Małgorzata Rejmer: Lustro i oko

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

Nie pamiętam, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy zdjęcia Andreia Pandele, ale zadziałały na mnie z siłą wirusa – natychmiast zainfekowały umysł i wżarły się w moje myślenie o Rumunii. Zdjęcia z końca lat 70. i z lat 80., z najgorszego czasu „Złotej Epoki” Ceausescu wydały mi się piękne i absurdalne, ostre jak cięcie skalpelem. Porażające.
W jednym z wywiadów Andrei Pandele mówi, że dokumentował czas, kiedy największy absurd stał się normalnością. Burzenie dzielnicy Uranos, pięknych starych willi, zabytkowych kościołów, szpitali. Skołowane psy, krążące po pustych, zaoranych połaciach, szukające swoich domostw. Jałowa ziemia, z której usunięto wszystkich ludzi po to, by nic nie mogło powstać. A do tego nędza, siermiężność, kolejki długie jak sznury, na których można się powiesić. I blichtr propagandy, fanfary oznajmiające nieistniejące sukcesy kraju, machająca dłoń dyktatora ponad tłumem, futra jego żony. Szczebiot dzieci i powszechne milczenie o krzywdzie.

Usta miały być nieme, a oczy ślepe, dlatego obowiązywał zakaz fotografowania. Za zdjęcie kolejek można było dostać sześć lat, więc nikt zdjęć nie robił. Tylko Andrei Pandele, dziennikarz sportowy, który także zajmował się fotografią, czasem wychodził w miasto. Zawsze z przyszykowanym kłamstwem. To, panie władzo, mój z roboty legalny aparat, cykam sobie, żeby kliszę wypstrykać, bo zaraz muszę oddać zdjęcia do redakcji. A tu moja legitymacja. Rozumiem, nie wolno, no, przepraszam najmocniej, porządek musi być.

Ale po paru takich pouczeniach władza zaczęła baczniej mu się przyglądać. Coraz częściej zdarzały się wezwania do prokuratury, przesłuchania. Na ulicy zaczęły pojawiać się cienie. Gdy po latach Pandele pokazał swoją kolekcję znajomemu, ten oglądał ją w zdumieniu. – Dostałbyś za to dwie kary śmierci – powiedział.

Kiedy wreszcie spotkałam mojego ulubionego fotografa, opowiedział mi zdumiewającą historię, jak to pod koniec lat 90. próbował zainteresować swoimi zdjęciami czołowe rumuńskie wydawnictwo Humanitas. Usłyszał wtedy od szefa wydawnictwa, Gabriela Liiceanu, że jego zdjęcia nie nadają się do wydania w albumie. Bo są brzydkie, ohydne! Przykro na nie patrzeć. A zdjęcia powinny być piękne. Gabriel Liiceanu uznał, że w rumuńskiej pamięci nie może zachować się taki obraz przeszłości. Rumuni zasługują na lepszą pamięć i lepszą przeszłość, niż ta nędza i zgrzebność na zdjęciach. Trzeba o nich zapomnieć. Pandele odszedł z kwitkiem.

Z powodu zakazu fotografowania, niewiele ostało się zdjęć z lat 80., a skoro nie było zdjęć, ludzie byli zdani na swoje wspomnienia i pamięć, która produkowała własne obrazy. Kiedy pod koniec 2007 roku w Bukareszcie po raz pierwszy wystawiono zdjęcia Pandele, Rumuni przeżyli wstrząs. Wystawa cieszyła się tak wielkim powodzeniem, że dwukrotnie ją przedłużano. W księdze gości zaroiło się od wykrzykników i znaków zapytania.

„Jak to możliwe, że już o tym wszystkim zapomnieliśmy?” – pisali ludzie.
„Dobry Boże! Jak łatwo zapominamy!”.
„Jak bardzo Pan ryzykował… Dziękujemy za Pana odwagę!”.
„Dziękujemy, że pokazał Pan to, czego inni nie mogli zobaczyć albo nie chcieli widzieć”.

BukaresztJest jedno zdjęcie Pandele, które lubię szczególnie. Dwoje starszych ludzi niesie wielkie lustro w starej, drewnianej ramie. A w lustrze odbija się jakiś człowiek, jakiś samochód, jakaś rzeczywistość. Zwierciadło Stendhala, które przechadza się po dziedzińcu. Jeden świat, dwa światy. Rzeczywistość i jej odbicie. Prawda i fałsz, fakty i fikcja. Lustro odbijające świat, który zwariował. Zdjęcie, które na gorącym uczynku przyłapało absurdalność tamtego czasu.

Cieszę się bardzo, że jest na okładce mojej rumuńskiej książki, to zdjęcia jak anegdota, jak dowcip, jak nowela, jak filozoficzny traktat o prawdzie i kłamstwie, o wzniosłości i beznadziei.