej zawartości. Mi jednak zabawy słowem Kwietniewskiego wyjątkowo przypadły do gustu, z kolei zbyt cicha i przygaszona wydała się w kilku fragmentach muzyka. Ale Blisko Pola udowodnili na żywo, że kiedy trzeba, potrafią przygrzmocić hałasem.

Blisko Pola, „Odkąd odpływamy ogień ogromny ogród”, wyd. własne

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze