Po raz pierwszy, drugi… sprzedane!

Po raz pierwszy, drugi... sprzedane!
Juliusz Windorbski, od 2003 roku prezes DESA UNICUM, aukcjoner, miłośnik i kolekcjoner sztuki (Fot. Szymon Szcześniak)

Sztuka to prezent oryginalny i bezcenny, bo przyjemności przebywania wśród niej nie da się wycenić – mówi Juliusz Windorbski, prezes DESA Unicum. Przez ponad 13 lat uderzył młotkiem ok. 50 tysięcy razy na znak, że dzieło sztuki zostało sprzedane. Ostatnio była to grupa rzeźb Magdaleny Abakanowicz. pobiła rekord – ponad 8 mln zł.

Zadrżał panu głos podczas rekordowej aukcji, na której grupa 20 rzeźb „Caminando” Magdaleny Abakanowicz została wylicytowana za ponad 8 mln zł, stając się tym samym najdroższym dziełem sztuki sprzedanym w Polsce?
Głos mi nie zadrżał, ale emocje były ogromne. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że „Caminando”, pochodzące z kolekcji Robina Williamsa i jego żony Marshy, rekord osiągnie, ba, nawet szacowałem go na więcej, bo pojedyncze rzeźby Abakanowicz sprzedawaliśmy już w DESA Unicum za kwoty rzędu 600 tys. zł. Po raz pierwszy w Polsce rekord należy zarówno do kobiety, jak i do rzeźby. Poprzedni – 4,7 mln zł, za obraz „M39” Wojciecha Fangora – padł również na aukcji, którą prowadziłem.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że nastąpił czas kobiet. Chwilę przed naszą rozmową na aukcji w Sotheby’s obraz Tamary Łempickiej „La tunique rose” sprzedano za 52 mln zł – i został najdroższym dziełem polskiego artysty…
W ten sposób Tamara Łempicka pobiła swój własny rekord, ustanowiony rok temu przez sprzedany za 34 mln zł obraz „La Musicienne”. To ewenement, że dzieło Łempickiej już drugi rok z rzędu jest najdroższym w dziejach płótnem polskiego artysty.

Czy to znaczy, że w sztuce nastała era kobiet?
Dzieła polskich artystek, które zdobyły sławę za granicą, są od dawna poszukiwane – chodzi nie tylko o Łempicką czy Abakanowicz, której prace można podziwiać w ponad 70 muzeach na całym świecie, lecz także o Katarzynę Kobro czy Alinę Szapocznikow. O inne artystki, jak chociażby nieco zapomnianą Ernę Rosenstein, świat sztuki ostatnio się upomniał. Ceny jej obrazów przez ostatnie trzy lata wzrosły niemal dziesięciokrotnie.

Ile jest wart polski rynek sztuki?
Trudno oszacować. Sam rynek aukcyjny, wedle danych publikowanych przez Artinfo, w 2018 r. był wart 252 mln zł. W tym roku na pewno więcej, ale nie mamy jeszcze dokładnych danych.

Skąd ten wzrost?
Polacy się bogacą, a poza tym pojawia się nowa klientela – trochę za sprawą otwarcia się domów aukcyjnych na nowe dziedziny sztuki – w DESA Unicum jako pierwsi zaczęliśmy organizować aukcje komiksu i ilustracji, designu, plakatu czy słynne już Aukcje Młodej Sztuki, na których cena wywoławcza wynosi 1000 zł. Poza tym rosną ceny mistrzów powojennych, jak wspomniany Wojciech Fangor, Ryszard Winiarski, Andrzej Wróblewski, Roman Opałka czy znany z geometrycznych abstrakcji Henryk Stażewski. No i takich klasyków jak Jacek Malczewski, Jan Matejko albo Stanisław Wyspiański, którego pastel „Macierzyństwo” osiągnął na aukcji cenę 4,3 mln zł. A sprzedający kupił go 10 lat wcześniej za 600 tys. Widać, że kolekcjonerzy pokonali barierę, jaką do niedawna był milion złotych za dzieło sztuki.

A gdyby tak te 252 mln przeliczyć na dzieła światowej sławy artystów? Co można by za nie kupić?
Mniej niż 15 procent najdroższego obrazu sprzedanego na świecie – „Salvator Mundi”, czyli „Zbawiciel świata” Leonarda da Vinci, średni obraz Pabla Picassa albo całkiem przyzwoity Marka Rothki, coś Jeffa Koonsa…

Czyli wciąż jako rynek raczkujemy?
I tak, i nie. Gdy 16 lat temu rozpocząłem swoją przygodę na rynku sztuki, obrót DESA Unicum w pierwszym roku wyniósł zaledwie 2 mln 400 tys. zł. Rok później było to już 4 mln 200 tys. zł. A w zeszłym roku było to 120 mln, przy naszym niemal 46-procentowym udziale w rynku aukcyjnym.

Brzmi imponująco, ale może zostawmy na chwilę rekordy i miliony. Co by pan polecał komuś, kto w sztukę chce zainwestować albo po prostu kupić sobie coś pięknego do domu?
Kupując pierwsze dzieło sztuki, lepiej nie kombinujmy, ile na nim zarobimy, nie myślmy, czy jego wartość wzrośnie, czy nie. Kupmy coś, co nam się podoba, do czego serce szybciej nam zabije, coś, co chcielibyśmy codziennie oglądać. Polecam taki test – zastanówmy się, czy to, co chcemy kupić, powiesilibyśmy na ścianie w sypialni.

Gorzej, gdy ścian w sypialni zabraknie…
To będzie znak, że zaczynamy być kolekcjonerami. Sztuka to pozytywny i poszerzający horyzonty snobizm. Już sama wyprawa na aukcję zmusza nas do przejrzenia katalogu, obejrzenia wystawy, dowiedzenia się czegoś o artyście czy danej technice. I dobrze, potem będziemy mieli co opowiadać znajomym. Zawsze powtarzam, że to, co nam się naprawdę spodoba, warto kupić nawet nadwyrężając budżet, niż potem żałować, że się nie kupiło.

Zabrzmiało, jakby doskonale wiedział pan, jak to jest.
Do dziś nie mogę odżałować, że nie kupiłem obrazu, który zobaczyłem – dawno już temu – w domu aukcyjnym w Stuttgarcie. Przedstawiał scenę na targu rybnym, był dziełem holenderskiego mistrza. Poszedł za 20 tys. euro, co było dla mnie wówczas abstrakcyjną kwotą. Potem przez kilka lat raz w tygodniu przeglądałem katalog aukcyjny z tym obrazem i nie mogłem go odżałować. Zniknął, jest nie do odnalezienia i odkupienia.

Wiemy już, że obraz ten nie stał się zaczątkiem kolekcji. Zatem co pan kolekcjonuje?
Pochłania mnie kilka obszarów: polski i światowy op-art, czyli sztuka optyczna, ot, chociażby w biurze towarzyszy mi piękny obraz Richarda Anuszkiewicza, klasycyzm wileński, czyli szkoła Ludomira Ślendzińskiego. Poza tym interesują mnie rosyjscy nonkonformiści, no i moje ulubione srebrne patery art deco projektu Julii Keilowej.

Tylko jej? Dlaczego?
Bo to moja prababka.

Jak ta kolekcja się zaczęła? Coś pan po niej odziedziczył?
Nic nie odziedziczyłem, została zamordowana w Holocauście, wydana przez szmalcownika. Była rzeźbiarką i najwybitniejszą projektantką art déco okresu międzywojennego. O jej niezwykłe, geometryczne i, jak się okazało, ponadczasowe projekty biły się takie wytwórnie, jak Norblin, Bracia Henneberg, Fraget. Wiele jej dzieł jest w muzeach, np. w Muzeum Narodowym w Warszawie, ale w rodzinie nic się nie zachowało.

Gdy kolekcja się rozrasta, pojawia się dylemat kolekcjonera – gdzie to trzymać, co z tym robić?
Mój przyjaciel, marszand Andrzej Starmach, kiedyś mi to ładnie wytłumaczył, odpowiadając przewrotnie na skargę, że nie mam już gdzie mojej kolekcji wieszać ani stawiać. Zapytał mnie wtedy: „A ty kolekcjoner czy dekorator wnętrz jesteś?”.

Jak to się stało, że stał się pan zawodowym aukcjonerem?
Gdy powstawała DESA Unicum, bywało krucho. Brakowało pieniędzy na profesjonalnego aukcjonera, więc z braku lepszego rozwiązania sam zacząłem prowadzić aukcje. I wsiąkłem. Ten młotek mam od przeszło 13 lat i był prezentem od moich współpracowników na 30. urodziny. Ostatnio obliczyłem, że uderzyłem nim jakieś 50 tys. razy, na zakończenie licytacji i na znak, że dane dzieło sztuki jest sprzedane.

Aukcja to wielkie emocje i jeszcze większy show?
Ktoś kiedyś powiedział, że aukcjoner to aktor, którego jedynym rekwizytem jest młotek. To nie do końca prawda, bo my nie odgrywamy roli, ale improwizujemy. Ale też aukcja, podobnie jak scena, dostarcza niesamowitej energii. Możesz być chory, niewyspany, a gdy stajesz przed publicznością, dostajesz energetycznego kopa. Poza tym trzeba mieć oczy dookoła głowy, zauważyć najdrobniejsze skinienie i gest, więc aukcja wymaga niezwykłej koncentracji.

Sztuka jest dobrym pomysłem na prezent?
Doskonałym. Będzie to prezent oryginalny i poniekąd bezcenny, bo przyjemności przebywania wśród sztuki nie da się wycenić. Choć z kupowaniem jej na prezent wiąże się ryzyko rozjechania się z gustem obdarowanej osoby. Gdy nie jesteśmy pewni jej preferencji, możemy ofiarować „voucher wartościowy”, dzięki któremu sama będzie mogła coś wylicytować, a my gwarantujemy dodatkowo niezłą zabawę, jaką jest udział w aukcji. Warto spróbować, bo pierwszy zakup dzieła sztuki to przeżycie z rodzaju tych, które zapamiętuje się na zawsze.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>