fbpx

O filmie „Nasz czas” rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

O filmie "Nasz czas" rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland
Kadr z filmu "Nasz czas" (fot. materiały prasowe Gutek Film)

Bohaterowie „Naszego czasu” Carlosa Reygadasa prowadzą wielkie ranczo w Meksyku. Mają dzieci, odnieśli sukces, wydają się spełnieni. A jednak ich związek nie jest tym, na co wygląda. Nad konsekwencjami igrania z miłością zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „Nasz czas” Carlosa Reygadasa opowiada o otwartym związku. Reżyser sam gra w nim główną rolę – męża, który podgląda swoją żonę, gdy ta sypia z innymi mężczyznami. Mam wrażenie, że Reygadas dotyka w nas nieznanych rejonów.
Grażyna Torbicka: Już sam początek filmu jest zaskakujący: widzimy kilkunastominutową sekwencję scen zabawy w błotnistym stawie. I to błoto powoli jakby i nas wciągało i oblepiało. Ale wydaje się ciepłe i przyjemne, więc wcale się nie bronimy… Minuta po minucie odkrywamy kolejnych uczestników gry: kilkulatków, nastolatków, a wreszcie dorosłych. Ta z pozoru do niczego nieprowadząca zabawa wiele mówi o relacjach międzyludzkich. Jest uwerturą do głównego tematu, czyli historii Ester i Juana.

Według mnie to błoto bardzo dobrze oddaje życie w długoletnim związku. Nie sposób się nie oblepić. A do tego dochodzi jeszcze wojna płci, która zaczyna się już kiedy jesteśmy dziećmi.
Wydaje mi się, że gdy jesteśmy młodsi, błotko daje nam poczucie wolności i beztroski, jednak w dorosłym życiu ma zupełnie inny wymiar – jest cięższe i zaschnięte. Te pierwsze sceny interpretuję również jako próbę poznawania siebie nawzajem, także w kontekście seksualnym. Pokazanie, jak ważny jest moment, w którym zaczynamy odkrywać swoją seksualność. Gdy budzi się pożądanie i pojawia emocja zazdrości, zaczynają się nasze cierpienia.

Czy właśnie w obronie przed cierpieniem i chcąc wyeliminować zazdrość z relacji, Juan tworzy z żoną związek, który opiera się na założeniu, że romans nigdy nie może doprowadzić do rozpadu ich małżeństwa?
Czy otwarty związek ma większe szanse, by przetrwać? A co jeśli w romans wkradnie się prawdziwe uczucie? Czy miłość nie wymaga pewnych poświęceń?… Zanim jednak dojdziemy do odpowiedzi na te pytania, mamy jeszcze scenę, która pokazuje, jak wygląda życie tej pary na ranczu i jaki potencjał i siła tkwią w obojgu. Pamiętasz scenę na wybiegu dla byków, gdy trzeba je po kolei schwytać? Juan kompletnie sobie z tym nie radzi, to Ester ratuje sytuację, jest bardziej sprawna w tej tzw. męskiej czynności. Mimo że to wcale nie jest jej pasja. Ktoś wtedy powiedział, że Juan znów schrzanił sprawę i zobaczyłam, że to mężczyzna pełen kompleksów, który ma problem ze swoim ego i poczuciem męskości. Pomyślałam, że to właśnie dlatego zaproponował żonie ten otwarty układ…

Co więcej, to on podsuwa Ester kochanków. To daje mu poczucie kontroli nad sytuacją. Gdy w pewnym momencie kobieta zaczyna nowy romans, Juan domaga się, żeby relacjonowała mu dokładnie, co się dzieje między nią a kochankiem. Co czułaś w tym momencie?
Juan wojerysta pragnie podglądać żonę w namiętnym uniesieniu, to rodzaj doznania sadomasochistycznego. Uważam, że otwarty związek jest dla niego formą samoobrony. Boi się, że w którymś momencie się nie sprawdzi, dlatego proponuje rozwiązanie, dzięki któremu będzie mógł sterować Ester. On cały czas traktuje ją przedmiotowo, ostatecznie jednak wpada we własne sidła. Zresztą kapitalne jest połączenie tych scen z kadrami byków wyjących za swoimi partnerkami. To niesamowicie atawistyczna wizja. Odwołanie się do zwierzęcych instynktów pokazuje, jak bliskie są one nam, ludziom. I co czujemy na skutek narzuconych kanonów, stylu bycia, obyczajów, rygorów, którym musimy się podporządkowywać. Gdy wchodzimy w związek, jednocześnie tłumimy nasze instynkty. Czy to ma sens i sprawdza się w życiu?

Dla mnie ten film jest pierwszym westernem dla kobiet, jaki widziałam. Ester jest tu górą, bo odnajduje siebie, odkrywa, kim jest, i w tym sensie dobro zwycięża – jak w westernie.
Ester niewątpliwie staje się na naszych oczach inną kobietą. Dostrzega, że Juan nigdy nie widział w niej partnerki, tylko swoją własność. Uświadamia sobie, że on podejmował decyzje nie w imię szczęścia i wolności ich obojga, tylko by mieć poczucie kontroli.

Poruszyła mnie scena, gdy po nocy, którą Ester spędziła z kochankiem , Juan zauważa na jej twarzy ślady upojenia miłosnego, którego nie widział od lat. Wie, że to nie on jest źródłem tych emocji, i czuje smutek, bo nie wie, czy kiedykolwiek jeszcze mu się uda.
To jest właśnie ten moment, kiedy Juan widzi, że wpadł we własne sidła. To, do czego popychał Ester, spowodowało, że między małżonkami nie ma już pasji ani namiętności, przynajmniej z jej strony. W tej scenie jest mi go żal. Jeszcze mocniej wychodzi tu jego słabość.

W zestawieniu z poprzednim filmem Reygadasa „Post tenebras lux”, myślę, że „Nasz czas” zrodził się z kryzysu w jego związku, i uważam, że jest to forma udanej terapii, bo reżyser pokazał wszystko to, co powinno być wypowiedziane i dostrzeżone przez tę parę.
Ja z kolei uważam, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w czasie tego filmu w ich życiu − nie będą już tą samą parą. A nawet nie będą już razem.

Ciekawe, że według ciebie czas tej pary własnie minął. Moim zdaniem on dopiero nadszedł. Ester i Juan mają przecież szansę na zupełnie nowy początek.
Myślę, że miłość, niestety, jest bardzo zaborcza i nie znosi konkurencji. Juan, podglądając, jak Ester uprawia seks z innym mężczyzną, widzi rozkosz i uśmiech na jej twarzy. Nie spodziewał się, że ktoś inny może to dać jego żonie, był pewien swojej siły. Czy będzie mógł się z taką sytuacją pogodzić? Czy to doświadczenie nie zmieni ich świata w sposób nieodwracalny? Pamiętam, że w jednej z naszych rozmów powiedziałaś, że zdaniem wielu psychoterapeutów nie należy przyznawać się do zdrady partnerowi. Czym to uzasadniają?

Tym, że wtedy przerzuca się ciężar na tę drugą osobę, a odpowiedzialność za zdradę trzeba wciąć siebie. Inaczej zdradzona osoba może tego nie unieść.
To ciekawe, czyli Juan sprawdza sam siebie.

Niesamowite, bo mnie „Nasz czas” pokazał, że w związku są możliwe różne układy. A nawet zniósł pewne ograniczenia w mojej głowie. Zobaczyłam, że miłość da się poskładać po różnych doświadczeniach. Ester i Juan są dla mnie jedną drużyną, przetrwali.
Niezależnie od tego, czy ta para umówiła się na związek otwarty, czy nie, to jeśli wewnątrz relacji coś nie gra, a jedna ze stron spotka kogoś, z kim czuje się dobrze − to ta relacja się rozpada. A według mnie Ester zakochuje się w innym mężczyźnie. Z pożądaniem nie można igrać, to źle się kończy. Nawet byki w filmie o tym wiedzą, w walce o samice stają się bardzo agresywne.

Jak myślisz, dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Dla par w kryzysie, po zdradzie? Żeby mogły zobaczyć, że istnieją różne modele miłości i nie powinniśmy tego oceniać. Ten film może także podsycać pożądanie w parze, podobnie jak erotyk.
To według mnie film bardzo ciekawy dla wszystkich: dla par z krótkim stażem i dla tych, które są już ze sobą kilka dekad. Jednak najchętniej pokazałabym go ludziom, którzy żyją właśnie w otwartych związkach, przekonani, że to da im szczęście. Mogliby zobaczyć, że w miłości granice są ważne nie dlatego, że mają nas limitować, lecz chronić przed strasznym bólem, którego możemy doznać i sprawić go drugiej osobie. Miłości nie można stale wystawiać na próby, ona tego nie znosi.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze