fbpx

Piotr Beczała: „Marzenia już spełniłem”

Piotr Beczała: "Marzenia już spełniłem"
Piotr Beczała (Fot. BEW)

Wiele wysiłku kosztowało mnie zbudowanie kariery i dojście tu, gdzie jestem. Porównałbym to do brodzenia pod prąd w lodowatej górskiej rzece. By nurt nas nie porwał, trzeba się nieźle nawysilać, nazapierać – mówi Piotr Beczała, światowej sławy tenor liryczny. Ostatnio wcielił się w rolę Jontka w „Halce” Stanisława Moniuszki, wystawionej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej.

Od lat śpiewa pan najważniejsze partie tenorowe na najwspanialszych scenach świata, a dwa lata temu został pan nagrodzony operowym Oscarem – International Opera Award. Czuje się pan gwiazdą tak na co dzień?
Nie pijam szampana na śniadanie, kawioru nie lubię, żadna ze mnie gwiazda. Nie gwiazdorzę, to na pewno. Moją jedyną ekstrawagancją jest prośba o niewstawianie do garderoby zbyt mocno pachnących kwiatów, bo ich zapach mi przeszkadza. Za to lubię mieć pod ręką coś do zjedzenia, bo jak każdy sportowiec muszę dbać o odpowiedni poziom cukru we krwi.

Sportowiec?
Śpiewanie operowe to sport wyczynowy. Na dodatek spektakle trwają znacznie dłużej niż mecz piłkarski.

Spodziewałam się raczej, że myśli pan o sobie jako o artyście?
Jestem artystą, interpretatorem, ale nie twórcą – to ogromna i zasadnicza różnica. Ci, którzy coś tworzą: kompozytorzy, pisarze, malarze czy reżyserzy filmowi, są twórcami. My, śpiewacy, dyrygenci, reżyserzy operowi, dzieło interpretujemy. Pracujemy nad czymś, co zostało skomponowane, stworzone dawno temu – w przypadku „Halki” ponad 170 lat temu. Jeżeli reżyser czy śpiewak myśli o sobie, że jest artystą twórczym, popełnia błąd.

Trzeba pokory, by tak powiedzieć…
Mam masę pokory, powiem więcej, nie znoszę rozdętych ego, choć w świecie operowym spotykam ich, oczywiście, wiele. Dla mnie najważniejsze, że dzięki pozycji, którą udało mi się wypracować, jestem słuchany. Że gdy podrzucam jakiś pomysł dyrektorowi teatru, to ten bierze go pod uwagę. Tak było z „Halką”.

Został pan nazwany ojcem chrzestnym „Halki”. Jak to się stało?
Dyrektor wiedeńskiego Theater an der Wien chciał, bym u nich zaśpiewał, i dał mi możliwość wyboru spektaklu. Nie mogliśmy się dogadać co do repertuaru i już na odchodnym, półżartem, rzuciłem, że jak zdecyduje się wystawić „Halkę”, to kontrakt możemy podpisać od razu. Cztery dni później zadzwonił, że jest zainteresowany. To było siedem lat temu, co wydaje się szmatem czasu, ale pamiętajmy, że wystawienie opery to wielkie przedsięwzięcie, a największe teatry świata planują wszystko z ogromnym wyprzedzeniem. Na przykład mój kalendarz na 2025 rok jest już niemal całkowicie zamknięty. Do konkretów przeszliśmy trzy lata temu, kiedy w projekt włączyli się – rozpoznawalni na świecie – reżyser Mariusz Treliński i scenograf Boris Kudlička. Po drodze okazało się, że rok 2019 jest Rokiem Moniuszkowskim, więc wiedeńska premiera „Halki” spektakularnie go zamykała. Dostaliśmy szansę, może jedną na wiele tysięcy, pokazania polskiego dzieła w teatrze rangi światowej.

Może przypomnijmy. „Halka”, opera skomponowana przez Stanisława Moniuszkę, po raz pierwszy została wystawiona w Wilnie w 1848 r., a dopiero dziesięć lat później zaprezentowano ją w Warszawie, bogatszą o poloneza, tańce góralskie i najsłynniejsze arie: Jontka „Szumią jodły na gór szczycie” i Halki „Gdyby rannym słonkiem”. I ma w Polsce rangę pomnika narodowego. Jak została przyjęta w Wiedniu?
Owacją na stojąco! Austriacy byli ciekawi Moniuszki, co jest wspaniałe, bo polska muzyka operowa jest mało znana, traktowana przez świat zachodni po macoszemu, a tą produkcją wreszcie mamy szansę to zmienić. Co więcej, Mariusz Treliński uwspółcześnił „Halkę”, odzierając ją przy okazji z polskiego folkloru, dzięki czemu stała się uniwersalna i zrozumiała dla każdego – bo zarówno Polak, jak i Austriak mogą odnieść do siebie historię o nieszczęśliwiej miłości i nierównościach społecznych.

No właśnie, w oryginale akcja Moniuszkowskiej „Halki” toczy się pod koniec XVIII wieku, skąd – z dworu, góralskich hal i chat – została przez was przeniesiona w lata 70. XX wieku, do Hotelu „Kasprowy” w Zakopanem. Pana Jontek nie nosi kierpców ani kapelusza z muszelkami, a Halka nie ma warkocza…
Mimo braku góralskich atrybutów Jontek pozostaje góralem, nieszczęśliwie zakochanym, odrzuconym przez Halkę buntownikiem. Spektakl jest na tyle spójny i dramaturgicznie świetnie rozwiązany, że nie było konieczne podpieranie się folklorem. Celowo chcieliśmy uniknąć cepelii.

Wyszła nowoczesna, dynamiczna opera, opowiedziana z innej niż pierwowzór perspektywy. A tak na marginesie, pan zdaje się nie lubi przedstawień awangardowych, wręcz od nich stroni?
Czasem odnoszę wrażenie, że awangardowi reżyserzy opery nie lubią, bo niszczą to, co w niej najpiękniejsze. Mnie nie interesuje bieganie półnago po scenie, nie podoba mi się też występowanie przy modnych obecnie trupio bladych lub migających światłach albo dla odmiany w ciemności czy bez makijażu, żeby było „naturalnie”. My, śpiewacy operowi, musimy być dobrze oświetleni i mieć makijaż, by nasza twarz i sceniczna ekspresja były widoczne nie tylko dla widzów siedzących w pierwszym rzędzie, ale też dla tych w ostatnim. Makijażystka opowiadała mi kiedyś, jak malowała Pavarottiego, a on zniecierpliwiony otworzył szampana, podpalił korek zapalniczką i takim okopconym „ołówkiem” namalował sobie potężne czarne brwi. To tenor legenda, umiał robić show jak nikt inny, co niewątpliwie ułatwiał mu fakt, że był potężnym mężczyzną z niesamowitą techniką głosu. I jeszcze ta jego wielka chustka! Każdy tenor się do niego odnosi, choć ja sięgam dalej, do Carusa.

A gdyby mógł pan na chwilę dostać coś z Pavarottiego, co by to było?
Ja tak nie myślę, znam swoje wady i zalety i staram się grać jak najlepiej potrafię tym, co mam. Nie zastanawiam się, co by było, gdybym był potężnym Włochem ani tym bardziej drobnym blondynem. Spędzanie życia na gdybaniu to strata czasu. Wiele wysiłku kosztowało mnie zbudowanie kariery i dojście tu, gdzie jestem. Porównałbym to do brodzenia pod prąd w lodowatej górskiej rzece. By nurt nas nie porwał, trzeba się nieźle nawysilać, nazapierać, przybrać odpowiednią postawę… Z moją karierą było podobnie. Może z zewnątrz wydaje się, że wszystko idzie lekko, bo śpiewam w najlepszych teatrach operowych świata, ale ci, których uważamy za gwiazdy, też mają chwile słabości, zwątpienia, coś im nie wychodzi. Zawsze ratuje mnie konsekwencja w dążeniu do celu. I moja żona. Mam szczęście, że mam w niej tak wielkie oparcie, że nie jestem z tym wszystkim sam. Decyzje omawiamy i podejmujemy wspólnie – to wielka siła. Bardzo to doceniam.

Żona jest na każdym pana spektaklu?
Niemal na każdym spektaklu, próbie, nagraniu. Jest moim pierwszym krytykiem, fanem, recenzentem. Cenię jej zdanie i wiem doskonale, ile jej zawdzięczam.

Była utalentowaną śpiewaczką, studiowała u tego samego amerykańskiego nauczyciela śpiewu co pan. Poświęciła dla pana karierę?
Miało być inaczej. Zakładaliśmy, że karierę będzie robiła ona, a ja będę śpiewał w jakimś prowincjonalnym teatrze. Los sprawił, że stało się na odwrót i to moja kariera przyspieszyła. Gdy nabrała tempa, doszliśmy do wniosku, że dwóch śpiewaków pod jednym dachem jest nie do pogodzenia z życiem rodzinnym. Widywalibyśmy się cztery razy w roku, i to na lotniskach. Bo my, śpiewacy, prowadzimy życie na walizkach. Teraz przez tydzień byłem w Polsce przy okazji warszawskiej premiery „Halki” w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, potem śpiewam na Balu Wiedeńskim, następnie w „Werterze” w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, w „Cyganerii” w Londynie, w „Lohengrinie” w Zurychu, a w sierpniu debiutuję w roli Radamesa w „Aidzie” na festiwalu w Peraladzie w Hiszpanii. Następnie czeka mnie najważniejszy dzień w tym roku, nazywam go dniem X, czyli otwarcie sezonu w Met z Anną Netrebko.

Które spośród wszystkich tych miejsc nazywa pan domem?
Z żoną wiecznie podróżujemy i mieszkamy tam, gdzie akurat występuję. Produkcja operowa trwa mniej więcej półtora miesiąca i co tyle się przeprowadzamy. Po 28 latach na scenie mam to szczęście, że tam, gdzie śpiewam najczęściej, czyli w Wiedniu i Nowym Jorku, mamy mieszkania, bo spędzanie całego życia w hotelu byłoby nie do zniesienia. Krakowskie mieszkanie odwiedzamy najrzadziej. Podobnie jak dom koło Żywca, w rodzinnych stronach, gdzie odpoczywam jak nigdzie indziej na świecie.

Wróćmy do rodzinnych stron. Czy chłopak z Czechowic-Dziedzic marzył o nowojorskiej Metropolitan Opera?
Zupełnie o tym nie marzyłem, bo jako młody chłopak nawet nie wiedziałem, że coś takiego jak Met istnieje! [śmiech]. Późno zacząłem śpiewać – dopiero w technikum mechanicznym, trafiłem do chóru, by się wymigać z matmy. Potem dostałem się do chóru Moniuszko przy czechowickim Miejskim Domu Kultury, a potem do zespołu Madrygaliści, śpiewającego muzykę dawną. Trudno w to uwierzyć, ale pierwszą operę usłyszałem na żywo dopiero na pierwszym roku studiów w katowickiej Akademii Muzycznej.

Co sprawiło, że się panu udało? Jakie momenty okazały się przełomowe?
Jestem zodiakalnym Koziorożcem i tak już mam, że jak coś robię, to staram się to zrobić najlepiej jak tylko potrafię. A przełomowe momenty… Na pewno to, że zdecydowałem się szukać szczęścia na Zachodzie. Pożyczonym od ojca fiatem, jeszcze jako student, pojechałem na przesłuchania do wiedeńskiej agencji artystycznej i dostałem pierwszy angaż. Kolejnym zwrotem było zastępstwo – rano śpiewałem w Linzu, a w okolicach obiadu zadzwoniono z agencji, że w Zurychu na wieczór potrzebny jest tenor. Poleciałem tam na wariackich papierach, zaśpiewałem, a wieczorem miałem w kieszeni kontrakt, o jakim nawet nie śmiałem wcześniej marzyć.

Dziś ma pan jeszcze jakieś operowe marzenia?
Wszystkie już spełniłem, śpiewałem na deskach najlepszych scen operowych, od La Scali po Metropolitan Opera, i to najpiękniejsze role w repertuarze tenorowym. No, a teraz jeszcze udało się zaprezentować Wiedniowi „Halkę” Moniuszki.

Wygląda na to, że pan, zamiast marzyć, marzenia realizuje. Entuzjazm publiczności dodaje panu skrzydeł?
My, śpiewacy, najlepsze dźwięki wydajemy z siebie, gdy stoimy przed publicznością. No, może są tacy, którym zdarza się to pod prysznicem, ale ja na pewno się do nich nie zaliczam. Mnie publiczność niezwykle mobilizuje, co więcej, sztuka dla mnie zaczyna się nie podczas prób, ale właśnie, gdy wchodzi publiczność i gdy mam dla kogo grać.

Śpiewa pan głównie za granicą, więc cudzoziemców omija dość zabawny jak na śpiewaka sens znaczenia pańskiego nazwiska. Ironia losu?
Proszę mi wierzyć, mogłem gorzej trafić. Większy problem miałbym jako – powiedzmy – Brzęczyszczykiewicz, co byłoby absolutnie nie do wymówienia poza Polską. Od 28 lat jestem na scenie i gdy zaczynałem, owszem, mogłem przyjąć pseudonim sceniczny. Ale ja nie lubię iść na łatwiznę.

Piotr Beczała zapoczątkował niedawno nowy etap w swojej karierze scenicznej i repertuarowej. Szeroką paletę emocji i ekspresji odnalazł we włoskiej operze werystycznej charakteryzującej się większym dramatyzmem i chwytającymi za serce ariami. Pierwszy po pięciu latach album solowy artysty, tym razem z ariami z oper werystycznych, zawiera utwory takich kompozytorów jak: Puccini, Mascagni, Leoncavallo, Giordano i Cilea. Arie, nagrane z towarzyszeniem chóru Cor de la Generalitat Valenciana oraz orkiestry Orquestra de la Comunitat Valenciana pod batutą maestro Marco Boemiego, ukazują niezwykle szeroką paletę możliwości wokalnych Piotra Beczały.

Piotr Beczała: "Marzenia już spełniłem"
materiały prasowe

Album trafi w Polsce do salonów sprzedaży, stacjonarnych i online 1 czerwca 2020 roku, a już od 15 maja będzie dostępny na wiodących platformach streamingowych.