Nie wstydźmy się łez

O książce „Widać było tylko szczęście” Grégoire’a Delacourta z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim rozmawia Anna Dziewitt-Meller.


Jak się panu podobała książka?
Nie potrafię powiedzieć, czy mi się podobała. Na pewno zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Do jej czytania przystąpiłem z lekkim dystansem, bo, z racji mojego zawodu, obawiałem się taniego psychologizowania. Spotkało mnie zaś zupełnie co innego. Teraz mogę powiedzieć, że zostawiła trwały ślad w mojej pamięci.

Bohater książki to człowiek z poważnymi psychologicznymi problemami. Czy potrafi pan je zdiagnozować?
Mówiąc językiem poetyckim, jest to postać tragiczna – człowiek cierpiący i zadający cierpienie. Mówiąc językiem diagnostyki, u podłoża jego kondycji leży depresja, która, ku mojemu zdziwieniu, zaowocowała ciężką psychozą maniakalną i doprowadziła do wydarzeń, na jakie czytelnicy mogą nie być przygotowani. Jako psychoterapeutę trudno mnie zszokować, ale jako czytelnik pozwoliłem sobie opuścić gardę. I wtedy autor mnie zaskoczył, a nawet zirytował tym dreszczem emocji, jaki towarzyszył mi podczas lektury.

Czy problemy ludzi, którzy przychodzą do pana po poradę, zazwyczaj sięgają ich
dzieciństwa?
Poza żołnierzami z zespołem stresu pourazowego – którzy widzieli, jak ich kolegę rozerwała mina – i którym trauma całkowicie demoluje życie, większość moich pacjentów to ludzie, którzy doświadczyli w dzieciństwie zdarzeń determinujących ich późniejszą odporność, lub jej brak, na sytuacje w dorosłym życiu.

Co my, jako rodzice, robimy źle?
Dramatyzm sytuacji polega na tym, że nasze intencja są czyste – staramy się być takimi
rodzicami, jakimi wydaje nam się, że powinniśmy być. Mamy wzorce, czytamy książki, szukamy wskazówek, chcemy cały czas się doskonalić. Zapominamy o tym, że wybory, którym towarzyszą szczególne emocje, odcinają nas od tego, co jest „tu i teraz”, i automatycznie cofają nas do zachowań, które mamy „wdrukowane”.

Dziś wiele z nas ma odwagę, aby przerwać te zapętlone cykle zachowań i traum,
odziedziczone po naszych przodkach, i wyrwać się na wolność.
Jestem dzieckiem psychoterapii. Gdyby nie ona, po prostu by mnie nie było – nie przeżyłbym tej bezsilności wobec skryptów, jakie nosimy w sobie. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. Delacourt pisze, że zrozumienie pewnych procesów jest krokiem do zbliżenia między ludźmi. Kiedy ja zachęcam moich pacjentów, żeby porozmawiali ze swoimi rodzicami, często słyszę, że nie czują takiej potrzeby. To jest ucieczka przed tym, co sprawia nam ból – ucieczka w niewiedzę. Tymczasem zrozumienie jest pierwszym krokiem, żeby wybaczyć. Bez zrozumienia nie ma wybaczenia, ale zrozumienie jest niemożliwe bez konkretnej wiedzy.

Dlaczego przebaczenie, jako proces, jest tak trudne?
Bo jest bolesne, a my jesteśmy rozleniwieni, nie lubimy odczuwać bólu. Córka głównego
bohatera, Józefina, słyszy od swojego psychoterapeuty, że wielkie rzeczy rodzą się we łzach. Nie ma uwolnienia bez cierpienia. Namawiam moich pacjentów, żeby przestali się wstydzić łez, bo jeśli ktoś umie płakać, to znaczy, że umie przeżywać.

„Widać było tylko szczęście” jest również opowieścią o rodzeństwie. Jak wpływa na relacje w rodzinie sytuacja, w której dziecko przejmuje rolę rodzica?
Z dzieciństwem jest masa różnych problemów, bo to wtedy wszystko się zaczyna. Jeśli chcemy uczynić nasze życie pełniejszym i szczęśliwszym, warto wrócić do tego okresu, żeby domknąć pewne sytuacje. Zawsze pytam swoich pacjentów, czy są na to gotowi – a na wstępie dziękuję im za odwagę i determinację. Amerykańscy psychologowie sformułowali pogląd, że nie istnieje coś takiego jak szczęśliwe dzieciństwo. Ich zdaniem każde z nas ma jakieś kwestie do przepracowania z tego etapu życia. Ja nie wierzę, że można coś do końca przepracować – to zawsze w nas będzie.

Czy zgodzi się pan, że książka Grégoire’a Delacourta ma walor terapeutyczny?
W wielu aspektach. Pokazuje w mocny, a dla niektórych nawet szokujący sposób, do czego może doprowadzić grzech zaniechania. Niezadbanie o siebie w odpowiedni sposób może na zawsze zamknąć nasze emocje za stalowymi więziennymi drzwiami. Delacourt pisze, że milczenie jest jak strzały z rewolweru, które nigdy nie ustają. Często pacjenci twierdzą, że nigdy nie doświadczyli w swoim życiu przemocy. Poźniej dowiaduję się, że do jednej z moich pacjentek matka potrafiła nie odzywać się przez dwa tygodnie z zemsty za złą ocenę w szkole. To też jest przemoc, tylko pasywna. Jej konsekwencje nie są wcale mniejsze niż przemocy fizycznej.

W książce pojawia się takie zdanie: „Pragnienie zabicia albo zniszczenia siebie i zniszczenia wszystkiego wokół siebie jest zawsze podszyte ogromnym pragnieniem kochania i bycia kochanym”. To paradoks, którego nie rozumiem.
Kiedy dziecko doświadcza czegoś złego od swoich rodziców lub opiekunów, to wcale nie
przestaje ich kochać. Dla niego są jak bogowie. Ono przestaje kochać siebie, a w najgorszym wypadku – zaczyna siebie nienawidzić. Ważne, aby ktoś zdjął ten ciężar z jego barków i powiedział: „Twoi rodzice mieli prawo popełniać błędy. To nie twoja wina. Ty masz prawo myśleć o sobie i być szczęśliwym”.

Robert Rutkowski – ekspert w dziedzinie psychoterapii i rozwoju osobistego. Pomaga osobom w kryzysach zawodowych, rodzinnych oraz mającym problemy z uzależnieniami. Autor bestsellerowych książek „Pułapki przyjemności” i „Oswoić narkomana”.
Anna Dziewitt-Meller – pisarka, dziennikarka, felietonistka Tygodnika Powszechnego. Autorka bloga bukbuk.pl, na którym prezentuje nowości wydawnicze i rozmawia z pisarzami.

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link