Przezwyciężyć samego siebie. Jakub Małecki nową powieścią „Nikt nie idzie” zaskakuje wszystkich.

Fot. Marcin Łobaczewski

Jakub Małecki, uznawany za jednego z najzdolniejszych pisarzy młodego pokolenia, napisał książkę, którą zaskoczy wiele osób. Jest zupełnie inna od jego poprzednich powieści. Dla Małeckiego było to odkrywanie nowych, nieznanych obszarów. Podróż trudna i fascynująca.

To Jakub Małecki jakiego dotąd nie znaliśmy. Autor wraca w zaskakującym stylu.

„W literaturze i w życiu lubię robić takie rzeczy, które mnie przerastają. Dlatego tak bardzo chciałem napisać Nikt nie idzie. Wiedziałem, że stworzenie jej sprawi mi gigantyczną trudność. I właśnie z tego powodu chciałem to zrobić.” Mówi Jakub Małecki i dodaje: „bardzo podobają mi się próby przezwyciężania samego siebie”.

 

 

Kameralna opowieść i wielkie emocje

Najnowsza powieść autora bestsellerowego Dygotu, Rdzy i Śladów nominowanych do Nike to kameralna, bo skupiona wokół trojga postaci, i jednocześnie pełna emocji historia poszukujących własnego miejsca trzydziestolatków. Jakub Małecki portretuje w niej swoich rówieśników. Przyznaje, że ta powieść jest dla niego szczególna, osobista. Obdarzył swoich bohaterów własnymi cechami, obsesjami i marzeniami.

Na kartach książki poznajemy więc Olgę, samotną, młodą kobietę, zafascynowanego japońskim haiku Igora oraz tajemniczego chłopca z kolorowymi balonami w plecaku. Ich losy przetną się na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia. Na podstawie rozsypanych wspomnień stopniowo odkrywamy prawdziwy bieg zdarzeń i przeszłość bohaterów. Rodzinne sekrety i bolesne doświadczenia zawsze mają swoją kontynuację, niosą konsekwencje, kształtują przyszłość. Trudno jest zamknąć za nimi drzwi. Każdy coś stracił, za czymś tęskni, usiłuje spełnić swoje marzenia. W świat bohaterów wkraczamy stopniowo, ale szybko nie możemy z niego wyjść, hipnotyzuje nas. To subtelna opowieść z wielkim ładunkiem emocji, który zostaje na długo w pamięci.

 

 

Miłość czy samotność. Co kryje wielkie miasto?

W życiorysach bohaterów „Nikt nie idzie” odnajdzie się niemal każdy z nas. Pogoń za sukcesem, pytania o jego sens, zmęczenie i próba szukania jakiejś równowagi to dylematy uniwersalne, przeglądamy się w nich na co dzień. Bez względu na miejsce zamieszkania, poglądy, płeć. Odnosząca sukcesy Olga rzuca pracę w agencji reklamowej, by zatrudnić się w kawiarni i piec ciasta. Korporacja skutecznie wyssała z niej życie. Obecnie szacuje się, że już co czwarty Polak zmaga się z wypaleniem zawodowym.

Wszyscy szukamy też miłości i cierpimy przez samotność. Co odnajdą bohaterowie powieści „Nikt nie idzie”? Jak uda im się przezwyciężyć samych siebie? Każdy czytelnik odnajdzie własne odpowiedzi, bo dotyczą sfer głęboko intymnych i osobistych.

Jest także wyjątkowa okazja, by zadać pytania o książkę samemu Jakubowi Małeckiemu w poniedziałek 29 października o godz. 18:00 podczas przedpremierowego spotkania w bar Studio w Warszawie (pl. Defilad 1). Spotkanie poprowadzi Sylwia Chutnik. Fragmenty powieści przeczyta Agnieszka Więdłocha.

 

 

Książka „Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego ukazuje się nakładem wydawnictwa SQN. W księgarniach od 31 października.

 

 

 

Zapraszamy do przeczytania przedpremierowego fragmentu:

Grał codziennie. Grał w ciągu dnia, w domu i poza domem, grał wieczorami, samotnie i w towarzystwie, grał podczas jazdy autem i w czerni długich, bezsennych nocy. Wyobrażał sobie, jak przesuwa palcami po klawiszach, jak spuszcza z wysoka prawą dłoń na ostatnią oktawę, płynnie pełznąc lewą z akordu na akord. Widział nuty, czuł pod stopami uginające się posłusznie pedały. Bywało, że pocił się przy tym, że opadało go fizyczne zmęczenie. Po kilku szczególnie długich praktykach odczuwał ból nadwerężonego wiele lat wcześniej nadgarstka.

Od młodości słuchał aranżacji wirtuozów i tropił w nich drobne potknięcia, ledwie słyszalne odchylenia od tempa. Z upływem lat granie na głos coraz bardziej wydawało mu się graniem ułomnym, a on nie znosił ułomnego grania. Podejmując tamtą niezrozumiałą dla innych decyzję, nie wyobrażał sobie innej możliwości. Chciał być najlepszy, a jedyna droga do doskonałości wiodła właśnie tędy.

Przez wszystkie te lata wiele razy, do znudzenia, do szaleństwa, czasem uprzejmie, czasem natarczywie, czasem z wściekłością, pytano go, dlaczego właściwie porzucił muzykę. Odpowiadał zawsze to samo.

– Prawdziwy pianista nie gra.
Zdarzało się, że patrząc na nieużywany od dawna fortepian, czuł coraz silniejszą pokusę, by usiąść na okrągłym taborecie, by podnieść wieko i bez namysłu zacząć bić w klawisze, wypełniając dom dźwiękami. Wiedział jednak, że prędzej czy później któryś z tych dźwięków okaże się niedoskonały, że któraś nuta wybrzmi zbyt szybko lub za późno, że graniem na głos zrujnuje przechowywany w głowie ideał tego lub innego utworu.

Grając w głowie, nie popełniał błędów. Jego ciało słuchało go bez zarzutu, palce nie starzały się, refleks nie zanikał. Klawisze poruszały się tak gładko, jakby wykonano je z czegoś niematerialnego, na strunach, widełkach, chwytnikach i bródkach nie było drobinki kurzu.

Zastanawiał się czasami, na jak długo wystarczy mu odwagi, by nie grać na głos, by każdą pokusę podejścia do fortepianu z siebie wyrywać. Pamiętał, jak Olga opowiadała mu kiedyś o fascynacji Igora japońskimi wierszami śmierci, które mnisi, poeci, ale i kupcy, nauczyciele, rolnicy, wszyscy właściwie, pisali w tym dalekim kraju na łożu śmierci, tuż przed osunięciem się w czerń. Igor czytywał podobno te wiersze, interesował się nimi, twierdząc, że nie ma w literaturze nic bardziej szczerego. Po rozmowie z córką Mikołaj długo nie mógł przestać o tym myśleć.

Teraz grał Cesarski Es-dur, ostatnią rzecz napisaną przez Beethovena na fortepian i orkiestrę, grał z zamkniętymi oczyma, z nogami okutanymi kocem. Próbował zrozumieć, co właściwie czuje w związku z tym, że jego córka ma wkrótce wyjść za mąż.

Usłyszał trzask gwałtownie zamykanych drzwi samochodowych, tuż za ogrodzeniem. Podniósł się, wyswobodził z koca. Wrócił do domu w tej samej chwili, kiedy Ludmiła otwierała drzwi wejściowe. W progu stała Olga. Miała napuchniętą twarz, na policzkach pionowe, czarne smugi makijażu. Oddychała tak, jakby ktoś trzymał jej przy brzuchu ostrze noża. Była sama.

– Olusia – szepnęła Ludmiła, nie ruszając się z miejsca.
Olga spróbowała się uśmiechnąć. Mikołaj miał wrażenie, jakby dziesiątki drobnych palców próbowały od spodu wydostać się przez skórę jej twarzy. Idąc w jej stronę, zapytał:

– A Igor? Potrząsnęła głową.