fbpx

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką książki „Zwilczona”

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką powieści "Zwilczona"
Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)

– Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów – mówi powieściopisarka Adrianna Trzepiota. 30 września ukaże się wznowiona wersja jej debiutu literackiego „Zwilczona”. Autorka zdradziła nam, co kryje się pod „Zwilczoną”, jakie są źródła jej literackich i życiowych inspiracji oraz skąd w jej twórczości tyle mistycyzmu. 

W pani twórczości często przewija się motyw kobiet – kobiecości, kobiecej siły i mądrości. Czy to właśnie z nas, kobiet, czerpie pani inspiracje?
Tak. Uważam, że to właśnie kobiety stoją na granicy natury pośredniczącej, są łączniczkami pomiędzy światem bardziej duchowym a zwykłym, ziemskim. Zawsze fascynowało mnie pytanie o to, gdzie dokładnie przechodzi granica pomiędzy tymi światami. Czy przechodzimy ją już w chwilach nagłych olśnień, podejmując kluczowe dla nas decyzje zgodnie z tym, co mówi nam intuicja, a może na szpitalnym łóżku, kiedy wydajemy na świat potomstwo? Z jednej strony stąpamy twardo po ziemi, dbając o życie rodzinnie i zawodowe, z drugiej potrafimy czerpać wiedzę i mądrość z przeszłych pokoleń, prababć, babć, ciotek, matek.

Jakie kobiety ceni pani szczególnie?
Kiedy kobiety odkrywają swoją wewnętrzną siłę nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Uwielbiam czytać i zagłębiać się w biografie znanych lub mniej znanych kobiet, które na przekór całemu światu potrafiły odmienić swój los, często za spełnienie swoich pasji musiały zapłacić wysoką cenę. Helena Rubenstein, matka metafory, że nie ma kobiet brzydkich są tylko zaniedbane, która poświęciła życie szukając piękna. Niesamowita Halina Birenbaum, ocalona z Holocaustu. Fanny Mendelson, siostra znanego Feliksa Mendelsona, której wybrane muzyczne dzieła sławny brat wydawał pod swoim nazwiskiem. Kobiety zawsze mnie inspirowały, bo mają ogromną moc, muszą tylko się na nią odważyć.

Dlaczego zaczęła pani pisać?
Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Bałam się opinii publicznej, krytyki ze strony rodziny, znajomych. Pisanie wierszy i innych, krótkich form literackich już od małego dziecka było dla mnie ważne, aż pewnego dnia, będąc już dorosłą kobietą, gdzieś przeczytałam, że tak samo jak rodzice nadają nam imiona, my jako dorośli ludzie powinniśmy sami nadać sobie swoje drugie imię, bo któż nas lepiej zna? Imiona mogą być różne: tancerka, śpiewaczka, malarka, fotografka, matka, kucharka… Jest w nas tyle imion, ile naszych potrzeb i jak już znajdziemy odpowiednie to musimy być tym, co ono określa. Ja w wieku 23 lat nadałam sobie nowe imię – Adrianna pisarka – i nie było już innego wyjścia. Gdybym pisała do szuflady i nie przełamała strachu przed krytyką, to imię mogłoby się ode mnie odkleić.

Chyba jakoś tak to się właśnie zaczęło, a nie było łatwo, bo mojej pierwszej książki nie chciało wydać żadne wydawnictwo. Jedno postawiło ultimatum, że jak usunę z powieści wilczycę (która jest głównym trzonem) i przerobię fabułę na zwykły romans, to książka pojawi się na rynku. Oczywiście nie zgodziłam się, ale to była trudna decyzja, straciłam wtedy mocno wiarę w siebie. Jednak nie poddałam się, moje drugie imię do czegoś w końcu zobowiązuje. Jeżeli ja nie będę wierzyła w swoją twórczość dostatecznie mocno, to przecież nikt w nią nie uwierzy.

W książkach subtelnie przemyca pani samą siebie. Czy to celowy zabieg literacki, by zaciekawić czytelników i dać im możliwość odszukiwania w poszczególnych bohaterach Adrianny Trzepioty, czy może po prostu łatwiej pisze się bazując na własnych cechach i doświadczeniach?
Uważam, że każdy pisarz w swoich książkach pisze też trochę o sobie. Bez względu na gatunek literacki, którym się posługuje. Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów. Dzięki niej możemy wrócić do „domu duszy”, jak mawia nieoceniona Clarissa Pinkola Estés, czyli do miejsca źródła, wewnętrznego świata, który daje harmonię i chwilowe ukojenie. Uprawianie sztuki jest jak wehikuł czasu, który przenosi nas w miejsce dostępne jedynie zmysłom. Miejsce, które przywraca równowagę. Dużo trudniej pisze się bazując na własnych doświadczeniach, bo to jest tak jakby obdzierało się swoje życie z intymności. Dobrze jest więc zostawić czytelnika z pewnym niedosytem informacyjnym. Balansowanie pomiędzy granicą tajemnicy i prawdy jest bardzo przyjemne.

„Zwilczona” to pani debiut literacki, który teraz, po pięciu latach, doczekał się wznowienia. Jaka historia kryje się za tą książką?
Po urodzeniu dziecka zostałam rzucona na głęboką wodę – pracowałam na pół etatu, kończyłam zaocznie studia, zajmowałam się maleńkim dzieckiem i byłam tak wycieńczona tymi wszystkim obowiązkami, że czułam się jakbym miała przeszło sto lat. Jak patrzyłam na swoje odbicie w lustrze nie widziałam w nim młodej kobiety, a zmęczoną życiem staruszkę. Stawałam się całkowicie wyblakła. Teraz wiem, że wtedy byłam bardzo nieszczęśliwa. Chciałam coś w sobie zmienić, jednak zupełnie nie wiedziałam co. Wtedy w ręce wpadła mi książka „Biegnąca z Wilkami”, wyżej już wymienionej C.P. Estés, w której przeczytałam wiele mądrych słów. Autorka porównywała kobiety do wolnych i dzikich wilczyc, które jeśli nie mogą biec przed siebie z powodu zranionej łapy, są w stanie ją sobie odgryźć, byle tylko nie stać w miejscu. Jeśli są zmęczone połogiem, to proszą inne wilczyce ze swojej watahy do opieki nad małymi, a same udają się na samotny odpoczynek, który może trwać nawet pół dnia. Czy to nie piękne? To są przecież dzikie zwierzęta, które zaprogramowała natura, nie człowiek.

Jak pani, jako autorka, zmieniła się przez te pięć lat?
Bardzo. Z kruchej dziewczynki stałam się pewną siebie kobietą. Poruszyłam niebo i ziemię, żeby wydać moje książki, a w tej branży nie miałam żadnych znajomości. Potrafiłam jeździć od wydawnictwa do wydawnictwa z wydrukowaną książką i próbować umawiać się na spotkania. Kiedy miałam chwile kryzysu dobrze wiedziałam, że jeżeli sama nie będę wierzyła w celowość tego co robię, to nikt w to nie uwierzy.

W każdej z moich książek obecne są wilki bądź symbol wilka jako duchowego przewodnika. Tak mocno zaczęłam wierzyć w ich zbawczą misję, że zaczęły być widoczne również w moim życiu. Jak mam jakiś problem do rozwikłania bądź nie wiem jaką podjąć decyzję, to przypadkiem pojawiają się w moim otoczeniu i odbieram je jako znak i już wtedy wiem co robić. Stałam się bardziej ufna, zaczęłam dostrzegać życiowe znaki. Łatwiej się żyje idąc po ich ścieżce.

W pani twórczości kobiecość, tajemniczość i cały wachlarz emocji spotyka się z… mistycyzmem. Skąd wziął się pomysł na takie połączenie?
To nie jest pomysł. To ścisła obserwacja życia. Stąpając twardo po ziemi mówimy czasem, że przydarzyło nam się coś niezwykłego. Przyśniła nam się rozmowa z babcią, która dwa dni później zmarła, pomyśleliśmy o kimś i on nagle do nas zadzwonił, podjęliśmy decyzję zgodnie z wolą intuicji, czyli nagłego niepohamowanego czucia sercem, a nie rozumu. To taki realizm magiczny dnia powszedniego. Każdego z nas dotyka transcendentna i bliżej nieokreślona, ponadrzeczywista siła. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk, które wydarzają się dookoła nas. Czasem mówimy, że to zwykły przypadek. Ja uważam, że to nie jest przypadek, kiedy dwoje kochanków po dwudziestu latach rozłąki spotyka się w tym samym samolocie, lecącym do Indii. To los chce dać im drugą szansę i tylko od nich zależy jak ją wykorzystają.

Obecnie pracuje pani nad kolejną, piątą już książką. Jaką opowieść podaruje pani swoim czytelnikom tym razem?
Na pewno będzie magiczna i symboliczna, zanurzona w baśniowy świat trzech sióstr –  czarownic. Każda z kobiet będzie miła inny talent, a jedna z nich będzie musiała wyruszyć w bardzo długą i niebezpieczną podróż, żeby ów talent w sobie odnaleźć. Pomimo tego, że pierwszy raz tak mocno zanurzę się w świat fantasy, to moje bohaterki będą bardzo mocno przypominały ziemskie kobiety. Będą tak samo jak one się starzały, rodziły dzieci, pragnęły spełnienia. Mam nadzieję, że nie zawiodę. A jeżeli znajdzie się wśród moich czytelników choć jeden, który pod wpływem mojej twórczości postanowi odważyć się na to, żeby coś w swoim życiu zmienić, to już będzie dla mnie znak, że moja praca nie jest bezowocna. Każdy z nas ma w sobie ogromne światło mocy. Trzeba się tylko na nie otworzyć.

Wznowiona wersja powieści „Zwilczona” Adrianny Trzepioty będzie dostępna w księgarniach od 30 września. 

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką powieści "Zwilczona"
Adrianna Trzepiota, „Zwilczona”, Wydawnictwo Świat Książki
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze