Pamięć to życie – rozmawiamy z Józefem Henem

Józef Hen, pisarz i publicysta (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta).
Józef Hen, pisarz i publicysta (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta).

Czy pamięć nas buduje? Może. Na pewno ma na nas jakiś wpływ, choć naiwnością jest wiara, że człowiek w swoim charakterze zmienia się na lepsze – mówi Józef Hen. Jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy kończy w tym roku 96 lat. Wkrótce ukaże się jubileuszowe wznowienie jego najważniejszej książki „Nowolipie”.

Co jest pana zdaniem ważniejsze – pamięć czy nadzieja, patrzenie wstecz czy w przyszłość?
Nie da się tego rozdzielić. Dla nas pamięć jest bardzo ważną, istotną rzeczą, ale przecież widzimy, że tę pamięć dla jakichś celów (nie chcę wchodzić w politykę) codziennie się zniekształca. Mówi się o rzeczach, których w ogóle nie było, albo zaprzecza się temu, co było.

A w wymiarze indywidualnym? Wspomnienia budują człowieka bardziej niż nadzieje i oczekiwania związane z przyszłością?
Oczywiście, jedno wynika z drugiego. Ale ludzie są bardzo różni. Bardzo. Nie można odpowiedzieć na pańskie pytanie jednoznacznie. Dla kogoś ważna jest pamięć i to, co było, dla kogoś innego kufel piwa i wynik meczu. Nic na to nie poradzimy. Żeby jednak zrobić mały polityczny wtręt: noszę w sobie pewną uwierającą świadomość. Otóż proszę pomyśleć: 1989 rok, wielki przełom, obchodzimy właśnie rocznicę końca epoki, były wybory 4 czerwca i… – zapomina się o tym – prawie 40 procent Polaków nie poszło wtedy głosować! Zatem to, co dla jednych jest szalenie istotne, przełomowe, dla innych może znaczyć niewiele. Proszę spojrzeć na to, co się dzieje dzisiaj: na ogół ludzie chcą, by żyło się bezproblemowo, chcą się bawić, podróżować, koncertować; wybierają tego, kto nie żąda odpowiedzialności, wyrzeczeń, kto nie przeszkadza. Na całym świecie panuje taki trend. No cóż, powtórzę, bo to pewnik: ludzie są bardzo różni.

Próbuję pana trochę prowokować: przecież pańskie najważniejsze książki to próba uchwycenia przeszłości, zatrzymania jej. Po co? By ludzie współodczuwali i wyciągali jakieś wnioski?
Razem z rozwojem ludzkości pewne rzeczy zmieniają się na korzyść: system prawny, czasem poszanowanie dla inności i tak dalej, nie wyliczajmy. Mimo różnych wahań i „pauz” możemy mówić, że postęp jest. Ale charakter człowieka pozostaje niezmienny. To, co jest opisane w Starym Testamencie, to, co się dzieje z jego postaciami – wszystko to od strony charakterologicznej powtarza się na przestrzeni wieków. Są, jak wiadomo, narody, które nie mają pamięci historycznej, dla nich jest tylko „teraz”, i są takie, które dręczą się nadmiarem pamięci – pisałem o tym w opowiadaniu „Niebo naszych ojców”: tubylcy na pewnej wyspie na Pacyfiku podczas wojny amerykańsko-japońskiej przechwycone zrzuty zapasów dla żołnierzy traktowali jako dary od przodków. Jeśli będą pracować, obrażą tym przodków.

W tym „kulcie cargo” łączyli teraźniejszość z przeszłością.
Świat nabierał sensu, kiedy w to wierzyli. Każdemu śnią się jego własne sny, nawet jednojajowym bliźniakom, najczęściej budowane na pamięci, owszem, ale własnej. Nie wiem, czy śnią zwierzęta, czy pies śni, chyba tak… Ale jeśli chodzi o człowieka – nasz mózg wytwarzał filmy tysiące lat przed braćmi Lumière – ta uwaga bardzo podobała się mojemu synowi.

I pan – który „nie boi się bezsennych nocy”, gdy już zaśnie – o czym śni?
Często budzę się w nocy i żałuję, że nie pamiętam tego, co mi się śniło, choć wiem, że się śniło. Ale zdarzają się sny, które pamiętam. Zdradzę opowieść z przygotowywanej książki – kolejnych „kryptodzienników”. Stoję na przystanku tramwajowym, podjeżdża tramwaj – chcę wsiąść, zamykają się drzwi, podjeżdża następny – to samo, nie udaje się wsiąść. Widzę, że zakręca w moim kierunku następny, myślę: „Do tego to już się na pewno dostanę”. Nie dostałem się. Obudziłem się. Czasem sen o czymś decyduje. Miałem 14 czy 15 lat, kiedy czytałem wstęp do psychoanalizy, nie samego Freuda, tylko Gustawa Bychowskiego [1895–1971; jeden z pierwszych polskich psychoanalityków – przyp. red.] o Freudzie. Sen mnie uratował – jest o tym mowa w „Nowolipiu” – sen przekonał mnie, że nie chcę – był listopad 1939 roku – wrócić, jak było planowane, do Warszawy, „pod Niemców”. I między innymi dzięki temu możemy dzisiaj rozmawiać.

I dzięki temu mógł pan napisać swoje książki, w tym „Nowolipie”, które właśnie będzie wznowione, pięknie wydane. Można zazdrościć pańskim dzieciom…
I wnukom…

I wnukom. Zostawi im pan świat swojego dzieciństwa, ten przedwojenny, tak plastycznie opisany, prawdziwy.
Są osoby, które nie znają mojej rodziny, nie są Żydami, ale czytają „Nowolipie”, śmieją się, potem wybuchają płaczem – ta książka ich jakoś dotyka, ten świat jest także ich własnością. Skądinąd to bardzo dobrze, że czytelnicy potrafią być wdzięczni nie tylko za to, że pisarz daje im powód do uśmiechu, ale także do płaczu. „Nie wstydźmy się słodyczy łez”– to ostatnie zdanie mojej książki „Ja, deprawator”. Są czytelnicy, dla których „Nowolipie” jest książką „jakby o nich”. Oczywiście, uderza ich też to, że puenta do życia niemal każdej z postaci występujących w tej książce jest taka, że „zamordowano ją
/jego”. Pochwalę się: niech pan spojrzy, co napisał Timothy Snyder na okładce amerykańskiego wydania „Nowolipia”: że powinno być „ocalone”, „zachowane”…

…i jest – tak chyba można to tłumaczyć – „odkryte w swoim istnieniu”.
To wielki komplement dla pisarza.

Jest w „Nowolipiu” takie zdanie o dziewczynach śpiewających jazzową piosenkę na plaży nad Wisłą: „I wciąż tam są, i kołyszą się, i śpiewają na tym tarasie, którego już nie ma, ale który wciąż jest”. Jest? Zatem pamięć jest podstawą istnienia?
No cóż, to będzie nieco patetyczne stwierdzenie, ale tak, istnieją w pamięci i w sercu i trwają. W uczuciach. Nawiasem mówiąc, przy tym zdaniu rozpłakał się Kazimierz Brandys. Wiedział, o czym pisałem, przed wojną bywał nad Wisłą na plaży Makabi.

Tam, gdzie akrobatycznymi skokami popisywał się pan przed dziewczynami, a one klaskały.
Była wśród nich Gina. Znaliśmy się z nią mało, choć ona domyślała się, że się w niej kocham, bo włóczyłem się za nią. Była w getcie, potem, oczywiście, zginęła, ta piękna dziewczyna. I śniła mi się ostatnio. We śnie nie ma Zagłady, wszyscy żyją, ja jestem w tym śnie sobą…

Dzieckiem czy sobą współczesnym?
Sobą teraźniejszym! A Gina ma w nim tak mniej więcej 40 lat, jest dorosłą, piękną kobietą, i mówię jej: „Gina, jesteś bohaterką mojej powieści »Przed wielką pauzą«”. A ona na to: „Od razu tę książkę przeczytałam! I wiesz, to niezupełnie tak było…”. I tak się skończył ten sen. Po latach śni mi się Gina, moja rówieśniczka, w której byłem zakochany jako chłopiec.

I śni się jako dorosła kobieta. Ona dojrzewała gdzieś, zmieniała się. Ktoś, kto się zmienia, musi istnieć. Zmienność według niektórych filozofów jest prawdziwym dowodem istnienia.
No właśnie! Ale i tak chciało mi się krzyczeć w tym śnie: „Ty idiotko, dlaczego nie uciekłaś na Wschód? Mogłabyś żyć!”. Czyli wiedziałem, że ta dorosła Gina jednak nie żyje. To skomplikowane. Jej ojciec miał drukarnię, byli w getcie dość zamożni, dlatego nie chcieli uciekać, ryzykować.

Czy pamięć można „przekazać”, czy można się nią naprawdę podzielić – oczywiście, jako pisarz musi pan w to wierzyć, ale…
Są ludzie gotowi na przyjęcie tego, czym się chcemy z nimi podzielić, i tacy, którzy tego nie chcą. Są też tacy, którzy są wdzięczni za to, że ich świat się wzbogacił, rozszerzył. Mam sygnały od takich czytelników… Zatem jest różnie. Jest mi o tym dość trudno mówić, bo brzmi to niezręcznie i nieskromnie, ale umiejętność dzielenia się to jest jakiś rodzaj talentu. Wojna stała się moim głównym tworzywem. Mam przecież i książki nietyczące wojny, ale przenikliwy krytyk (gdyby miał ochotę) odnalazłby i w nich doświadczenia, przez które przeszedłem.

Pisałby pan inaczej również w sytuacji, gdyby to pan był łobuziakiem, a nie pana brat, nieustraszony, zaginiony podczas wojny Hipek, który brawurowo skacze po schodach i po akapitach „Nowolipia” .
Oczywiście. Ja byłem ten słabszy, mizerny, wrażliwy na rzeczywistość i w jakimś sensie ruchliwy umysłowo. Ale w tym nieco innym rozumieniu, bo wie pan, ruchliwy umysłowo może być i głupiec. Są błyskotliwi głupcy, naprawdę, znam takich, mistrzowie riposty przy kawiarnianym stoliku, nawet w „Czytelniku” można było takich spotkać, gwiazdy towarzyskie, ale jak coś napisali – to banał. Mając lat 14, zacząłem czytać recenzje Boya-Żeleńskiego. Uważam, że prawie nie ma olśnień literackich, człowiek odkrywa jedynie, że coś jest mu bliskie, znajduje kogoś, kto myśli podobnie, „jak ja powinienem myśleć”. To jakieś pokrewieństwo – tak można to nazwać. Napisałem książkę o Boyu – „Błazen – wielki mąż” – i czasem ktoś, kto skończył tę książkę, mówił mi, że, że płakał nad losem tego człowieka, nad losem Boya. To ja tak rozumiem zwycięstwo literatury. Można opisać czyjąś śmierć, silić się na jakieś zabiegi, a jednak nie wzruszyć… Trzeba wiedzieć, wyczuwać, jak się dzielić swoimi odczuciami. Nie mogę na ten temat za dużo mówić, bo zostanę posądzony o nieskromność, a przecież mam nie tylko wspaniałych czytelników, ale, jak każdy zresztą, także przeciwników; są pisma, które nie dostrzegają mojego istnienia jako pisarza. Trudno. Podsumowując: książka, tak jak człowiek, musi trafić do właściwego odbiorcy, który na tę książkę, na to pisarstwo będzie miał wrażliwość.

Czy grupa tych wrażliwych, otwartych czytelników – odbiorców dzisiaj się nie zmniejsza?
Mijają lata, młodzież żyje czym innym, ludzie zajmują się czym innym, bawią się. Większość nie chce, by jej przeszkadzać w tej zabawie, głosuje na ludzi, którzy obiecują, że będzie lepiej bez żadnych wyrzeczeń, którzy nie „sprawiają problemów”. Wiem, powtarzam się. Nie sądziłem jednak, że za mojego życia zobaczę jeszcze coś takiego jak marsze z falangą czy wieszanie portretów polityków, kult nazistów… Nie wierzyłem, nie spodziewałem się. Nie przesadzam, ale znam sporo osób, które mówią, że poważnie rozważają emigrację. Nie sądziłem, że coś takiego będzie możliwe. Świat cały czas potrafi zaskakiwać.

Smutno kończymy tę rozmowę.
Ależ niekoniecznie, dlaczego? Powiem panu – to pożyczone od kogoś powiedzenie – jest dobrze, bo wiem już jedno: na pewno nie umrę młodo.

Józef Hen, urodził się i wychował przy ul. Nowolipie 53 w Warszawie. Jako chłopiec współpracował z „Małym Przeglądem” Janusza Korczaka. Wojnę przeżył na Wschodzie, pracując fizycznie m.in. w Samarkandzie. Jest autorem m.in. książek: „Błazen – wielki mąż…”, „Królewskie sny”, „Nikt nie woła”, „Mój przyjaciel król”, wspomnieniowego „Nowolipia”. Popularnością cieszą się także dzienniki pisarza: „Nie boję się bezsennych nocy”, „Dziennik na nowy wiek”, „Powrót do bezsennych nocy”. W sierpniu 2019 r. odbył się cykl spotkań pisarza z czytelnikami i widzami filmów według jego scenariuszy. 14 sierpnia wyszło jubileuszowe wydanie „Nowolipia” i „Najpiękniejszych lat”.