fbpx

Znowu mu się udało: Devendra Banhart

Nowy Devendra Banhart to drogowskaz dla rzeszy jego fanów i – może przede wszystkim – naśladowców.
Minęło już ponad dziesięć lat od debiutu Banharta, który może niekoniecznie zrewolucjonizował, ale na pewno odświeżył spojrzenie, jakim obdarzane są dokonania współczesnych folkowych twórców tzw. nurtu Americany. Stał się tamtejszym odpowiednikiem Kapeli Ze Wsi Warszawa – liderem pewnego trendu, niedoścignionym, choć wielokrotnie naśladowanym. Wytrwale podążał swoją drogą, nagrywał kolejne pokręcone albumy, pełne małych i dużych perełek, trudnych w odbiorze, acz
wynagradzających cierpliwość słuchacza. Jego muzyka zawsze była wyjątkowa, choć czasem sprawiała wrażenie, jakby powstawała od niechcenia.

Podobnie jest w przypadku najnowszej produkcji. Choć to oczywiście niezamierzony zabieg, „Mala” to album mały. Niepozorny, wydawałoby się, że niewiele znaczący. Ot, list miłosny napisany do kolejnych muz artysty, z towarzyszeniem tej najważniejszej – jego partnerki Any Krăs. Może właśnie jej udział spowodował, że nowy Banhart jest jakby trochę spokojniejszy, trochę mniej zawiły, trochę grzeczniejszy i bardziej prostoliniowy? Na pewno nie działa to na niekorzyść, wręcz przeciwnie, czyni jego muzykę łatwiejszą w odbiorze, czego przykładem jest choćby od razu wpadający w ucho „Never Seen Such Good Things”.

Banhart będzie jedną z gwiazd tegorocznego Open’era. „Mala” to płyta obowiązkowa dla tych, którzy w wakacje wybiorą się do Gdyni.

Devendra Banhart „Mala”, Warner

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze