Nowości Zwierciadła:„Jak brat z bratem”– Mikołaj i Andrzej Grabowscy opowiadają o sobie

„Jak brat z bratem” to zapis rozmowy dwóch znakomitych artystów, Mikołaja i Andrzeja Grabowskich z dziennikarką, Hanną Halek. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło. Poniżej fragment opowieści braci Grabowskich o sobie.
Hanna Halek: Co Pan sobie, Panie Andrzeju, kupił za pierwsze zarobione w teatrze pieniądze?

ANDRZEJ: Za jedne z pierwszych kupiłem sobie rower, chyba Wigry 3, za całą pensję. W Tarnowie na kiermaszu z okazji święta 1 Maja rzucili właśnie składaki, co było wtedy szczytem nowoczesności i kwintesencją marzeń. Bardzo chciałem mieć ten rower, a potem w ogóle na nim nie jeździłem.

Hanna Halek: A Pan, Panie Mikołaju?

MIKOŁAJ: Nie pamiętam. Na pewno nie kupiłem roweru, którym potem nie jeździłem. (śmiech)

ANDRZEJ: WSK-ę sobie kupiłeś.

MIKOŁAJ: Rzeczywiście, jednym z pierwszych moich zakupów motoryzacyjnych był motocykl WSK. Kupiłem go w Alwerni w sklepie spożywczo-przemysłowym GS-u. Stał koło mąki albo cukru w jednym egzemplarzu. Sam jeden, więc i zarazem najpiękniejszy. Byłem niezwykle szczęśliwy, lecz szczęście trwało krótko, ponieważ on nie chciał nawet zapalić. Po dniu próby uruchomienia silnika na pych rada miejscowych speców (oj, oglądali, doradzali, deliberowali) zadecydowała, że trzeba go zawieźć do krakowskiego TOS-u (Technicznej Obsługi Samochodów), poprzednika Polmozbytu, na Wzgórza Krzesławickie. Tam okazało się, że mój motocykl ma pęknięty tłok, ale że był nowy, a ja idiota, to mechanicy, nie w ciemię bici, przy okazji naprawy i oczywiście bez mojej wiedzy wiele nowych części powymieniali na stare. W związku z tym mniej więcej co trzy tygodnie musiałem tę WSK-ę dostarczać do nich, bo ciągle się psuła. Uśmiechali się do mnie ze zrozumieniem. Najgorsze było to, że do tego TOS-u ostatnie kilometry były pod górkę i wtedy najczęściej motor odmawiał jazdy. O Boże, musiałem go pchać cały kilometr albo dwa. Z jazdy tym motorem najbardziej pamiętam jego pchanie. Kiedyś Andrzej zapragnął bardzo jechać do Chrzanowa i pożyczyłem mu tę WSK-ę. Ostrzegłem jednak, że po drodze różnie może być – jest duże ryzyko, że motocykl się zepsuje w najmniej oczekiwanym momencie. Pojechał, a później? Przyprowadził go za rączkę czternaście kilometrów.

ANDRZEJ: No tak, przyszedłem pieszo, ale na motorze. (śmiech) Później kupiłem sobie własny, od kolegi z akademika. Poniemiecki, pięknie pomalowany na kolor yellow bahama sahara. Wyglądał cudnie, tyle że był zepsuty. Kolega, który mi go sprzedał, powiedział jednak, że każdy mi go wszędzie naprawi. Pchałem ten motocykl przez cały rok, byłem we wszystkich zakładach w Krakowie, gdzie istniała możliwość, że być może stanie się cud. Po czym z tych wszystkich zakładów po kolei wypychałem swój yellow bahama sahara, bo każdy mówił to samo: „Panie, nie da się, nie mamy takich części, bo to przedwojenny motor. Jawę pan przyprowadź albo pannonię, to od ręki naprawimy”. Po roku pchania sprzedałem wreszcie tę dekawkę mojemu koledze, ale ostrzegłem, że z naprawą może być kłopot. „Co ty tam gadasz, na Śląsku mi go zrobią” – odparł, po czym po wielu miesiącach pchania wkurzył się tak, że porzucił dekawkę na jakimś parkingu. Jak sobie o tym dziś pomyślę, to aż żal! Teraz żeby mieć taki motocykl, śliczny, niemiecki, przedwojenny, wiele osób dałoby wielkie pieniądze.

Fragment książki „Jak brat z bratem”, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 272. Książka do kupienia w naszej księgarni.