fbpx

Małgorzata Rejmer: Czerwona bielizna

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

Kiedy lipcowego poranka obudziłam się o świcie w Felmer, poniemieckiej wiosce gdzieś w Transylwanii, zobaczyłam jak światło rozlewa się, rozbielając kontury zieleni, i słyszałam tylko drobny szczebiot ptaków i grube pomruki krów.
Stefan już nie spał. Zawsze opowiadamy sobie sny, ale dziś mogliśmy się podzielić tylko tą samą ciemnością, grubą, zawiesistą czernią, która przyniosła nam spokój. Kiedy umyliśmy się przy studni, pojawił się nasz gospodarz – maleńki, prostokątny pan o wesołych oczkach i obłym nosie, z atlasem w ręku. Chciał się dopytać, skąd jestem, więc pochyleni nad zakurzonym atlasem kontemplowaliśmy centralność Warszawy na mapie Polski. Pan Petru przyznał, że istnienia gór i morza w Polsce wcale się nie spodziewał. – Myślałem, że to duże Węgry – powiedział.

Wokół nas zgromadziły się dwa psy i kot. Kury dziobały trawę, nie zwracając na nikogo uwagi, a tymczasem pan Petru wodził palcem od Krakowa do Oświęcimia.

Blisko, powiedział do siebie. Daleko. Jak to tak można. Ile zła jest w człowieku. Wyobrażacie sobie, że ludzie ludzi palili? Jak to tak można, małe dzieci udusić? Przerabiać ludzi na mydło i dym? To nie Polacy robili, prawda? Niemcy?

Pokiwałam głową, że Niemcy. – To było kiedyś. To się już nie powtórzy – powiedziałam swoim tępym rumuńskim, mimo że wcale tak nie uważam, mimo że wydaje mi się, że zło jest bombą bez zapalnika, której nie da się rozbroić. Tego nie umiałam powiedzieć po rumuńsku, a pan Petru przez chwilę wydawał się poruszony i nie chciałam sprawiać mu przykrości.

Przykolebała się pani Petrowa – tak jak pan Petru nieduża, żywotna, ruchliwa, podobna do wesołej łasicy.

ZAMÓW

E-WYDANIE

– Bogu dzięki, tu się nic złego nie dzieje – powiedziała. – Tylko źle, że nie ma już Niemców. Teraz sami Cygani, na skraju wioski, mój Boże. Ci Cyganie, jakież to ludzie nieumyte…

Pożegnaliśmy się pospiesznie i wyszliśmy na jedyną ulicę we wsi, szeroką drogę z ubitego piachu, wysypaną żwirem. Światło straciło już swoją poranną mleczność i ostro wykrawało wszystkie kształty.

– Kiedy byłem tu rok temu, akurat zdarzyła się zbrodnia – powiedział Stefan. – Pani Petrowa przybiegła cała zziajana na podwórko, krzycząc: „zamordował!”. „Kto kogo zamordował?”, zapytałem. „Julianę ubił”, zawołała pani Petrowa. „Julianę, co we Włoszech pracowała. Młoda dziewczyna była, ładna i uczciwa, ciężko tam pracowała przy owocach. Przyjechała, cieszyła się. Wczoraj jeszcze stała na ulicy, chciała się wszystkim pokazać. Mąż jej był raptus, ale se z nim radziła. Całą noc ją tłukł. Ja nie wiem, jak to możliwe, żeśmy nie słyszeli”. I pobiegła z powrotem do wsi. Piętnaście minut później wróciła: „Taką twardą rurą od pralki ją bił. Zmasakrował!”. I znowu jej nie było. Kiedy wieczorem spotkałem ją przy studni, powiedziała podekscytowana: „W bieliźnie była Juliana, jak ją bił”. Mówiła ze śladem przyjemności, którą czasem odczuwają ludzie, gdy mogą komuś opowiedzieć coś prawdziwie strasznego.

Pokiwałam głową. Pomyślałam: jeśli bielizna Juliany była biała, to potem zrobiła się czerwona od krwi.

Szliśmy przez wieś, mijając bezrozumne kury i rozhisteryzowane indyki, krowy, które muczały żałośnie i psy, które poszczekiwały na siebie i gryzły się w zabawie. Dzieci wyprzedzały nas, pędząc na starych, składanych rowerkach, i oglądały się za siebie, poruszone, bo wreszcie pojawił się ktoś obcy. Koło sklepu siedziało na ławce kilka kobiet, które nie spuszczały z nas wzroku. Wszystkie miały na imię Juliana.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>