fbpx

Radzimir Dębski: „Lubię dziwne rzeczy, zwłaszcza w sztuce”

Radzimir Dębski: "Lubię dziwne rzeczy, zwłaszcza w sztuce"
Radzimir Dębski (Fot. Karolina Wielocha)

O pracy nad ścieżką muzyczną do horroru „W lesie dziś nie zaśnie nikt” i zamiłowaniu do przekraczania granic opowiada Radzimir Dębski.

Niedawno przekonywałeś mnie, że film tak naprawdę nie potrzebuje muzyki, jak na przykład kino Sidneya Lumeta, reżysera „12 gniewnych ludzi” czy „Glorii”…
Są filmy, które muzyki potrzebują mniej, są takie, które potrzebują bardziej – i horror jako gatunek zdecydowanie należy do tych drugich. Umiem sobie wyobrazić thriller bez muzyki, ale jednak horror z definicji ma w sobie przesadę, to konwencja, jakiegoś rodzaju teatralność. Ja w ogóle uwielbiam dziwne rzeczy, zwłaszcza w sztuce, a właśnie taką dziwną rzeczą jest film Bartosza Kowalskiego „W lesie dziś nie zaśnie nikt”.

Przyznam, że słuchałam ścieżki dźwiękowej do niego razem z moim synkiem, więc byłam skupiona w oczekiwaniu na te straszne fragmenty, które będę musiała ewentualnie wyciszyć. Ale ich nie było… Ta muzyka była dla mnie nieoczywista i zabawna. Jak umiejętnie wyważyć te śmieszne i straszne elementy?
I to jest właśnie wyzwanie… Widzowie dzielą się generalnie na tych, którzy zdają sobie sprawę, że film nie jest rzeczywistością, a pewnego rodzaju kreacją ludzi, którzy spędzili rok czy dwa lata nad przemyśleniem wszystkiego, i na tych, którzy sobie tego nie uświadamiają. I ci świadomi widzowie zastanawiają się, dlaczego twórcy chcieli, żeby pewne rzeczy były takie, a nie inne. Jako twórca ścieżki dźwiękowej muszę zadać sobie te wszystkie pytania, które zadałbym jako filmowiec. Dlaczego napisałem taki, a nie inny scenariusz? Dlaczego wymyśliłem taką, a nie inną scenografię? Jeżeli są takie, a nie inne dialogi, jeżeli (jak właśnie u Bartka) zostali obsadzeni instagramerzy, a potem wszyscy są pozabijani – to czemu to ma służyć? Moim zadaniem jest to wyczuć, a potem przez muzykę podkreślić i w pewnym sensie jeszcze to rozwinąć.

Bartosz Kowalski mówił mi, że w ramach przerywników w pracy włączałeś dużo zabawnych filmików na YouTubie.
Robiąc ten film, dobrze się bawiliśmy i chyba dlatego oglądaliśmy te dziwności wszelkiej maści. Bartek odrobił wszystkie możliwe lekcje, jeśli chodzi o ten gatunek, i bawi się nim. Obydwaj postawiliśmy sobie za zadanie rozwalenie bezpiecznego świata gatunkowego horroru. To jest film, który wie, czym jest, ale zawsze dobrze jest w rozrywce przemycić pewną głębię, coś, co wybija z rytmu, bo na tym również polega nasza rola.

Gatunkowy horror kojarzy się przede wszystkim ze strachem i wewnętrznym lękiem. Jak pokazać dźwiękiem te emocje?
Zrobienie tak zwanej strasznej muzyki jest banalnie proste i wręcz nudne, dlatego w ogóle nie chciałem sięgać po wszystkie sprawdzone sposoby, tylko szukałem popieprzonych pomysłów i metod po to, by osiągnąć swoisty efekt dziwności, czyli takie uczucie, kiedy czujesz się z czymś nieswojo… Czasami na przykład przez melodramatyczną, romantyczną, po prostu na wskroś rozdygotaną, telenowelizowaną muzyką, która jest zaskakująco piękna, chociaż nikt o to nie prosił. Też i po to robi się nostalgiczne dzieła, odwołuje się do historii jakiegoś gatunku, żeby sobie powspominać… W ten sposób patrzymy na filmy z lat 80. Używamy języka, który powstał wtedy do tego,żeby dziś powiedzieć coś nowego. „Straszną muzykę” zrobi każdy kompozytor, cała sztuka polega właśnie na tym, żeby podejść do tego inaczej. Zatem z mojej perspektywy w pierwszej kolejności liczy się aberracja, sprawienie, żeby bodźce nie były normalne, bo to wywoła efekt zaskoczenia. Oczywiście rzeczy wyświechtane, których wszyscy używają od lat, już nie działają, więc nie można ich wykorzystać, chyba że ironicznie, co też my zrobiliśmy. Pamiętasz smyczki w „Szczękach”?

Słuchając takiej muzyki, czuję się zmanipulowana emocjonalnie, a chcę mieć prawo do swojej interpretacji. Czy dzięki eksperymentom i dziwności, o której mówisz, można otworzyć widza na jego własne interpretacje w horrorze?
To, o czym mówisz, to jest drugi poziom wtajemniczenia w temat, kiedy już zrozumiesz, że pewne rzeczy działają, ale na przykład oboje uznajemy, że są prostackie. Jeśli jednak użyjesz ich ironicznie, nagle wywołasz salwę śmiechu. Czy młodość jest prosta, czy dadaizm jest prostacki? Wcale nie, bo wynika z tego, co może jest najszlachetniejsze w ludziach…

Zwłaszcza że nawet proste zabiegi działają na nasze emocje. Na mnie silniej oddziałują dźwięki, które się gryzą, jak muzyka Krzysztofa Komedy w „Dziecku Rosemary”. Boję się wtedy bardziej niż podczas legendarnej sceny krzyku pod prysznicem w „Psychozie” lub wycia dzikich zwierząt w „Koszmarze z ulicy Wiązów”.
Ale właśnie to jest najpiękniejsze w sztuce! Chciałbym przemówić do słuchaczy, pokazać im, że sztuka nie jest cukrem, nie jest po to, żeby zawsze było miło, nie jest po to, żeby dać ci komfort, bo jeżeli będziesz mieć za dużo komfortu, to pójdziesz szukać jakiejś aferki. Sztuka czasami też jest po to, żeby się źle poczuć. Ale to nie jest jej jedyne zadanie – ważne jest jeszcze to, jak czujesz się potem. Są rzeczy, które sprawiają, że się czujesz lepiej, gdy już się skończą. Każda religia na świecie rozumie, że oczyszczanie jest podstawą zdrowia i sztuka musi też czasami wyprowadzić cię z równowagi.

Jaką cenę emocjonalną płaci twórca filmowy za pracę z tymi najtrudniejszymi emocjami?
Akurat praca nad muzyką do filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt” była zabawą. Ale miałem też takie zamówienia w życiu, które zabawą kompletnie nie były. Robiłem projekty zarówno dla Muzeum Powstania Warszawskiego, komponując z archiwalnych nagrań powstania utwór „Warszawa trwa”, jak i dla Muzeum Polin z okazji 75. rocznicy powstania w getcie warszawskim. I już choćby ze względu na wielkość tego zamówienia – bo „Tren Warszawskiego Getta” jest półgodzinnym, symfonicznym, wielkim utworem wykonywanym przez NOSPR – to było parę miesięcy roboty. Ten czas spędziłem zanurzony w Holokauście, zakładając, że to, co robię, ma jakieś znaczenie. Jako twórca muszę w to uwierzyć najpierw ja, bo jeśli nie uwierzę, że to jest po coś, to nikt inny tym bardziej nie uwierzy. Wielkość tej sztuki będzie wymierzona tym, czy zrobiłem coś wartościowego i potrzebnego, ale tego nie wiem, dopóki nie spróbuję. A jeśli nie spróbuję, to na pewno mi się to nie uda.

Radzimir Dębski (Jimek), kompozytor muzyki filmowej, poważnej i rozrywkowej, dyrygent i producent muzyczny.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze